II. 5. II wojna światowa (1939-1944)

Sierpień 1939 r. upłynął pod znakiem zmiennych wiadomości dotyczących wybuchu wojny; dopiero ogłoszenie mobilizacji rozwiało wszelkie spekulacje. Wojna stała u bram Europy, a jej pierwsze uderzenie miało spaść na Polskę.

Połączonym siłom niemiecko-sowieckim (i niestety, słowackim, oddających na potrzeby wojny 50 tys. swoich żołnierzy[1]), liczącym ok. 2,5 mln ludzi, Polska mogła przeciwstawić ok. 1 mln naprędce skoszarowanych poborowych; rażące dysproporcje w uzbrojeniu i sprzęcie nie pozwalały, wbrew oficjalnej propagandzie, mieć złudzeń co do wyniku starcia.

 

Wiadomość o rozpoczęciu działań wojennych nie wzbudziła w Besku jakiejś specjalnej trwogi, wszyscy pamiętali tu jeszcze wojska austriacko-niemieckie, traktowane jako swoje i odnoszące się na ogół poprawnie do ludności cywilnej Galicji. Powszechna też była wiara w rychły, oczywiście zwycięski, koniec działań – jeszcze przed zimą….

 

Pierwszymi, którzy zobaczyli straszne oblicze wojny, byli młodzi beszczanie, odbywający już zasadniczą służbę wojskową: Piotr Szajna (ur. 16 czerwca 1910 r. w Besku), Józef Ciepły (ur. 21 lutego 1911 r. w Besku), Stanisław Zajączkowski (ur. 30 kwietnia 1911 r. w Besku), Grzegorz Kielar (ur. 1 września 1912 r. w Mymoniu), Jan Smolik (ur. 26 maja 1913 r. w Besku), Franciszek Kwiatkowski (ur. 6 lutego 1914 r. w Besku), Adam Królicki (ur. 24 lutego 1914 r. w Besku), Stanisław Szałankiewicz (ur. 20 maja 1914 r. w Besku)[2], Paweł Zubik (ur. 17 stycznia 1915 r. w Besku), Stanisław Czupiej (ur. 19 maja 1915 r. w Besku), Józef Kielar (ur. 11 marca 1916 r. w Besku), Kazimierz Żółkiewicz (z Mymonia), a także Józef Wielobób (ur. 10 lutego 1910 r. w Milczy), Andrzej Ziemiański (ur. w 1913 w Milczy) oraz nieznany jeszcze tutaj, pochodzący z Sokalszczyzny Franciszek Zakorczmenny (ur. 20 sierpnia 1915 r. w Ostrowie k. Sokala, zmarły w 2010 r.), którzy po wojnie osiedlili się w Besku.[3] Służyli przeważnie w 2 Pułku Strzelców Podhalańskich w Sanoku (Szajna, Ciepły, obaj Kielarowie, Szałankiewicz, Zubik i Czupiej) oraz w Batalionie Obrony Narodowej w Sanoku (Wielobób, Zajączkowski i Ziemiański) pod dowództwem kpt. Tadeusza Kuniewskiego, tocząc walki w celu opóźnienia marszu Niemców na wschód.

 

Po wybuchu wojny zmobilizowani zostali: dzierżawca majątku Jerzy Myczkowski, który zgłosił się na ochotnika (wspomina o tym w swojej autobiografii Moja droga do adwokatury jego syn, Lesław), Leon Banek, Józef Zajączkowski, Michał Deńko, Rybczak i Tutak (nie ustalono imion). Do tzw. forszpanu pojechało wielu beszczan; dotarli do Truskawca, gdzie zostali zatrzymani przez Niemców[4]. Po wielu perypetiach prawie wszyscy wrócili do Beska – nieznany jest natomiast los Stanisława Smolika, który zginął podczas służby.

Niektórzy z żołnierzy (m. in. Stanisław Czupiej, Leon Banek) zostawili swoje wspomnienia, z których wyłania się smutny obraz dezorganizacji i chaosu, brak czynników decyzyjnych i ogólne rozprzężenie. Leon Banek został internowany na Węgrzech i przeniesiony do obozu w Austrii; do Beska powrócił dopiero po dziesięciu miesiącach.

