IV. 4. Niech pozostaną w pamięci – znani ludzie gminy Besko

W ciągu ostatnich dwóch stuleci ziemia beska wydała wiele osób, które wyrastając ponad przeciętność, aktywizowały swoje środowisko bądź też swoimi osiągnięciami przypominały o swoich korzeniach.

Także obecnie gmina Besko jest miejscem urodzenia bądź działalności wielu aktywnych ludzi, młodszych i starszych; w niniejszej publikacji przyjęto jednak zasadę, by skupić się na osobach zmarłych, zarówno urodzonych w Besku, jak też tu działających (jedynym wyjątkiem jest ks. prof. Stanisław Ziemiański, postać jakże wybitna we współczesnym polskim Kościele). Nazwiska podano alfabetycznie. Oczywiście, każdy wybór jest zawsze trochę subiektywny…

 

 

Ks. mitrat dr Mikołaj Deńko (ukr. Микола Денько)

ì1905 Besko – †1991 Kraków.

Kapłan greckokatolicki, dr filozofii i prof. Greckokatolickiego Seminarium Duchownego w Przemyślu, kanonik Kapituły, więziony za wiarę.

Po ukończeniu Szkoły Podstawowej w Besku, uczęszczał do Gimnazjum im. Królowej Zofii w Sanoku. Z powodu trudnych warunków bytowych, zmuszony był udzielać korepetycji. Po zdaniu matury wstąpił do Greckokatolickiego Seminarium Duchownego w Przemyślu, by następnie zostać skierowanym na studia do Rzymu, które ukończył doktoratem z filozofii i licencjatem z teologii. Tam też w 1931 r. został wyświęcony (jako tzw. celebs). Po święceniach ks. Deńko powrócił do Przemyśla, gdzie rozpoczął wykłady w miejscowym seminarium unickim, sprawując także funkcję ojca duchownego alumnów. Od 1939 r. był kanonikiem Greckokatolickiej Kapituły Przemyskiej. Okupację spędził w Przemyślu. W październiku 1945 r. ówczesne władze komunistyczne zlikwidowały Greckokatolickie Seminarium Duchowne w Przemyślu oraz stowarzyszenia „Diecezjalna Pomoc” i „Instytut Wdów i Sierot po Księżach”. Uwięzieni zostali ks. Iwan Kuzycz – rektor seminarium oraz ks. Roman Reszetyła – prepozyt kapituły przemyskiej. W Polsce pozostało łącznie około stu (podawane są liczby od 90 do 120 kapłanów) księży greckokatolickich, dalszych 22 (i 5 księży prawosławnych) trafiło do obozu w Jaworznie. Ks. Deńko na razie uniknął aresztowania – na przełomie 1945 i 1946 r. wyjechał (dzięki czemu uniknął też deportacji do Ukraińskiej SRR) na leczenie do Krakowa, gdzie pomagał w miejscowej parafii greckokatolickiej. Jedyną szansą uniknięcia represji dla księży greckokatolickich było objęcie parafii rzymskokatolickich. Stało się to możliwe, gdy 10 grudnia 1946 r. papież Pius XII nadał kard. Hlondowi uprawnienia Delegata Ojca Świętego dla katolików obrządków wschodnich. Kapłani greckokatoliccy nie przechodzili formalnie na obrządek łaciński, lecz stawali się tzw. birytualistami – pracowali w kościołach rzymskokatolickich do czasu, gdy zaistniała możliwość objęcia parafii greckokatolickiej. 31 marca 1947 r. prymas mianował ponadto dwóch wikariuszy generalnych dla Kościoła greckokatolickiego w Polsce. Zostali nimi ks. Bazyli Hrynyk dla diecezji przemyskiej i ks. Mikołaj Deńko dla Łemkowszczyzny[1]. Udało mu się także uniknąć aresztu w maju 1947 r., gdy komunistyczne władze bezpieczeństwa urządziły w pomieszczeniach parafii „kocioł”. Przez następne pięć lat ukrywał się, pełniąc posługę kapelana w podwarszawskich żeńskich klasztorach rzymskokatolickich. W dalszym ciągu utrzymywał stały kontakt z innymi duchownymi greckokatolickimi. Został aresztowany w 1952 r.; w 1953 r. Wojskowy Sąd Rejonowy Warszawie skazał go za „szpiegostwo na rzecz Watykanu” na 12 lat więzienia, utratę praw publicznych przez 5 lat i przepadek całego mienia (razem z nim sądzeni byli oo. bazylianie: o. Paweł Puszkarski oraz o. Pasyw Szewaha). Przetrzymywano go w Warszawie, Sztumie, Rawiczu i Wronkach. Na mocy amnestii wyrok został zmniejszony do 8 lat więzienia. Zwolniono go w 1956 r. Po wyjściu na wolność przez niemal rok leczył nadszarpnięte pobytem w więzieniu zdrowie, następnie przyjechał do Krakowa, gdzie rozpoczął starania o reaktywowanie parafii greckokatolickiej, zakończone jednak połowicznym sukcesem. Od wiosny 1958 r. rozpoczął odprawianie nabożeństw greckokatolickich w kaplicy św. Doroty w kościele pw. św. Katarzyny (obowiązki te pełnił przez 33 lata). Jednocześnie też po kilku latach rozpoczął odprawianie coniedzielnych nabożeństw w Katowicach (w latach 1958-1985, w parafii greckokatolickiej pw. Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy) i okazjonalnie w różnych parafiach greckokatolickich na terenie całej Polski. Zmarł w Krakowie, pochowany został na cmentarzu głównym w Przemyślu, w grobowcu Greckokatolickiej Kapituły Przemyskiej.[2]

 

 

Bartłomiej Fidler

ì1865 Besko – †1920 Besko.

Członek PSL, poseł do Parlamentu Austriackiego w Wiedniu (Rady Państwa).

Jego ojciec, Marcin Fiedlar (później zmienił nazwisko na Fidler), przybył do Beska najprawdopodobniej z Iwonicza, jako stosunkowo ubogi chłop. Zasiadał jednak w radzie gminnej w Besku. Bartłomiej Fidler, wraz z Grzegorzem Milanem, Franciszkiem Mermerem i Józefem Trzaskosiem współtworzył ruch ludowy w Besku i okręgu sanockim. Mając za ojca działacza wiejskiego, szybko zdobył mir i poważanie wśród chłopów w Besku i okolicy. Początkowo wraz z innymi działał w Stowarzyszeniem Chrześcijańsko-Ludowym ks. Stanisława Stojałowskiego, następnie poparł bardziej radykalnego Jana Stapińskiego (współzałożyciela Stronnictwa Ludowego, prezesa Polskiego Stronnictwa Ludowego-Lewicy i wreszcie Związku Chłopskiego). Później odszedł od Stapińskiego, przechodząc na pozycje umiarkowane. Długoletni wójt Beska, bardzo aktywny w obronie chłopów. W 1893 r. inicjuje powstanie Ochotniczej Straży Pożarnej w Besku. W wyniku niezwykłego skonsolidowania głosów w 1907 r. Bartłomieja Fidlera wybrano do Parlamentu Austriackiego w Wiedniu. Okręg wyborczy obejmował gminy: Sanok, Rymanów, Duklę, Zarszyn, Bukowsko, Lesko i Ustrzyki Dolne. Tak ten fakt opisała i skomentowała „Gazeta Sanocka”:

Ostatecznie zjazd delegatów, reprezentujących wszystkie stany społeczeństwa w okręgu wyborczym Dukla-Rymanów-Bukowsko-Sanok-Lisko i Ustrzyki, odbyty 27 lutego br. pod przewodnictwem ks. kanonika Bronisława Stasickiego – idąc za głosem delegatów włościan, których liczba na tym zjeździe dochodziła do 60 – uchwalił jednogłośnie, że jedynym kandydatem polskim na posła do Rady państwa z okręgu 51. będzie p. Bartłomiej Fidler, wójt z Beska, a jego zastępcą p. Adam Pytel, prof. gimn. w Sanoku. (…)

Delegaci ludu wychodzili z tej zasady, że reprezentantem ich w parlamencie powinien być ten, który najlepiej zna ich potrzeby i boleści, a takim może być jedynie włościanin. To też wybrali spomiędzy siebie najgodniejszego – wybrali człowieka, którego tak lud polski, jak i ruski w Besku otacza czcią i szacunkiem, a darzy zaufaniem, stawiając go poraz drugi na czele gminy Besko, jako wójta – wybrali człowieka, którego cały powiat powołał do zasiadania w Radzie powiatowej, którego ta Rada pow. zamianowała członkiem Wydziału. Tym człowiekiem to p. Bartłomiej Fidler.[3]

W 1910 r. wójt Fidler zainicjował powstanie w Besku „Kasy Stefczyka”. Prawdopodobnie poniósł śmierć, spadając ze schodów ówczesnego Domu Ludowego. Spoczywa na cmentarzu rzymskokatolickim w Besku.

 

 

Bronisława Krzywoszańska

ì1909 Besko – †1972 Besko.

Nauczycielka, więźniarka sowieckich łagrów.