 

Wkrótce wojna dotarła także do Beska. Most na Wisłoku został obsadzony przez wojsko, a na łąkach zarszyńskich – po zbombardowaniu lotniska w Krośnie – urządzono zapasowe lotnisko, na których stało kilkanaście maszyn.

Powszechny nastrój paniki i niepewności udzielił się także ludności Beska. Sygnał do ucieczki dał dwór, ewakuując się na wschód, za Dniestr. Za nim pociągnęli chłopi (m. in. Grzegorz Czupiej, Jan Mermer, Stanisław Mermer oraz Kieroński, Kielar i Wróbel – o nieustalonych imionach). Ucieczkę tę i niechętny lub wręcz wrogi stosunek Ukraińców do Polaków bardzo naturalistycznie opisał Jerzy Myczkowski, ukazując przerażające obrazy zdziczenia obyczajów, wzmocnione jeszcze polityczną ukraińską propagandą[5]. Podobne, a nawet bardziej dramatyczne opisy znajdujemy w relacjach chłopów, którzy tylko sprytowi lub szybkiej ucieczce zawdzięczają życie[6]. Te i inne relacje oraz przedwojenna działalność proukraińskich agitatorów coraz bardziej utrwalają stereotypowy wizerunek sąsiada ze Wschodu, zaś wołyńskie ludobójstwo (wymordowano w okrutny sposób ok. 60-80 tys. Polaków) na dziesiątki lat kopie przepaść między oboma nacjami, jeszcze tak niedawno żyjącymi w pokoju.

 

Przez Besko przewala się tysiące ludzi, uciekając przed wojną na wschód. Uciekinierzy, przyjmowani na ogół gościnnie przez beskich chłopów, snują opowieści o błyskawicznych pochodach niemieckiej armii. Niekiedy przechodzi oddział wojska.

Udało się zarejestrować wiele relacji świadków tamtych dni; oto dwie z nich:

Jak mi opowiadano w domu (…) ludzie w panice uciekali na wschód, zatrzymując się również w Besku, gdzie im udzielano schronienia, karmiono. Po noclegu uciekali dalej. Mieszkańcy Beska pełnili w nocy warty, obserwując, czy nie zbliża się nieprzyjaciel, aby szybko zaalarmować innych. Ludzie ukrywali dobytek w piwnicach, wykopywanych, a potem zamaskowanych dołach.[7]

 

Wieść o wybuchu wojny dotarła do Beska głównie drogą radiową. Mieszkańcy przekazywali jeden drugiemu tę straszną nowinę. Głównym źródłem, z którego rozchodziły się radiowe nowinki w naszej okolicy, był sklep u pana Mermera. Własne radio mieli tylko nieliczni. Na wieść o wojnie ogarnął nas nastrój trwogi. Łudziliśmy się z mężem, że to nieprawda. Byliśmy młodym małżeństwem. Dopiero co założyliśmy rodzinę.[8]

 

Wojna wchodzi już w granice wsi – głuche odgłosy dochodzące z zachodu oznajmują, że niemieckie samoloty zbombardowały właśnie stację kolejową we Wróbliku Szlacheckim. Beski proboszcz, ks. Andrzej Witko (1884-1965), ogłasza, że ze względu na bezpieczeństwo wsi i parafian, zakazuje się odtąd bicia w dzwony kościelne.

 

W celu opóźnienia marszu nieprzyjaciela, polskie wojsko wysadza w końcu drewniany most na Wisłoku. Jedynym trwałym połączeniem jest teraz żelazny most kolejowy. Nieco inaczej wyglądało wtedy centrum Beska – na miejscu dzisiejszego „Pawilonu” stały drewniane domy, pobudowane z obu stron biegnącej środkiem drogi z Krosna do Sanoka. Szosa nie ma asfaltu, jest tylko utwardzona kamieniami i żużlem; nadal niektórzy nazywają ją „Droga Cesarską” lub „sztreką”. Zaraz za wzgórzem cerkiewnym skręcała w prawo i (za dzisiejszym „Pawilonem”) docierała do mostu. Dzisiaj pozostały z niego jedynie fragmenty wystających z rzeki betonowych filarów. Za mostem miała jeszcze kilka zakrętów, by w końcu prosto już podążyć do Zarszyna.

 

Tu właśnie, w samym centrum Beska, rozegrał się największy dramat unickich mieszkańców wsi. Do dziś trwa interpretacyjny spór o genezę i przebieg tych wypadków. Poniżej przedstawiono genezę i przebieg wydarzeń z 10 września 1939 r.

 

Broniąca południa kraju Armia „Karpaty” (później Armia „Małopolska”) pod dowództwem gen. dyw. Kazimierza Fabrycego, dokonywała naprędce szybkich przegrupowań, rozpaczliwie broniąc się przed dobrze uzbrojonymi niemieckimi jednostkami alpejskimi, w dużej części zmotoryzowanymi i dysponującymi bronią pancerną, idącymi od Słowacji. Wisłoka broniła 3 Brygada Górska pod dowództwem płk. Jana Stefana Kotowicza.

Przez przełęcze Beskidu Niskiego szybkim marszem szła 1 Dywizja Górska (1 Gebirgs-Division) generała-majora. Ludwiga Küblera, utworzona w kwietniu 1938 r. w Garmisch-Partenkirchen z brygady górskiej sformowanej w 1935 r. Jej trzon stanowili strzelcy bawarscy i austriaccy[9]. W czasie kampanii wrześniowej należała do Grupy Armii Süd (Południe). Wojna zastała niemiecki Wehrmacht, a więc także 1 Dywizję Górską, jeszcze w trakcie rozbudowy. Brakowało przede wszystkim wyszkolonych rezerw (na I wojnę światową Niemcy poszły z 25 w pełni wyszkolonymi rocznikami rezerwistów, na początku II wojny światowej było do dyspozycji tylko 6, na ogół krótko szkolonych roczników). Od zachodu wspiera ją 3 Dywizja Górska, pod dowództwem gen. Eduarda Dietla, i 2 Dywizja Górska gen. Valentina Feursteina. Za 1 Dywizją posuwa się 57 Dywizja Piechoty. Poszczególne pułki wdzierają się przez różne odcinki granicy, szerokim pasem zajmując polskie wsie i miasta. Wraz z 2 Dywizją przekraczają Beskid Niski, docierając do Gorlic i Nowego Żmigrodu, gdzie łączą swoje siły.

Słaby opór wojsk polskich (w tym KOP) spowodował przegrupowanie sił – 8 września sztab dywizji utworzył dwie zmotoryzowane grupy pościgowe (północną i południowa) pod dowództwem płk. Karla Wintergersta – dowódcy 79 pułku artylerii górskiej (79 Gebirgsartillerieregiment). Grupą północną „Lang” dowodził płk. Ferdinand Schörner – jej droga prowadziła przez Kobylany, Wietrzno, Krosno, Haczów, Jaćmierz, Sanok i Dobromil; droga grupy południowej „Geiger” ppłk. Egberta Martina Pickera (późniejszego generała i dowódcy 3 Dywizji Górskiej[10]) prowadziła przez Nowy Żmigród i Duklę do Rymanowa. Obydwie grupy, odpowiadające sile polskiego batalionu, składają się ze strzelców górskich, artylerii przeciwpancernej, motocyklistów, ciężkiej artylerii, saperów, jednostek łączności radiowej i artylerii przeciwlotniczej. Rozpoczyna się, zgodnie z określeniem gen. Küblera, jazda szturmowa na Lwów (Sturmfahrt auf Lemberg).[11]

8 września do Rymanowa Zdroju wkraczają wojska słowackie. 9 września ok. 15.00 grupa „Geiger”, wzmocniona 2 batalionem 99 pułku strzelców górskich (Gebirgsjägerregiment 99) pod dowództwem mjr. Adolfa Seitza, zdobywa Rymanów. Na nic zdała się obrona zorganizowana przez płk. Jana Stefana Kotowicza (3 Brygada Górska) i ppłk. Jana Ludwika Zachodnego (2 pułk Korpusu Ochrony Pogranicza „Karpaty”); miasto, ostrzelane pociskami ciężkiej artylerii, płonie, wszędzie widać gruzy, ruiny domów, zwisające druty telefoniczne. Rymanów zostaje przekazany Słowakom; burmistrzem zostaje kolaborujący z Niemcami Ukrainiec, który powołuje nowy, ukraiński zarząd miasta. Hitlerowcy wydali zarządzenie, by ludność żydowska w ciągu 24 godzin przekroczyła linię Sanu i udała się na wschód (do przyszłej, zgodnie z paktem Ribbentrop-Mołotow, sowieckiej strefy okupacyjnej). Jeszcze tego samego dnia prawie wszyscy Żydzi zastosowali się do tego zarządzenia (choć wielu potajemnie wróciło później do Rymanowa). Różnymi drogami (przez Sieniawę i Ladzin) docierają do Beska. Mieszkańcy wsi wieczorem i w nocy obserwują setki żydowskich uchodźców, ciągnących za San.