Bronisława Gierad po uzyskaniu dyplomu pracowała w Zarudzie k. Tarnopola (ob. Ukraina). W 1939 r. poślubiła oficera Wojska Polskiego Józefa Krzywoszańskiego, także z wykształcenia nauczyciela. Krótko po ślubie mąż, uczestnik kampanii wrześniowej, został zatrzymany przez Armię Sowiecką i rozstrzelany w 1940 r. Katyniu. Bronisława Krzywoszańska także została zatrzymana i wywieziona w głąb Rosji. Pracowała w sowieckich łagrach, najpierw przy ścince drzew w syberyjskiej tajdze, później w cegielni. Podczas wypadku przy pracy straciła nogę. W szpitalu polowym odnaleźli ją emisariusze tworzonej w Rosji Sowieckiej Armii Polskiej gen Władysława Andersa. W 1942 r. wraz z polskim wojskiem i około stoma tysiącami cywilnych uchodźców znalazła się na Bliskim Wschodzie. Wyczerpana fizycznie, po zakończeniu działań wojennych, wróciła do Polski. Wierna swemu pedagogicznemu powołaniu, nadal pracowała w szkole (w Besku, Mymoniu, Rzepedzi i Nadolanach). Spoczywa na cmentarzu w Besku.[4]

 

 

Ks. Jan Mikosz

ì1919 Jasło – †2005 Besko.

Długoletni proboszcz parafii w Besku.

Urodzony w Jaśle, w 1926 r. rozpoczął tam naukę w szkole podstawowej, następnie w 1937 r. ukończył jasielskie gimnazjum. W tym roku wstąpił do Seminarium Duchownego w Przemyślu. Ze względu na warunki wojenne w 1939 r. otrzymał święcenia subdiakonatu. Po zajęciu w 1939 r. budynku seminarium przez wojska sowieckie, kontynuował studia teologiczne w zastępczym seminarium, słynnej „Anatolówce” k. Brzozowa, gdzie 5 marca 1943 r. przyjął święcenia kapłańskie. Placówki wikariatu: Biskowice k. Sambora (ob. Ukraina) (1943-1944), Komarno k. Lwowa (1944), Samoklęski k. Nowego Żmigrodu (1944-1947), administrator parafii Osobnica (1947-1948), Kobylany (1948-1951), Krosno-fara, parafia pw. Świętej Trójcy (1951-1952), Sietesz k. Przeworska (1952-1956), Dobrzechów k. Strzyżowa (1956-1957), Sanok-Olchowce (1957-1962). Ze względu na ciężki stan zdrowia ks. Witki, 11 września 1962 r. ks. bp Franciszek Barda mianował go proboszczem w parafii Besko, które obejmowało wtedy wsie: Besko, Mymoń, Milczę i Poręby. W czasie swego posługiwania rozpoczął odkładaną tyle lat budowę nowego kościoła w Besku, zainicjował także budowę kościołów w Mymoniu i Porębach. Sprzyjał powstaniu parafii w Milczy. 5 marca 1993 r. obchodził wraz z licznymi kapłanami 50-lecie swego kapłaństwa. W 1994 r. przeszedł na emeryturę (nowym proboszczem został ks. Andrzej Gil), ale nie opuścił swej parafii; nadal mieszkał na plebanii, udzielając się ludziom i Kościołowi. W pamięci wszystkich pozostał jako człowiek dobry i ciepły, mądry i wszystkim życzliwy, równocześnie energiczny i bardzo wymagający – od siebie i innych. Zawsze chodził w sutannie. Zyskał sobie miano prawdziwego Autorytetu. Zmarł po długiej i ciężkiej chorobie. Pochowany na cmentarzu rzymskokatolickim w Besku. Oto wspomnienie jednego z późniejszych wikariuszy:

Pierwsze moje zetknięcie z parafią Besko było w czasie pielgrzymki kleryków z ks. prof. Tadeuszem Szczurkiem, szlakiem sanktuariów maryjnych w 1964 roku. Po zwiedzeniu sanktuariów w Jarosławiu u oo. dominikanów, w Chłopicach, Jodłówce, Hyżnem, Starej Wsi, w którymś dniu dotarliśmy pieszo do Beska. Panowała wówczas deszczowa pogoda, po wysuszeniu nakryć zaprosił nas wówczas ks. proboszcz Jan Mikosz do stołu. W obiedzie uczestniczył emerytowany (niewidomy) ks. proboszcz Andrzej Witko. Ogromnym przeżyciem było dla mnie, kiedy widziałem, jak ks. proboszcz karmił niewidomego poprzednika podczas obiadu. Wtedy widziałem naprawdę służebne kapłaństwo.[5]

Ale sam ks. Mikosz napisał też znamienne słowa, odwołując się do śmierci swego poprzednika, ks. Andrzeja Witki:

Tyle lat pracował x. Witko w Besku, a ile dobrego zrobił ludziom w czasie wojny – a pomimo tego raz tylko mi się zdarzyło otrzymać stypendium na Mszę św. za spokój jego duszy. Po każdym pogrzebie idę się pomodlić na jego grobie i widzę, że ludzie zaczynają mnie trochę naśladować. Trzeba ich tego nauczyć, to może się kiedyś przydać mnie samemu, jak Bóg do Siebie powoła.[6]

 

Tak o swoim kapłanie i jego ostatniej drodze wypowiedziała się jedna z parafianek:

Wymagał od nas, ale przede wszystkim od siebie, co było widoczne w Jego postawie. Czuł się odpowiedzialny za swoich parafian, a tylko wymagając, można innych czegoś nauczyć. Jego słowo, które padało z ambony, wskazywało, co czynić, aby iść drogą prostą. Zawsze przygotowany, mówiący bardzo czytelnie i prosto, często trudne prawdy Boże wyrażał prostym językiem. Niejednokrotnie musiał mówić w porę i nie w porę, czynił to zawsze zdecydowanie, bez oglądania się na osoby.

Gdy odchodził na emeryturę nie wyobrażałam sobie, jak sobie z tym poradzi. Czuł się jeszcze zdrowotnie w miarę dobrze. Do tej pory On wszystkim zarządzał, o wszystkim decydował, a tu przychodzi ktoś inny. I tu objawiła się cała wielkość naszego Księdza Prałata. Pozostał na plebanii, ale w sprawach dotyczących parafii usunął się całkowicie w cień. Pomagał w czym mógł w kościele i omadlał parafię, chodząc na spacery z laseczką i różańcem w ręku. Cierpienie jednak coraz bardziej oplatało naszego Księdza Seniora. Ostatnie miesiące życia były dla Niego wielkim pasmem bólu. Odszedł do Pana po ponad 30 latach proboszczowania w naszej parafii i 61 latach kapłaństwa.

Wyrazem wdzięczności za posługę proboszcza w Besku była duża liczba parafian (ok. 3 tys.), którzy szczelnie wypełnili świątynię podczas Mszy św. pogrzebowej 5 stycznia 2005 r. Mszy św. koncelebrowanej przewodniczył bp Adam Szal, byli też: ks. inf. St. Zygarowicz i ks. inf. J. Pudło, a także 50 kapłanów. We Mszy św. uczestniczyły poczty sztandarowe Ochotniczych Straży Pożarnych z Beska, Mymonia i Poręb. Liturgię ubogaciła swoją grą orkiestra OSP z Beska, a śpiewem schola z Beska. Homilię wygłosił ks. inf. Julian Pudło. Podkreślał w niej zasługi Księdza Prałata, który był wzorem cnót dla swoich braci w kapłaństwie, przykładem ascety i pasterza zatroskanego o swoją owczarnię. Na cmentarz odprowadziliśmy naszego Księdza Proboszcza przy dźwiękach orkiestry dętej.[7]

 

 

Grzegorz Milan

ì1850 Besko – †1932 Besko.

Wójt Beska, poseł na Sejm Galicyjski we Lwowie w 1897 i 1901 r.

Syn Rusina Onufrego (Onufrij Milan, pochowany na cmentarzu greckokatolickim w Besku), przybyłego do Beska prawdopodobnie z Puław (lub z pobliskiej „wsi górskiej”). Jeden z bogatszych chłopów we wsi (miał ok. 11 ha ziemi). Grzegorz Milan posiadał prawdopodobnie średnie, a może nawet wyższe wykształcenie (w rejestrach sanockiego gimnazjum są natomiast nazwiska Franciszka i Stanisława Milanów, prawdopodobnie synów Grzegorza Milana[8]). Milan, wraz z Barłomiejem Fidlerem, Franciszkiem Mermerem i Józefem Trzaskosiem aktywnie działali w beskim ruchu ludowym. Na początku związał się z ruchem ludowym ks. Stanisława Stojałowskiego i jego Stowarzyszeniem Chrześcijańsko-Ludowym, by później wraz z innymi poprzeć bardziej radykalnego Jana Stapińskiego (współzałożyciela Stronnictwa Ludowego, prezesa Polskiego Stronnictwa Ludowego-Lewicy i wreszcie Związku Chłopskiego). 30 października 1896 r., w wyborach uzupełniających do Sejmu Krajowego we Lwowie, został wybrany posłem z okręgu sanockiego, zastępując zmarłego Jana Duklana Słoneckiego. W 1901 r. wybrano go ponownie posłem. Był bardzo aktywnym mówcą, obrońcą chłopów, prawdziwym reprezentantem swego okręgu.[9] W 1897 r. wystąpił w obronie niesłusznie oskarżonego przez policję Bartłomieja Fidlera, pisząc artykuły do „Gazety Sanockiej”.[10] On także, w imieniu włościan, żegnał zmarłego Józefa Józefowicza, założyciela kółka rolniczego w Długiem (1897). Później zradykalizował swoje poglądy, przechodząc na pozycje socjalistyczne; będąc wierny lewicowym poglądom Stapińskiego, skłócił się z Fidlerem, który przeszedł na pozycje bardziej umiarkowane. W 1907 r. miał ok. 13 ha ziemi (z czego sprzedał 3 ha, by wykształcić synów – pr. jego oświadczenie w „Gazecie Sanockiej” z czerwca 1907 r.). Grzegorz Milan zmarł w podeszłym wieku. Spoczywa na cmentarzu rzymskokatolickim w Besku. Potomkowie Grzegorza Milana żyją do dziś w Besku.

 

 

Józef Orwid (właśc. Józef Kotschy)

ì1891 Besko – †1944 Warszawa.

Znany aktor komediowy przedwojennego kina polskiego.

Urodzony 14 listopada 1891 r. w Besku, debiutował w 1909 r. w Teatrze Ludowym w Krakowie. Następnie przeniósł się do Warszawy. W latach 1913-1933 grał na wielu scenach m. in. w Warszawie (w Teatrze Polskim, Teatrze Małym i Teatrze Komedia), w krakowskim Teatrze im. Słowackiego i lwowskim Teatrze Nowym. Od 1934 r. występował niemal wyłącznie w zespole Towarzystwa Krzewienia Kultury Teatralnej, głównie w Teatrze Letnim. Jednocześnie bardzo często występował w teatrach rewiowych i kabaretowych, m. in. w „Stańczyku”, „Qui Pro Quo”, „Cyruliku Warszawskim” i „Wielkiej Rewii”. Wyjeżdżał także na występy gościnne. Do jego najwybitniejszych ról teatralnych należą: Bartłomiej w „Judaszu z Kariothu”, Osip w „Rewizorze”, Probierczyk w „Jak wam się podoba”, Żyd w „Weselu”, Menelaus w „Pięknej Helenie”. Jako aktor w latach 1933-1939 zagrał w kilkudziesięciu filmach. Występował głównie jako aktor charakterystyczny – jego emplois to pozornie człowiek energiczny, którzy w rzeczywistości jest safandułą i pantoflarzem. Stworzył niezapomniane kreacje filmowe z Mieczysławą Ćwiklińską, Adolfem Dymszą, Eugeniuszem Bodo. Podczas II wojny światowej występował w warszawskich teatrach jawnych. Jego żona, Waleria, była przez wiele lat suflerką i inspicjentką różnych teatrów. Józef Orwid po zrobieniu kariery właściwie nie utrzymywał kontaktów z Beskiem. Zginął 13 sierpnia 1944 r., w czasie powstania warszawskiego, w wyniku eksplozji niemieckiego czołgu-pułapki w podwórzu kamienicy przy ul. Kilińskiego. Tego dnia powstańcy zdobyli na Placu Zamkowym niemiecki czołg. Nie wiedzieli, że hitlerowcy specjalnie porzucili tam nafaszerowany materiałami wybuchowymi pojazd. Przejechano nim na ulicę Kilińskiego, gdzie tłum mieszkańców przyszedł podziwiać cenną – zdawałoby się – zdobycz. Wtedy nastąpił wybuch. Siła była tak ogromna, że zwłoki ponad 300 ofiar odnajdywano później nawet kilkaset metrów od miejsca tragedii. Był wśród nich 53-letni Orwid. Nie ma właściwego grobu, gdyż jego ciała nie zidentyfikowano; leży w zbiorowej mogile w Warszawie. Miał trzy córki: Elżbietę Lucynę Kotschy-Orwid, Krystynę Bożenę Kotschy-Orwid oraz Marię Kotschy-Orwid.

Najważniejsze filmy: 1933 r. „Każdemu wolno kochać” (jako właściciel kamienicy Pulweriusz Sagankiewicz), 1933 r. „Romeo i Julcia” (ojciec Kajtusia), 1934 r. „Młody las” (pijak), 1935 r. „Antek policmajster” (kupiec rosyjski), 1935 r. „Manewry miłosne” (stryj Waldemar), 1935 r. „Wacuś” (dyrektor lombardu), 1936 r. „Dodek na froncie” (pułkownik armii rosyjskiej), 1936 r. „Fredek uszczęśliwia świat” (sąsiad), 1936 r. „Jadzia” (Józef Malicz, ojciec Jadzi), 1936 r. „Wierna rzeka” (Szczepan, sługa Brynickiej), 1937 r. „Trójka hultajska” (majster stolarski Stolarski), 1937 r. „Pani minister tańczy” (Apoloniusz, radca Ministerstwa Ochrony Moralności Publicznej), 1937 r. „Piętro wyżej” (Hipolit Pączek, właściciel kamienicy), 1938 r. „Królowa przedmieścia” (restaurator Gomółka), 1938 r. „Paweł i Gaweł” (Hubert, impresario Violetty), 1938 r. „Robert i Bertrand” (dozorca więzienia), 1938 r. „Zapomniana melodia” (woźny), 1939 r. „Ja tu rządzę” (szewc Wirgiliusz Kopytkiewicz), 1939 r. „Sportowiec mimo woli” (prezes Melchior Madecki).

 

 

Prof. Julian Sokołowski

ì1923 Nadolany – †2004 Kraków.

Jeden z największych polskich geologów naftowych, profesor zwyczajny w Instytucie Gospodarki Surowcami Mineralnymi i Energią PAN w Krakowie oraz na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Łódzkiego w Łodzi.

Jeden z najwybitniejszych geologów w skali światowej, odkrywca złóż gazu na Niżu Polskim i innych bogactw narodowych, ojciec polskiej geotermii – prof. Julian Sokołowski. Jako pierwszy dostrzegł, że Polska leży aż w 80 proc. na pokładach wód geotermalnych, które mogą stanowić podstawę samowystarczalności energetycznej kraju i jego rozwoju oraz niewyczerpane źródła energii. Wieloletnim dziełem życia było dokonanie pionierskiej oceny zasobu energii geotermalnej w Polsce, dającej oszałamiające i niepodważalne wyniki. Mało tego. Profesor Sokołowski opracował metodykę wykorzystywanie tej energii oraz zaprojektował i wybudował pierwszy w Polsce doświadczalny zakład geotermalny w Bańskiej-Białym Dunajcu.

Początkiem lat 80. ubiegłego stulecia profesor Sokołowski pracował wraz z grupą geologów w rejonie Morza Kaspijskiego, gdzie znajdują się znane tereny roponośne. Mieli tam rozmawiać na tematy ropy i gazu, jednak pod wpływem analizy tego, co zaobserwowali, skupili się na wodach termalnych. Po powrocie do Polski Profesor, kojarząc to, co zobaczył w ukształtowaniu terenu i warunkach geologicznych w naszym kraju, rozpoczął swoją przygodę z „polską geotermią”.

Julian Sokołowski urodził się w 1923 roku w Nadolanach, skąd wraz z rodziną w późniejszym czasie przeprowadził się do Beska. Uczęszczał do szkoły w Sanoku, gdzie z powodzeniem zdał maturę i złożył dokumenty do Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie na Wydział Geologiczno-Poszukiwawczy. W 1955 roku zdobył tytuł magistra inżyniera geologii w specjalności: „geologia naftowa”. Później na krótko wraca do Sanoka i zaczyna swoją pracę zawodową jako nafciarz, obejmując następnie stanowisko kierownicze w Kopalnictwie Naftowym, skąd w roku 1956 roku zostaje przeniesiony do Piły.

Swoją przyszłą żonę – Józefę, poznał w Przedsiębiorstwie Poszukiwań Naftowych w Pile. Józefa po ukończeniu technikum finansowego w Katowicach, jako siedemnastolatka, otrzymała nakaz pracy w Krakowie. Po przeniesieniu Przedsiębiorstwa Poszukiwań Naftowych z Krakowa do Piły, również i ona musiała zmienić miejsce zamieszkania. Pracując zgodnie z wykształceniem w dziale finansowym, nie czuła się w pełni spełniona, a wystawiane faktur było zajęciem zupełnie nie dla niej; podjęła więc decyzję o rozpoczęciu nauki w technikum geologicznym. Pod opieką jednego z głównych geologów w Przedsiębiorstwie zamieniła wystawianie faktur na dużo bardziej interesujące kreślenie map geologicznych. W taki sposób drogi dwóch osób złączyły się w jedną, którą podążali przez 47 lat.

Pani Józefa wspomina:

Ślub wzięliśmy w 1957 roku w kościele parafialnym w Ciężkowicach. W Pile, gdzie pracowaliśmy, otrzymaliśmy mieszkanie służbowe. Tu urodził się starszy syn, Juliusz. A potem młodszy, Jarosław. W 1964 roku przenieśliśmy się do Warszawy, bo tam powołano Biuro Geologiczne przy Zjednoczeniu Przemysłu Naftowego, w którym mąż zaczął pracę na stanowisku kierownika Działu Geologii Niżu Polskiego (…). Zaraz po ślubie mąż mi powiedział, że jego pasją jest i będzie praca naukowa. W 1964 roku uzyskał na AGH tytuł doktora nauk technicznych. Trzy lata później, w 1967 roku, na podstawie rozprawy habilitacyjnej: «Charakterystyka geologiczna i strukturalna obszaru przedsudeckiego» na tej samej uczelni otrzymał tytuł doktora habilitowanego. Profesorem zwyczajnym nauk przyrodniczych został w 1980 roku, pracując w Instytucie Geologicznym w Warszawie.”