 

9 września w Besku ok. godziny jedenastej nieliczne jednostki Wojska Polskiego szybko wycofują się na wschód. Odwrót ma zabezpieczyć wysadzenie mostu kolejowego, ale słaby ładunek jedynie uszkadza go. Ostatni żołnierze strzegą jeszcze resztek wysadzonego mostu drogowego – drewnianego, z rzadka ostrzeliwując widoczne z dala nieliczne czujki niemieckie, wysłane na rozpoznanie. Skonsternowani Niemcy wstrzymują na kilka godzin atak, w celu skupienia większych sił. Dopiero popołudniem[12] grupa „Geiger” w całej gotowości rusza na wschód, mija Sieniawę i dociera do Beska[13]. Przy zniszczonym moście drogowym wywiązała się krótka walka pomiędzy nielicznymi żołnierzami Wojska Polskiego, jeden z nich został ranny; Polacy wycofują się w kierunku Sanoka. Jeszcze tego samego dnia część grupy pościgowej przekracza Wisłok (po prowizorycznej kładce obok zniszczonego mostu, brodem lub po moście kolejowym) i rusza na Zarszyn.

W Besku władzę obejmuje Wehrmacht. W czasie krótkiej walki mieszkańcy, znający z autopsji I wojnę światową, siedzą ukryci w piwnicach i domach, czekając, co przyniosą następne godziny. W późnych godzinach popołudniowych Niemcy już kwaterują we wsi – zajmują dwór, budynki mieszkalne, sady i ogrody. Część spędza wieczór przy swoich pojazdach. Ośmieleni spokojem beszczanie, głównie ukraińskiego pochodzenia, wychodzą ze swoich kryjówek, nawiązując pierwsze znajomości. Nic nie świadczy o nadciągającej tragedii…

 

Następny dzień, niedziela, 10 września 1939 r., miał okazać się najtragiczniejszym w dziejach wsi.

 

Oficjalne opisy i relacje są w zasadzie do siebie podobne, różniąc się tylko w szczegółach; wszystkie jednak powielają ten sam schemat wydarzeń, stanowiący jakąś poprawną społecznie wykładnię historyczną, niekoniecznie zgodną z prawdą.

Jedynym pewnym faktem jest masakra, która tego dnia rozegrała się w środku Beska – zginęli mężczyźni, kobiety i dzieci. Różnice zaczynają się pojawiać przy dochodzeniu do genezy tych wypadków[14]. Dużo zgromadzonych zapisów i wywiadów to często krótkie relacje z drugiej lub trzeciej ręki, mało obiektywne w tak drażliwej kwestii (liczne są wtręty typu: „słyszałem”, „mówili mi”, „podobno”, itp.). Stąd też poniżej przedstawiono relacje w miarę pełne, oparte na tekstach źródłowych lub wypowiedziach różnych osób (niekoniecznie świadków).

 

Bardzo krótko o tych wydarzeniach wspomina jeden z żołnierzy niemieckich, niebioracy jednakże udziału w tej masakrze:

Po zapadnięciu ciemności kolumna stanęła przed wsią Besko, na wschód od Rymanowa. Żołnierze zebrali trochę siana, położyli się przy swoich mułach i spali jak na puchowym łożu. Artylerzystów górskich i strzelców obudziła przed świtem strzelanina w Besku. Piechota górska stoczyła krótką potyczkę z polskimi snajperami. Niemieckie wojska postanowiły podpalić wioskę, aby położyć kres oporowi Polaków.[15]

 

We wspomnianym opisie właściwie wszystko, poza lokalizacją oddziału (czyli bezpośrednimi wspomnieniami), jest czystą konfabulacją. Owe strzały rozległy się kilka godzin „po świcie”, a przypisanie ich „polskim snajperom” to prawdopodobnie oficjalna wersja wydarzeń, podana przez niemieckiego dowódcę swoim podwładnym.

 

Z polskich źródeł rozpocznijmy od relacji zamieszczonej w „Roczniku Sanockim”:

Trzon grupy „Geiger” ze swoim dowódcą zatrzymał się w Besku na noc z 9 na 10 września, rozlokowując się po sadach, obejściach i zabudowaniach chłopskich. Miejscowa ludność, nie przeczuwając nic złego, spokojnie ułożyła się do snu. Następnego dnia, w niedzielę, we wczesnych godzinach rannych żołnierze mjr. Pickera bez żadnego powodu rozpoczęli pacyfikacje wsi. Jeżdżąc na motocyklach po uliczkach i zaułkach wioski, rzucali granaty na strzechy chałup i stodół, przez okna do wnętrza domów, wzniecając pożary, zabijając i raniąc ludzi. Inni, wpadali do domów i wyprowadzali z nich mężczyzn, bez względu na ich wiek, gromadząc ich na szosie Krosno – Sanok, przed zabudowaniami rodziny Kędziorów. Jeszcze inni strzelali do każdego cywila, gdy tylko ukazał się w zasięgu ich wzroku. Mężczyzn zgrupowanych pod domem Kędziorów postawiono przed plutonem egzekucyjnym. Żołnierze ustawieni w przydrożnym rowie rozstrzeliwali ich z karabinów z odległości 2-3 m. W ten sposób zginęli Polacy: Stanisław Kołodziej, ojciec siedmiorga nieletnich dzieci, Stanisław Borkowski, Wiktor Pelczar, 70-letni Michał Szałankiewicz, 12-letni Stanisław Szybka, Michał Szymański, Piotr Roman, Mikołaj Kuśnierz z synem Janem, Aleksander Kopczyk oraz Konstanty Tatarski, i Starorusini: Andrzej Pasternak, Paweł Skrobut, Jan Feszczak, Michał Cup, Antoni Kopina z synem Mikołajem, Andrzej Hryńczuk, Teodor Deńko, Antonina Deńko (rozerwana w domu granatem), ksiądz greckokatolicki Michał Wełyczko i jeden mężczyzna o nie ustalonym nazwisku. Razem 22 osoby, w tym dwoje dzieci i jedna kobieta. Tych, którzy dawali jeszcze oznaki życia, oficer niemiecki dobijał strzałem z pistoletu w głowę bądź żołnierze prowadzący egzekucję dobijali ich kolbami karabinów. W taki właśnie sposób dobito Wiktora Pelczara. Wiele osób zostało rannych, w tym także i dzieci, którym nie udzielono żadnej pomocy. Spalono doszczętnie 48 budynków mieszkalnych, a także wiele stodół, obór i spichlerzy wraz ze zbiorami. Do próbujących ratować przed płomieniami swój dobytek strzelano. Po egzekucji nie uszanowano nawet zwłok pomordowanych, lecz zbezczeszczono je, rozgniatając na miazgę gąsienicami pojazdów mechanicznych. Zwłoki te następnie polecono miejscowej ludności natychmiast zabrać i bez żadnej ceremonii pochować na miejscowych cmentarzach.

W godzinach popołudniowych główne siły 1 Dywizji Górskiej ruszyły na Sanok, uprzednio już opanowany przez czołówkę grupy „Geiger”, która poprzedniego dnia w godzinach wieczornych uchwyciła przyczółek mostowy na Sanie, przekraczają go w rejonie Zagórza.[16]

 

Oto kolejny tekst:

W słoneczną i ciepłą niedzielę, 10 września 1939 r. około godziny 9 wybuchła nagle we wsi strzelanina. Teren był już od soboty opanowany przez Niemców. Przypuszczano, że powodem palby jest walka jakiegoś niedużego oddziału polskich żołnierzy, który nie zdążył wycofać się wcześniej. Takie przypuszczenie było prawdopodobne, bo jeszcze w piątek, 8 września, pojedynczo i małymi grupkami, wycofali się w kierunku wschodnim i północnym wymęczeni, wymizerowani żołnierze polskiego wojska.