Potwierdzeniem pasji Profesora i Jego pracy naukowej jest pokaźna ilość książek, publikacji naukowych i opracowań głównie o geologii naftowej, poszukiwaniu oraz zagospodarowaniu kopalin płynnych, w tym przede wszystkim złóż gorącej wody geotermalnej. Tworzył również atlasy geostrukturalno-naftowo-gazowe. Liczba wszystkich publikacji Profesora przekracza dwieście pozycji. Profesorowi zawdzięczamy nie tylko bogatą listę publikacji, ale również wiele pionierskich osiągnięć naukowych.

Pracując w przedsiębiorstwach Polskiego Przemysłu Naftowego, dokonał odkrycia i opisu struktury geologiczno-morfologicznej Polski, wpływającej na rozmieszczenie złóż ropy naftowej, gazu i zasobów geotermalnych. Opisał rdzenie wiertnicze z blisko tysiąca otworów geologicznych i poszukiwawczych, prowadzonych w Karpatach i na Niżu Polskim. Jako pierwszy w literaturze dokonał opisu wgłębnej budowy geologicznej Polski i wydzielenia regionalnych jednostek geologiczno-poszukiwawczych. Dokonał pionierskiej w skali kraju oceny perspektyw złożowych poszczególnych jednostek geologiczno-poszukiwawczych, czym przyczynił się do odkrycia złóż gazu ziemnego, ropy naftowej, soli kuchennej i węgla brunatnego. Za te osiągnięcia otrzymał najwyższe nagrody i odznaczenia państwowe. Zawdzięczamy mu również opracowanie pierwszych w Polsce map geologiczno-strukturalnych, stwarzających podstawę do określenia kierunków dalszych poszukiwań kopalin płynnych oraz wizji rozwoju przemysłu geotermiczno-gazo-naftowego Polski.

W Państwowym Instytucie Geologicznym w Warszawie i Krakowie opracował pierwsze w kraju atlasy geostrukturalno-naftowo-gazowe oraz atlasy geosynoptyczne Polski. Pracował również nad opracowaniem zasady interpolacji komputerowej zdjęć satelitarnych dla potrzeb geologii naftowej, gazowej, geodynamiki, geosynoptyki i geotermii. Utworzył i opisał nową w świecie dziedzinę wiedzy nazwaną geosynoptyką, pozwalającą na efektywniejsze prognozowanie przebiegu procesów geologicznych i poszukiwania złóż ropy, gazu i wód geotermalnych.

Natomiast podczas pracy w Polskiej Akademii Nauk w Krakowie dokonał pierwszej w Polsce oceny zasobów energii geotermicznej złóż do głębokości 3000 m, 5000 m i 7000 m, zaprojektował i zbudował pierwszy w Polsce zakład geotermalny w Bańskiej-Białym Dunajcu (Zakładu Geotermii Podhalańskiej) oraz stworzył projekty nowych zakładów geotermalnych w Szczecinie, Żyrardowie, Skierniewicach, Mszczonowie, Warszawie i w przeszło 300 innych miastach w Polsce. Dokonał wspólnie z zespołem krakowskim pracowników naukowych PAN, AGH i Politechniki oceny zasobów energii geotermalnej dla blisko 500 gmin w Polsce oraz przedstawił koncepcję nowej wizji i strategii rozwoju Polski w XXI wieku jako narodowy program rozwoju społecznego i gospodarczego zwanego „Polska 10 x E”, z wykorzystaniem geotermii w gminach, powiatach i województwach w całej Polsce.

Za swoje niezwykłe osiągnięcia został odznaczony wieloma nagrodami i odznaczeniami, wśród których wymienić możemy m.in. Złoty Krzyż Zasługi, Złotą Odznakę Zasłużony dla Polskiej Geologii, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Nagrodę Ministra OSZNiL za wybitne osiągnięcia twórcze w dziedzinie ochrony środowiska i gospodarki wodnej oraz wiele innych.

Zmarł w listopadzie 2004 roku po długiej i ciężkiej chorobie w wieku 72 lat.[11]

 

 

Dr Oskar Schmidt

ì1901 Wiedeń (Austria) – †1976 Wiedeń (Austria).

Chemik, twórca przemysłu gumowego w Sanoku (Stomil), dzierżawca majątku w Besku.

Austriak. Jego matka była najprawdopodobniej Żydówką. Do Sanoka dr Oskar Schmidt przybył w 1931 r. jako współzałożyciel fabryki „Polska Spółka dla Przemysłu Gumowego S.A. w Sanoku”. Zakład ten otrzymał ulgi kredytowe na 75 lat przyznane na zasadzie porozumienia pomiędzy Ministrami Skarbu, Przemysłu i Spraw Wojskowych, a głównym odbiorcą produkowanych w Sanoku masek przeciwgazowych było wojsko; produkowano tu także nici gumowe, pasy transmisyjne, gumowe akcesoria do rowerów. Uruchomiono też wówczas w Sanoku produkcję wysokiej jakości tkaniny balonowej. Dr Schmidt zaprzyjaźnił się z prof. Augustem Piccardem, który ponownie odwiedził Sanok w 1937 r. W tym też roku dr Oskar Schmidt przyjął obywatelstwo polskie, miał szerokie plany rozbudowy sanockiej fabryki, które niestety przerwał wybuch II wojny światowej. W tragicznych dniach września 1939 r. dyrektor Schmidt ewakuował fabrykę na wschód, lecz pod Olszanicą przechwyciły transport wojska niemieckie i zabrały urządzenia jako zdobycz wojenną, wywożąc je do Niemiec. Po ustaniu bezpośrednich działań wojennych sprowadził wysłaną wcześniej na Węgry żonę i dzieci. W okresie okupacji dr Schmidl pozostał w Polsce, dzierżawiąc majątek w Besku oraz browar w Zarszynie. Choć sam nie był w konspiracji, udzielał wielokrotnie pomocy miejscowym komórkom ZWZ AK i zwykłym ludziom, wykorzystując w układach z władzami niemieckimi swoje austriackie pochodzenie. Potwierdzeniem tego są liczne relacje, zarówno mjr. Adama Winogrodzkiego „Korwina”, dowódcy Obwodu AK Sanok, jak też innych ludzi, w tym beskich chłopów. Po wojnie wraz z rodziną opuścił Besko, by objąć stanowisko dyrektora państwowej fabryki gumy w Łodzi. W trudnych latach stalinizmu wyjechał pozornie jako emigrant do Izraela, w rzeczywistości zaś do swego rodzinnego Wiednia, gdzie założył firmę produkującą wyroby gumowe (prowadzona przez jego syna firma zbankrutowała w latach 70.) Tu rozwiódł się ze swoją żoną (z którą miał siedmioro dzieci) i poślubił Polkę, ziemiankę spod Sanoka – Jankowską (z którą w 1966 r. także się rozwiódł). Jako ciekawostkę można podać, że poza swoimi dziećmi Schmidtowie w czasie wojny przygarnęli i wychowali Andrzeja Kowalskiego, późniejszego mistrza spadochronowego.

Oskar Schmidt zmarł w Wiedniu, 26 kwietnia 1976 r. Do końca życia związany był z krajem, opiekował się Polakami na obczyźnie. To jemu Sanok zawdzięcza swój lotniczy skrawek historii, a Besko pomoc w ciężkich czasach.[12]

 

 

Zygmunt Schmidt (1906-1999)

ì1906 Gródek Jagielloński, ob. na Ukrainie – †1999 Besko.

Nauczyciel i historyk, działacz tajnego nauczania.

W 1925 r. zdał egzamin dojrzałości, po czym w latach 1925-1930 studiował historię na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie. Pracę nauczycielską rozpoczął od nauki w gimnazjum w Siedlcach. Po trzech latach bezpłatnej praktyki zdał egzamin państwowy przed lwowską komisją egzaminacyjną, uzyskując tytuł profesora szkoły średniej. W latach 1934-1936 pracował w szkole podstawowej Mościskach (ob. na Ukrainie), następnie w swoim rodzinnym Gródku. W latach 1938-1939 uczył już w państwowym Gimnazjum im. Królowej Zofii w Sanoku (obecnie to Gimnazjum nr 2 im. Królowej Zofii w Sanoku przy ul. Jana III Sobieskiego 5). W czasie okupacji niemieckiej pracował w szkołach podstawowych w Grabownicy, Długiem oraz w Besku, gdzie wraz z innymi nauczycielami organizował tajne nauczanie. Po wojnie, od 1946 r. był nauczycielem historii w sanockim gimnazjum (i jego filii w Zagórzu) oraz w sanockim technikum mechanicznym. Po reformie szkolnictwa pracował w sanockim liceum ogólnokształcącym – równocześnie czynnie działał w Towarzystwie Wiedzy Powszechnej jako prelegent, jeżdżąc po wsiach z wykładami z zakresu historii i wiedzy obywatelskiej. W 1989 r. zmarła jego żona, Zofia. Wraz z żoną spoczywa na beskim cmentarzu.[13]

 

 

Gen. Gustaw Truskolaski

ì1870 Jasionów – †1934 Besko.

Podpułkownik piechoty Cesarskiej i Królewskiej Armii, generał brygady Wojska Polskiego.

Pochodził ze starej szlacheckiej rodziny Truskolaskich h. Ślepowron, związanej od 2. poł. XVIII w. z ziemią sanocką. Od 1892 r. pełnił służbę w armii austriackiej, stacjonując w różnych garnizonach (Tarnopol, Nowy Sącz, Praga, najdłużej w Chorwacji – w Dubrowniku i Splicie). W czasie I wojny światowej uczestnik kampanii włoskiej. Później przeniesiono go na teren Buska i Radomia. 2 listopada 1918 r. przyjęty do Wojska Polskiego. Od 1 sierpnia 1919 r. był dowódcą Batalionu Zapasowego 2 Pułku Strzelców Podhalańskich. Od 16 kwietnia 1920 r. do 28 lutego 1922 r. dowodził 2 Pułkiem Strzelców Podhalańskich w Sanoku. Wraz ze swoim pułkiem brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Następnie był dowódcą piechoty dywizyjnej 2 Dywizji Górskiej. W czasie od 15 listopada 1923 r. do 15 sierpnia 1924 r. pełnił obowiązki dowódcy dywizji w zastępstwie gen. dyw. Wacława Fary przebywającego na I Kursie Centrum Wyższych Studiów Wojskowych. 1 grudnia 1924 r. Prezydent RP Stanisław Wojciechowski, na wniosek ministra spraw wojskowych, gen. dyw. Władysława Sikorskiego, awansował go na generała brygady ze starszeństwem z 15 sierpnia 1924 r. i 14. lokatą. 3 grudnia 1924 r. mianowany dowódcą 2 Dywizji Górskiej (w marcu 1925 r. przemianowanej na 22 Dywizję Piechoty Górskiej). Przeciwnik marszałka Piłsudskiego. Od marca do sierpnia 1927 r. jest dowódcą Okręgu Korpusu Grodno Na podstawie zarządzenia Prezydenta RP z 15 lipca 1927 r. został przeniesiony w stan spoczynku od 30 września 1927 r. Miał dwie córki (Ewę i Marię) oraz syna. Jego córka, Ewa, wyszła za mąż za Jerzego Myczkowskiego, zarządcę majątku w Besku. Odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari i dwukrotnie Krzyżem Walecznych. Spoczywa w grobowcu na cmentarzu rzymskokatolickim w Besku. Jego pogrzeb, któremu przewodniczył ks. proboszcz Andrzej Witko, był wielkim wydarzeniem we wsi:

Pamiętam pogrzeb dziadka. Był on generałem WP, pierwszym dowódcą 2-go Pułku Strzelców Podhalańskich z Sanoka, wobec czego dowództwo pułku zdecydowało przysłać do Beska lawetę armatnią i kompanię honorową, aby sprawić mu pogrzeb wojskowy. Podobno była to duża sprawa, gdyż odległość wynosiła 20 km, a regulamin przewidywał wysyłanie wojska tylko na bliskie odległości. Zwyciężył jednak wzgląd na osobę i jej zasługi. Pogrzeb był wspaniały – przed trumną niesiono jedwabną poduszkę z orderami zmarłego. Na pierwszym miejscu order Virtuti Militari, dwa Krzyże Walecznych i inne oraz ordery austriackie m. in. Krzyż Kawalera Maltańskiego. Wedle informacji, jakich udzielił mi wuj Marian Truskolaski, można było nim zostać wówczas, gdy się wykazało 12 pokoleń szlacheckich po mieczu i kądzieli. Wuj wspomniał, ze gdy w I-ej wojnie został ranny, to wzięto go do pociągu sanitarnego tegoż zakonu, gdzie pielęgniarkami były same księżniczki i hrabiny, a rannych umieszczono w Wiedniu w jakiś wspaniałych rezydencjach. Było to tylko dla Kawalerów Maltańskich.

Na trumnie leżała szabla i czapka generalska z wężykowatym otokiem. Przed pogrzebem otwartą trumnę wystawiono w salonie. Dziadek leżał w mundurze, w spodniach z granatowym lampasem i chyba przy szabli. Dokładnie nie pamiętam. Lustra w salonie i całym domu były zasłonięte czarną krepą, lecz mimo to zalotne dziewuchy wiejskie co raz przeglądały się w nich. Był to jedyny wypadek, gdy dwór otwarł swe podwoje dla wszystkich mieszkańców Beska, wobec czego promenada odwiedzających trwała bez mała dwa dni. Najwięcej biadała pokojówka, bo brudzili podłogi. Z grobem dziadka wiąże się jeszcze jedno zdarzenie, ilustrujące prymitywizm bolszewików. Otóż, gdy do Beska wkroczyli sowieci [we wrześniu 1944 r. – Z.B.], kilku z nich rozbiło grób dziadka (tzw. sarkofag), aby zobaczyć, jak wyglądał polski generał. Naturalnie otworzyli trumnę i przyglądali się mundurowi, który jeszcze nie zbutwiał. Taka profanacja świadczy o zupełnym zdziczeniu społeczeństwa, wyhodowanego przez Stalina.[14]

Z tej samej rodziny Truskolaskich pochodził ekspresjonistyczny artysta malarz Zdzisław Truskolaski.

 

 

Franciszek Zakorczmenny

ì1915 Ostrów k. Sokala (ob. Ukraina) – †2010 Besko.

Żołnierz kampanii wrześniowej, członek Armii Krajowej.

Powołany w 1939 r. do wojska, służył w 19 pułku Obrońców Lwowa we Lwowie, gdzie ukończył szkołę podoficerską, awansując na dowódcę drużyny. Po rozpoczęciu II wojny światowej jego jednostkę przerzucono na zachód. Po rozbiciu oddziału przedzierał się przez Płock i Włocławek do Warszawy; tam został ranny w nogę. W czasie okupacji żołnierz Armii Krajowej. W 1945 r. wraz z rodziną osiedlił się w Besku; pracował w straży kolejowej. W 1988 r. rozpoczął spisywanie swoich wspomnień.

Posiadacz wielu medali i orderów (m. in. order „Polonia Restituta”, medal „Za udział w wojnie obronnej 1939”, odznaka „Związku Kombatantów Rzeczpospolitej Polskiej i Byłych Więźniów Politycznych”). Zmarł 29 listopada 2010 r., mając 95 lat.

Wielokrotnie gościł w murach szkoły w Besku, przekazując swoje wspomnienia. Obdarzony, pomimo lat, świetną pamięcią, mógł długo cytować poezje polskich poetów, szczególnie Adama Mickiewicza.

Jako ciekawostkę warto podać, że jego brat, Stanisław, służył w Legii Cudzoziemskiej.

 

 

Ks. Stanisław Ziemiański SJ

ì1931 Besko

Jezuita, filozof, autor tekstów pieśni religijnych i kompozytor, prof. teologii.

Jest synem Kazimierza i Magdaleny (z d. Szybka). O swoim powołaniu powiedział tak:

Tak naprawdę powołanie „rośnie” w człowieku, dojrzewa. Na pewno muszą być jakieś warunki, rodzinne przede wszystkim, a moja rodzina była bardzo religijna – opowiada ksiądz Ziemiański – mój tato był kościelnym, miał dużą wiedzę dotyczącą religii, w domu rodzice razem z wujkiem rozmawiali o tym, co ksiądz mówił na kazaniu, a my, jako dzieci słuchaliśmy tego. Oprócz tego, mieliśmy w domu wszystkie numery „Głosów Katolickich”, była również prenumerata czasopism: „Posłaniec Serca Jezusowego”, „Rycerz Niepokalanej”. Jako mały chłopiec chodziłem również do przedszkola prowadzonego przez siostry Felicjanki, służyłem też do mszy. Na ścianach były różne napisy, jeden szczególnie zapadł mi w pamięć: „Ty jeszcze śpisz, a zakonnicy już wstali i się modlą”. Ostatecznym impulsem, który w moim mniemaniu zaważył o tym, kim zostałem, było spotkanie jednej z sióstr Felicjanek podczas żniw. Wtedy ona do mnie podeszła i zapytała „A kim ty, Stasiu, chciałbyś zostać w przyszłości?”. Ja odpowiedziałem dość niepewnie: „Ja chyba będę księdzem” i od wtedy ta myśl przepełniała mnie już całego – mówi ksiądz profesor.