W sąsiadujących z Beskiem wioskach było w tym czasie niewielu mężczyzn – pomaszerowali na wschód na słynną „ucieczkę cywilów”.

Tymczasem z Beska, prócz strzałów karabinowych, dochodziły wybuchy i huki innego jeszcze rodzaju. Sądzono, że to właśnie jakiś oddział naszych wojsk wysadza w powietrze mosty kolejowy i drogowy. Na strzały i huki wybuchów nałożyły się dymy pożarów. Na ich widok nie zabrzmiały w Besku i okolicznych wioskach kościelne dzwony. Nie zabrzmiały zastępcze gongi – kawały ciężkiego żelaza powieszone po wioskach dla alarmowania o pożarze. Nikt nie odważył się alarmować, nikt nie wydał polecenia, by zorganizować wyjazd straży pożarnej. Besko trwało odrętwiałe.

Nie gaszony pożar rozszerzał się, strzelanina to przycichała to się wzmagała, chwilami natężał się huk wybuchów. Trwało to do godziny 15-tej. O 16-tej zapadła cisza. Po kilku, może po kilkunastu dniach, rozszerzyła się wieść, że tragedia w Besku była wynikiem prowokacji. Mówiono, że niektórzy mieszkańcy wsi chcieli chlebem i kwiatami witać wkraczających Niemców, którzy otworzyli ogień z karabinów ręcznych i maszynowych, obrzucali ludzi granatami. Wersja ta powstała w wyniku niedoinformowania, a być może ludzkiej złośliwości. Kto dziś tego dojdzie? W każdym razie taki opis wydarzeń w Besku przetrwał także w niektórych szufladach biurowych. Dziś mieszkańcy zgodnie twierdzą, że we wrześniu 1939 r. nikt nie witał hitlerowskich żołnierzy ani też nikt nie próbował organizować takich uroczystości, zaś tragedia – wg ówczesnych naocznych świadków, miała przebieg następujący:

W niedzielę, 10 września 1939 r., w kościele rzymskokatolickim odbywała się msza. Wyjątkowo, ze względu na sytuację, nie zapowiadały jej dzwony. Zakończenie mszy połączone z wychodzeniem wiernych z kościoła zbiegało się z biciem w dzwony w cerkwi, w której miało się odbyć nabożeństwo. Kilku uczestników mszy rzymskokatolickiej, idąc w kierunku swych domów, usiłowało może szybkim krokiem (może biegiem) przeskoczyć szosę, którą maszerowały od strony Rymanowa niemieckie kolumny wojskowe. Któryś z Niemców strzelił w kierunku poruszających się na szosie ludzi i trafił śmiertelnie swego kolegę – niemieckiego żołnierza. Oddziały niemieckie zatrzymały się, by spełnić… zemstę.

Pierwszy padł od niemieckich kul ksiądz grekokatolicki Michał Wełyczko – wyszedł właśnie z plebanii, zmierzał do cerkwi i padł na ziemię na oczach żony i dzieci. Znajomości niemieckiego języka zawdzięcza życie żona księdza. Dalszej kolejności mordowania nikt już dzisiaj nie pamięta. Niemcy strzelali do wszystkich. Kołodzieja – ojca siedmiorga dzieci, wyciągnęli z domu na ulicę i tam zabili. Szałankiewicza postrzelili na kładce, przez którą przechodził, wracając z kościoła. Ciężko ranny spadł do rzeki. Nie pozwolono do niego podejść, udzielić mu pomocy – zmarł w wyniku wykrwawienia jeszcze przed zakończeniem przez Niemców akcji. Rozbestwieni hitlerowcy wrzucali do domów, wprost w okienne szyby – granaty. To one, wybuchając w mieszkaniach, powodowały pożary. Od granatu zginęła we własnym domu Antonina Deńko. Stopniowo żołdactwo przeniosło swe wyczyny na dalsze tereny wsi: Hrabeń i Suchą Wieś, potem szkołę i dom ludowy. Paliło się czterdzieści budynków mieszkalnych i cztery stodoły.

Mordujący ludzi niemieccy zbirowie nie zapomnieli o swoich żołądkach: strzelali do świń, gęsi, kaczek, kur. Zbierali je i zanosili do swoich samochodów.