Do zakonu jezuitów wstąpił 31 lipca 1949 r. i w Starej Wsi k. Krosna odbył dwuletni nowicjat. Święcenia kapłańskie przyjął 29 czerwca 1959 r. w Warszawie. Filozofię studiował na Wydziale Filozoficznym Towarzystwa Jezusowego w Krakowie (1953-1956), teologię zaś na Wydziale Teologicznym „Bobolanum” w Warszawie (1956-1960). Studia specjalistyczne z filozofii odbył w latach 1960-1963 na KUL w Lublinie, gdzie w 1978 r. uzyskał doktorat na podstawie rozprawy pt. Ontologiczne podstawy teorii definicji w systemie Arystotelesa (promotor: ks. Mieczysław Krąpiec OP). Od 1963 r. wykłada na Wydziale Filozoficznym Towarzystwa Jezusowego w Krakowie (od 1999 r.: Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum”), głównie filozofię Boga. Przez wiele lat wykładał także metafizykę i kosmologię, a w latach 1988-2006 – również historię filozofii średniowiecznej. Nadto od 1974 do 2001 r. wykładał metafizykę i teologię naturalną w Wyższym Międzyzakonnym Instytucie Katechetycznym w Krakowie. Okresowo wykładał również w Wyższym Seminarium Duchownym OO. Paulinów w Krakowie. W 1984/85 wykładał filozofię Boga w Le Moyne College w Syracuse (NY) w USA. W latach 1982-1988 był przewodniczącym Towarzystwa Naukowego Księży Jezuitów w Krakowie. Od 1988 do 1998 r. – sekretarz Wydziału Filozoficznego TJ w Krakowie, od 1991 do 1994 r. – dyrektor Sekcji Filozofii Systematycznej tegoż wydziału, a w latach 1994-2001 – prodziekan wydziału. W 1990 r. habilitował się na Wydziale Filozoficznym TJ w Krakowie na podstawie książki Teologia naturalna. Filozoficzna problematyka Boga. Od 1991 jest profesorem nadzwyczajnym, a od 1999 r. – profesorem zwyczajnym. W latach 1993-2001 był zatrudniony także na Wydziale Filozoficznym Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Od 2001 r. jest profesorem filozofii także na Wydziale Teologicznym w Bratysławie, należącym do Uniwersytetu w Trnawie. Opublikował Teologię naturalną (Kraków 1995, 2008) oraz ponad 50 artykułów z zakresu filozofii i teologii, m. in. Filozoficzne poznanie Boga; Inkwizycja, Satanizm i Różaniec; Rozmaitości filozoficzne; Spacerem po filozofii. Jest autorem ponad 1400 oryginalnych tekstów pieśni i ponad 100 tłumaczeń tekstów pieśni oraz kompozytorem ponad 1400 melodii do nich. Prace muzyczne wydał w książkach: Bóg nas kocha (Kraków 1984); Pan pieśnią moją (Kraków 1978); Wysławiajmy Pana (Kraków 1978 – wraz z J. Łasiem); Chcę śpiewać Panu (Kraków 1982); Pieśnią moją sławię Pana (Kraków 1986); Śpiewam i gram Bogu (z. 1-6, Kraków 1989-2007). Jego najbardziej znane pieśni kościelne, to np. Jeden chleb, co zmienia się w Chrystusa ciało, Jerzy Popiełuszko, Panie dobry jak chleb i in. Nadto wydał Poradnik dla kapelanów lecznictwa zamkniętego (Kraków 1991 – wraz ze S. Kałużą). Z zakresu duszpasterstwa ogłosił ponad 50 artykułów. Tłumaczy z języka łacińskiego, włoskiego i francuskiego. Obecnie mieszka w Krakowie w Kolegium Jezuitów i pracuje w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” gdzie wykłada metafizykę, filozofię Boga oraz prowadzi seminarium „Franciszka Suareza argumentacja za istnieniem Boga”. Jest cenionym promotorem prac magisterskich i licencjackich. Ks. Ziemiański odwiedził Besko 14 września 2009 r., by uczcić jubileusz 50-lecia swoich święceń kapłańskich.

W czasie posługi kapłańskiej zdarzały się różne ciekawe, czasem śmieszne sytuacje. Tak o nich opowiada ks. Ziemiański:

Zaraz po święceniach moi przełożeni wysyłali mnie do różnych wiosek, parafii, tam, gdzie na daną chwilę był potrzebny ksiądz. Dwa miesiące po święceniach pojechałem do Krakowa, gdzie rektor powiedział „Słuchaj, przyjedzie po ciebie auto, pojedziesz do białego kościoła i tam ci powiedzą, co masz dalej robić”. Zawieźli mnie do tego kościoła, a tam… stała fura z koniem, kazano mi tam siadać. Okazało się, że biały kościół nie był celem mojej podróży. Znowu powiedziano mi: „Tą furą pojedziesz do małej miejscowości, odprawisz mszę i wracasz”. Jak kazali, tak zrobiłem – przyjechałem, zacząłem odprawiać mszę, ale gdy zacząłem mówić kazanie, poczułem, że ludzie mnie nie słuchają. Bardzo źle się z tym czułem, bo ja od razu chciałem swoimi kazaniami trafiać do ludzi. Po powrocie proboszcz zapytał mnie, jak mi poszło; odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że ogólnie to było dobrze, ale kazania to nie słuchali. „Ha, bo oni myśleli, że ksiądz jest ich nowym wikarym! – odpowiedział mi ksiądz proboszcz – nie chcieli się zgodzić na zmianę, ponieważ lubili swojego poprzedniego księdza. Nie wiedzieli, że przysłałem ciebie tylko na jedną mszę, i dali wyraz swojego niezadowolenia na kazaniu”. Od razu odczułem ulgę – opowiada ksiądz. Innym razem byłem na parafii w Zabierzowie, też na zastępstwie, miałem odprawić mszę, przed którą usłyszałem od tamtejszego proboszcza: „Niech ksiądz mszę odprawia, a jakby się coś działo, proszę na nic nie zwracać uwagi, robić swoje” – po mszy, która przebiegła całkiem normalnie, zapytałem proboszcza, o co mu chodziło. W odpowiedzi usłyszałem, że zatrudniono nowego organistę, a stary nie chciał się usunąć ze stanowiska, więc zamknął się ze swoimi zwolennikami na chórze i chciał grać. „Ale ja nie taki głupi” – powiedział mi ksiądz proboszcz „Ja w zakrystii korki wykręciłem, dlatego się nic nie działo!” – takie były różne przygody – opowiada ze śmiechem ksiądz Ziemiański.

Pamięta doskonale spotkanie z kard. Karolem Wojtyłą, przyszłym papieżem:

Kiedy On śpiewał kolędy u sióstr Urszulanek, to ja Mu akompaniowałem. To było jeszcze przed wyborem na Stolicę Piotrową, kiedy Karol Wojtyła, jeszcze jako kardynał, przyjeżdżał Urszulanek co roku po Bożym Narodzeniu. Najpierw odprawialiśmy wspólnie mszę, a następnie szliśmy do refektarza, czyli do klasztornej jadalni, siadaliśmy w kółku, łamaliśmy się opłatkiem i śpiewaliśmy kolędy – opowiada ksiądz Ziemiański. – Zawsze była śpiewana kolęda „Oj maluśki, maluśki”. Kiedyś odśpiewaliśmy wszystkie kilkanaście zwrotek, siostry zakonne, które z nami były ułożyły naprędce kolejną zwrotkę „Księdza kardynała tutaj mamy i wszystkie się cieszymy, i wszystkiego najlepszego z serca Mu życzymy” – wspomina z uśmiechem ksiądz Stanisław – A Karol Wojtyła zaraz wymyślił odpowiedz i zaśpiewał „Uważaj, uważaj, moja droga siostro, i do kardynała nie bierz się tak ostro”. Siostry zaśpiewały „Niech to Boże dzieciątko, ta dziecina mała, zdrowiem, szczęściem obdarza księdza kardynała”, a On im odśpiewał „Nie śpiewajcie, siostry, na tym samym tonie, bo wam ksiądz kardynał tu ducha wyzionie” – wspomina ksiądz Stanisław.[15]

 

 

Ks. gen. Rudolf Zubik

ì1915 Ostrów k. Sokala (ob. Ukraina) – †2010 Besko.

Urodzony w Porębach kapelan wojskowy w Stanach Zjednoczonych.

Ks. Rudolf Zubik urodził się 5 kwietnia 1940 r. Studiował w Seminarium Duchownym we Wrocławiu, by w 1964 r. w katedrze wrocławskiej św. Jana Chrzciciela przyjąć z rąk ks. kard. Bolesława Kominka święcenia kapłańskie. Przez 19 lat pracował w różnych parafiach w archidiecezji wrocławskiej, by w latach 70. wyjechać do USA. Najpierw uczęszczał na kursy przygotowawcze w Orchard Lake, gdzie odbył wstępny kurs językowy, a następnie, 1 września 1977 r. otrzymał przydział do parafii Św. Kazimierza w Newark w stanie New Jersey. Po pewnym czasie został przeniesiony do parafii Św. Anny w Jersey City. I kolejne miejsce duszpasterskie: parafia Matki Boskiej Częstochowskiej w Harrison (1983-1990). Tu, po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego (13 grudnia 1981 r.), zasłynął wśród amerykańskiej Polonii jako niestrudzony orędownik wolnej Polski, odprawiając słynne cotygodniowe msze św. za Ojczyznę

W latach 1990-1993 pracował w kolejnej parafii Św. Michała w Lyndhurst. W 1993 r. ks. Zubik został mianowany proboszczem najstarszej parafii Św. Antoniego w Jersey City w stanie New Jersey. W jego parafii są głównie Amerykanie i Latynosi, ale jest także bardzo dużo Polaków – stąd powszechny bilingwilizm w trakcie nabożeństw i spotkań.

Jak mówi ks. Zubik – praca duszpasterska w USA jest trudna:

W niektórych parafiach w Polsce jest kilku księży, a niestety w parafiach w USA jest zwykle jeden, który musi dbać o duszpasterstwo nie tylko w jednej parafii, ale często w kilku. Modlimy się o nowe i święte powołania. Modlimy się i o kapłanów z Polski, którzy zechcą przyjechać do USA z posługą duszpasterską. Nie jest to tylko praca wśród Polaków, ale i wśród wiernych języka angielskiego i hiszpańskiego. W większości nowych parafii, które powstają, mieszkają ludzie z różnych stron świata, mówiący różnymi językami, pochodzący z różnych kultur. To jest właśnie specyfika Stanów Zjednoczonych, ta wielokulturowość i różnorodność językowa. Do pracy wśród tych ludzi musi być duszpasterz przygotowany.[16]

To nie tylko tradycyjne duszpasterstwo, ale i słynne w archidiecezji Newark procesje eucharystyczne przez miasto, liczne uroczystości patriotyczne, a otwartość i serdeczność proboszcza sprawiają, że w parafii każdy czuję się dobrze.

Pracując w Harrison, podjął też służbę kapelana wojskowego w New York State Pulaski Militia – znanego w Stanach Zjednoczonych oddziału, powstałego w 1833 r. na bazie słynnego Legionu Pułaskiego, który z rozkazu prezydenta USA został odkomenderowany z Armii Kontynentalnej do ochrony Nowego Jorku – miasta, ludności, wybrzeża i Wyspy Gubernatorskiej.

Godząc dwa pozornie przeciwstawne sfery: ołtarz i koszary, awansował do stopnia pułkownika Gwardii Narodowej stanu New York.

Na mocy postanowienia z dnia 15 stycznia 2001, ks. Zubik otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej.

14 kwietnia 2007 w sali recepcyjnej United States Military Academy, z-ca dowódcy Gwardii Narodowej stanu New York, generał major Robert J. Rodsse Jr., wręczył ks. kan. płk. Rudolfowi Zubikowi nominację na stopień generała brygady New York PMA. Nominacja odbyła się w asyście dowódcy New York State Navy Guard, admirała Wayne J. O’Rurke’a oraz innych generałów i admirałów.

Ks. Zubik nadal aktywnie współpracuje z weteranami Armii Polskiej na Zachodzie i żołnierzami Wojska Polskiego. Jest honorowym kapelanem Wojskowej Jednostki Specjalnej GROM i Światowego Związku Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej oraz kapelanem Rycerzy Kolumba oddziału w Harrison.

Pracę ks. gen. Zubika docenił także nieżyjący śp. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński, przesyłając na ręce jubilata stosowny list, wręczony i odczytany przez śp. ministra Władysława Stasiaka:

Bardzo się cieszę, że mogę złożyć Księdzu Kanonikowi i Wspólnocie Parafialnej pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej w Harrison powinszowania i serdeczne życzenia z okazji stulecia istnienia jednej z najstarszych polskich Parafii Kościoła Rzymskokatolickiego w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Z najwyższym uznaniem myślę o zasługach Księdza Proboszcza, które przynoszą chwałę i dumę wszystkim pokoleniom Polonii Amerykańskiej oraz Ojczyźnie Naszej – Rzeczypospolitej Polskiej.

Pragnę wyrazić głęboki szacunek dla duszpasterskiej misji pełnionej z miłością i ofiarnością przez Księdza Proboszcza, która krzewi w nas Polakach cnoty narodowe i patriotyczne. Pracowitość, sumienność, zaangażowanie w upowszechnianie dobrego imienia Kościoła Katolickiego, tradycji polskich oraz skromność Księdza Generała budzą we mnie najwyższy podziw. Nasze czasy potrzebują takiego niewzruszonego autorytetu moralnego i znajdują go w osobie Księdza Dobrodzieja. Dla Polski, w kształtowaniu jej współczesnego i przyszłego oblicza, ma to znaczenie bezcenne.

W tym uroczystym dniu proszę przyjąć Wielebny Księże Kanoniku najserdeczniejsze życzenia dobrego zdrowia, wielu darów Opatrzności i Łask Bożych tak bardzo potrzebnych do pełnienia dalszej posługi kapłańskiej oraz realizowania posłannictwa miłości i pokoju dla dobra wspólnoty Kościoła i Naszej Ojczyzny. Jestem głęboko przekonany, że misja głoszenia Ewangelii miłości, prawdy, pojednania i solidarności nadal przynosić będzie dobre owoce.[17]

Ks. gen. Rudolf Zubik nadal pamięta o Porębach, miejscu swego urodzenia, wspierając je duchowo i materialnie. Co roku, przyjeżdżając do swej rodziny w Zarszynie, odwiedza też niewielki porębski kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, zawsze biorąc udział w uroczystym czerwcowym odpuście. Tak też było w 2013 r.

 

Jan Macko

ì1941 Sanok – †2008 Sanok.

Nauczyciel, sportowiec i pasjonat sportu.

Nie urodził się w Besku i nie był rodowitym beszczaninem. Stąd jego sylwetkę zaprezentowano na końcu. A jednak oddał beskiej młodzieży 30 lat swego życia. Urodzony 24 czerwca 1941 r. w Sanoku, całe życie mieszkał w tym mieście, byłej stolicy ziemi sanockiej. W latach 1948-1955 uczęszczał do szkoły podstawowej, a następnie do liceum ogólnokształcącego, które ukończył maturą w 1959 r. Po ukończeniu Studium Nauczycielskiego Wychowania Fizycznego w Gdańsku Oliwie, 21 czerwca 1963 r. zdał egzamin dyplomowy. Ukończył także wydział wychowania fizycznego w Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie, uzyskując tytuł magistra. Pracował w trzech szkołach: w Dołżycy (1964), Radoszycach (1964-1971) i wreszcie w Szkole Podstawowej w Besku (1971-2000) – z tą szkołą i wsią związał się poprzez działalność sportową na blisko 30 lat. Zmarł 8 grudnia 2008 r., pochowany jest na cmentarzu przy ul. Rymanowskiej w Sanoku. W Zespole Szkół w Besku i w LKS „Przełom” Besko co roku odbywa się turniej piłkarski pod nazwą: „Memoriał im. Jana Macki”.

Krótka faktografia nie potrafi oddać całej bogatej osobowości Jana Macki, najlepiej wszak charakteryzuje go ludzka pamięć. Oto wspomnieniowy esej, opublikowany w nr. 51. gazetki gimnazjalnej „Czarno na białym”:

Był sierpień 1984 roku. Jako młody, zielony jeszcze nauczyciel, zaraz po studiach, dostałem propozycję pracy w Besku. Mojego oficjalnego przyjęcia dokonał ówczesny dyrektor Zbiorczej Szkoły Gminnej, p. Józef Kocoń, ale realnie zostałem „wypromowany na nauczyciela” przez p. Zdzisława Bobkę i p. Marię Mermer – dyrektorów Szkoły Podstawowej w Besku. Jakże nie pamiętać tych, którzy otoczyli mnie serdeczną opieką: Krzyśka Staronia, Ulę i Stasia Pileckich, Marysię Górną-Kijowską, Zbyszka Szałankiewicza, Bożenę Trzpis, Martę Suwałę… Jakże z kolei nie pamiętać o tych kochanych Paniach, które z racji wieku i doświadczenia były najlepszymi doradcami, zawsze służyły radą i pomocą. Kochane Panie z Beska… Wszystkie już są na emeryturze, a dwie z nich odeszły do Największego Nauczyciela…

Czas zostawia tylko piękne wspomnienia…

Wśród jakże nielicznych mężczyzn uwagę zwracał (wtedy dla mnie) starszy pan z lekką opaloną łysiną. Tak poznałem niezwykłego nauczyciela – p. Jana Mackę.

„Mów mi Janek” – tymi słowami zwrócił się do mnie przy pierwszym spotkaniu, gdy dowiedział się, że będę uczył tu języka polskiego. Był ode mnie starszy równo o 20 lat; czy mogę Mu mówić „ty”? Ale dla Niego nie stanowiło to problemu. I tak pan Janek stał się od początku dla mnie po prostu Jankiem.

Pamiętam Go z podwórka i boiska sportowego, pokoju nauczycielskiego, wspólnych konferencji, czasem wspólnych podróży, domu…

Jaki był? Przede wszystkim zwraca uwagę Jego bezpośredniość i dobroć. Później dowiedziałem się o jego pięknym życiorysie. Zawsze był i pozostał niezależny. Być może wpływ na to miała Jego głęboka wiara w Boga i ścisłą przynależność do Kościoła katolickiego. Jego słynny sanocki „dom z wieżyczką”, gdzie mieszkał wraz ze swoją ukochaną siostrą Marią, otwierał drzwi każdemu. Gościnność państwa Macków była przysłowiowa – i to nie gościnność salonowa, ale taka swojska, domowa. Tu czuło się, że jest się wśród swoich…

Urodzony w 1941 roku, ukończył Akademię Wychowania Fizycznego, a w 1964 został kierownikiem szkoły w odległych Radoszycach k. Komańczy. Pamiętam Jego słynną anegdotę – oto jakiś radoszycki pies podkradł się do gabinetu i zjadł wszystkie kanapki wizytatorowi, który przyjechał do Radoszyc na inspekcję. Jaki był wynik inspekcji? Podobno wypadła dobrze…

A jednak epizod radoszycki na zawsze pozostał Jankowi w pamięci. Ilekroć jechałem tam z wycieczką bądź też prowadziłem jakiś rajd pieszy przez Kanasiówkę do Łupkowa, Janek zawsze powtarzał: „Pozdrówcie moje Radoszyce”. I tak jest do dzisiaj. Zawsze przejeżdżając tamtędy, wspominam tę prośbę-modlitwę Janka… Pozdrawiam Jego Radoszyce.

W 1971 roku rozpoczął pracę w Besku. Ja dotarłem tutaj dopiero 13 lat później. I powoli poznawałem tego człowieka-legendę, prawdziwego nauczyciela o złotym sercu. To właśnie On nauczył mnie nie bać się dzieci. Ileż razy widziałem, jak przytula do siebie jakieś dziecko, jak głaszcze po głowie chłopca-urwisa, przedtem napomniawszy go, aby nie robił źle… Znany obrazek: na ławce siedzi pan Janek, a wokół Niego roześmiana dzieciarnia. Uwielbiał te najmłodsze berbecie, które niejednokrotnie siadywały na Jego kolanach, a On rozmawiał, pytał, tłumaczył… Gdzież są dzisiaj tacy nauczyciele…

Kolejny obrazek. Koniec lat 80-tych. Jestem wraz z Jankiem w pokoju nauczycielskim (obecna księgowość). Rozmawiamy. Nagle otwierają się drzwi i wchodzi zapłakana dziewczynka z zakrwawionym kolanem (dzisiaj to już dorosła kobieta, ciekawe, czy pamięta?). Pan Janek podchodzi i zobaczywszy, że to tylko niegroźna rana, wyciera łzy dziewczynki, przemawia do niej łagodnie, pociesza… Po chwili już wszystko w porządku. Jeszcze tylko obtarcie kolana wodą utlenioną, założenie prostego opatrunku. I… – ręce dziewczynki obejmują szyję pana Janka; coś tam szepcze, a On, jak ojciec, przytula ją i głaszcze po głowie… Dobre ręce pana Macki… Już wszystko w porządku.

Jeszcze inny obrazek. Mam wolną godzinę, przyglądam się lekcji wychowania fizycznego na boisku. Kilkunastu małych czwartoklasistów stoi w rzędzie. Przed nimi pan Janek coś tłumaczy. Któryś się śmieje, nie uważa. Pan Janek staje przed nim – marsowa mina, głos niczym tornado, słowa też nielekkie. Dla osoby postronnej – gotowa katastrofa. Ale wszyscy szczerzą w uśmiechu zęby. Ta burza nigdy nie przynosi piorunów ani spustoszenia. To strofowanie należy wręcz do rytuału, właściwie bez niego nie odbyłaby się żadna normalna lekcja, jest wpisane w naturę nauczyciela i uczniów. A jak nie pomogą słowa, zostaje jeszcze piłka…

Właśnie – piłka. Nierozłącznie związana z Jankiem i to zarówno w teorii, jak i praktyce. Namiętny czytelnik „Przeglądu Sportowego” i „Piłki Nożnej” (kupowanych w kiosku przy stacji) oraz długoletni współtwórca i trener beskich drużyn sportowych. Jak opisać zdenerwowanie, gdy Jego drużyna brała udział w zawodach – czy to w Besku, czy też wyjazdowo. Gdy wracali zwycięscy, kupował im cukierki i colę, przegranych pocieszał, analizując strategię i strzelone bramki. Właściwie Besko i sport – to On. Najwięcej o tych związkach mógłby powiedzieć Jego kolega – p. Stanisław Rakuś. Odsyłam tutaj do znajdującej się w bibliotece książki o sporcie w Besku.

W czerwcu 2000 roku odszedł na emeryturę. Żegnali go wszyscy: dzieci i młodzież, nauczyciele, administracja i obsługa szkoły, władze gminy. Ale nadal co tydzień, w każdy wtorek, odwiedzał Besko. W „przyjaznym” Mu kantorku zawsze czekała na Niego herbatka i „coś na ząb”. Tryskał humorem, sypał żartami i anegdotami.

Później nadeszła choroba. Znosił ją ze spokojem. Duch przeważał nad ciałem. Ostatnie tygodnie były już jakimś przygotowaniem… Dom, szpital, dom, szpital…

I nadszedł poniedziałek 8 grudnia 2008 roku. Wczesne godziny popołudniowe…

Narodziny dla Nieba.

Ileż drgnień dziecięcych serc, ileż dobrych myśli, ileż uśmiechów poprzedziło Cię, Janku, na tej drodze. One wcześniej dotarły przed Boży tron, przygotowując Ci miejsce wśród wszystkich Dobrych Nauczycieli… (Z.B.)

 

I tymi ostatnimi słowami, które odnoszą się do wszystkich tych, którzy odeszli, trzeba zakończyć niniejszy rozdział…

 

 

[1] Wojewoda Zbigniew, Zarys historii Kościoła greckokatolickiego w Polsce w latach 1944-1989. Wydawnictwo „Nomos”, Kraków 1994, s. 33. Warto sięgnąć do tej książki, gdyż przedstawia ona losy tego Kościoła w Besku, Pielni, Odrzechowej i in. pobliskich miejscowościach.

[2] Na podstawie zebranych informacji z różnych stron internetowych oraz wiadomości od Kazimiery Deńko.

[3] „Gazeta Sanocka”, nr 175. z 5 maja 1907 r.

[4] Płatek Beata, Pamięć wieczna jak kamień. Cmentarze Gminy Besko… Zespół Szkół w Besku – Szkoła Podstawowa w Besku, Besko 2010, s. 29.

[5] Relacja ks. Kazimierza Trelki, wikariusza w Besku w latach 1969-1971. Cyt. za: Szyndler Krzysztof, Parafia Besko w latach 1945-1996. Praca magisterska pisana na seminarium z historii Kościoła pod kierunkiem ks. dra Tadeusza Śliwy w ramach umowy z Wydziałem Teologicznym Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Przemyśl 2003, s. 116.

[6] Mikosz Jan, ks. Kronika parafii Besko.

[7] „Niedziela. Tygodnik katolicki”. Lipiec 2005. Autorem artykułu jest Alicja Małek.

[8] Sprawozdanie Jubileuszowe z działalności Państwowego Gimnazjum w Sanoku w latach 1888-1938 wydane z okazji Wielkiego Zjazdu wychowawców i wychowanków Zakładu w 50 rocznicę pierwszego egzaminu dojrzałości, s. 45 i 47. Wydawnictwo dostępne (jako kopia) w Bibliotece Publicznej w Sanoku.

[9] Jego mowy poselskie drukowane są w „Gazecie Sanockiej” przełomu XIX i XX w. W jednej z nich, mówiąc o oświacie ludowej, występuje o polepszenie płac nauczycieli szkół ludowych (nr 99. z 21 lutego 1897 r.).

[10] „Gazeta Sanocka”, nr 108. z 25 kwietnia 1897 r. i nr 114. z 6 czerwca 1897 – tu długi artykuł o zatargu (prowokacji?), który miał miejsce w Rymanowie podczas targu.

[11] Na podstawie artykułu w czasopiśmie „Echo Beska” nr 6. Informacje z Internetu (Wikipedia) oraz od jego bratanka, Wojciecha Sokołowskiego

[12] Na podst. artykułu w „Tygodniku Sanockim” (Andrzej Olejko, Sanoczanin – mistrzem spadochronowym. „Tygodnik Sanocki”, nr 13, Sanok 1997.) oraz wspomnień Lesława Myczkowskiego (Moja droga do adwokatury, s. 64-66).

[13] Podczas pogrzebu śp. Zygmunta Schmidta głoszący homilię ksiądz – były wychowanek prof. Schmidta – z pasją powiedział o pracy zmarłego nauczyciela: Byliście jak filtry, skupiające na sobie działanie okupanta, gdy my nawet nie domyślaliśmy się zagrożenia (zacytowałem to zdanie z pamięci, ale tak mocno nadal tkwi we mnie, niemal jako motto nauczycielskie, że mogę je odtworzyć niemal bezbłędnie – Z.B.). Słowa te winny odnosić się także do wszystkich nauczycieli, uczących Wolności i Prawdy w czasie okupacji hitlerowskiej i późniejszego stalinowskiego terroru (ale także w czasach późniejszych). Biografia na podst. B. Płatek, Pamięć wieczna jak kamień…

[14] Myczkowski Lesław, Moja droga do adwokatury. Zielona Góra, bdw., s. 112-113.

 

[15] Na podstawie: www.sziemianski.wordpress.com. Przytoczono wybrane cytaty i anegdoty z art. Anny Szałankiewicz (http://isanok.pl/sanok-i-okolice/najpierw-jestem-ksiedzem-a-dopiero-potem-profesorem/).

[16] „Wrocławski kapłan generałem w USA” (w:) Tygodnik Katolicki „Niedziela”. Edycja Wrocławska. Nr 21/2007.

[17] Na podst.: http://www.bbn.gov.pl/wai/pl/2/1424/Ks_Rudolf_Zubik_w_BBN.html.