Akcję „morduj” zakończyli Niemcy o godzinie 16-tej na rozkaz generała, który akurat nadjechał. W chwili przerwania „akcji” zamordowanych było 20 osób. Dalsze dwie miały umrzeć wkrótce, w wyniku otrzymanych postrzałów lub ranienia odłamkami granatów.

Zamordowani przez Niemców w dniu 10 września 1939 roku w Besku: Borkowski Stanisław (Filorczyn), Cup Michał, Deńko Antonina, Feszczak Jan, Iżyk Andrzej, Kołodziej Stanisław, Kopczyk Aleksander, Kopina Antoni, Kopina Jan, Pasternak Andrzej, Pelczar Wiktor, Roman Piotr, Skarbut [właśc. Skrobut – Z.B.] Paweł, Szałankiewicz Michał (Górczanik), Szybka Michał, Szymański Michał, Wełyczko Michał ks., Tatarski Konstanty, Teodos Andrzej – ojciec, Teodos Jan s. Andrzeja. Zmarli w dniach następnych z odniesionych ran: Ciepły Michał, Holeśnik Anna.[17]

 

Obydwa teksty dosyć wiernie przedstawiają tę tragiczną historię, raczej nie koloryzują, operują faktami. Ale są miedzy nimi pewne istotne różnice, dotyczące choćby ilości zabitych, jak też ich nazwisk. Pierwszy tekst (C. Cyran i A. Rachwał) jest najbardziej obiektywny i faktograficzny; autor drugiej relacji (Z. Staruchowicz) stara się już podać przyczyny masakry (przypuszczalnie strzały któregoś z polskich oddziałów oraz przypadkowe postrzelenie jednego z niemieckich żołnierzy).

 

Kolejna relacja podobna jest do poprzednich:

W wyniku najazdu Niemiec hitlerowskich na Polskę już 9 września 1939 r. Besko znalazło się w rękach wroga (…).

10 września 1939 r. żołnierze wydzielonego oddziału pościgowego „Geiger” z 1 Dywizji Górskiej Wehrmachtu zatrzymali się na noc w Besku. Następnego dnia już w godzinach rannych rozpoczęli pacyfikację tej wsi. Z motocykli rzucali granaty na strzechy chałup i stodół lub przez okna do wnętrza domów. Inni wyprowadzali mężczyzn i ustawiali ich na szosie Sanok – Krosno, naprzeciw zabudowań Kędziorów. Jeszcze inni strzelali do każdego mieszkańca wsi, jaki pojawił się w zasięgu ich wzroku. Mężczyzn ustawionych na szosie rozstrzelał odległości 2-3 m pluton egzekucyjny, ustawiony w przydrożnym rowie. W tej egzekucji zginęli: Stanisław Kołodziej ojciec siedmiorga dzieci, Stanisław Borkowski, Wiktor Pelczar, 70-letni Michał Szałankiewicz (zastrzelony na kładce przerzuconej przez rzekę Wisłok), 12-letni Stanisław Szybka, Michał Szymański, Piotr Roman, Mikołaj Kuśnierz z synem Janem, Aleksander Kopczyk, Konstanty Tatarski, Andrzej Pasternak, Paweł Skorbut [właśc. Skrobut – Z.B.], Jan Feszczak, Michał Cup, Antoni Kopina z synem Mikołajem, Andrzej Hryńczuk, Teodor Deńko, Antonina Deńko (zginęła od granatu wrzuconego przez okno do jej domu), 80-letni Stefan Romańczuk oraz ksiądz grekokatolicki Michał Wełyczko, rozstrzelany na plebanii. Łącznie zginęły 22 osoby. Tych, którzy jeszcze dawali oznaki życia, Niemcy dobijali strzałem w głowę bądź uderzeniem kolbą karabinu. Tak zginął Wiktor Pelczar. Po egzekucji zwłoki rozstrzelanych zbezczeszczono, rozjeżdżając je czołgami. Następnie polecono miejscowej ludności ciała pomordowanych natychmiast zabrać i pochować na miejscowym cmentarzu.

Poważne były straty materialne. Spłonęło doszczętnie 48 budynków mieszkalnych, wiele stodół, obór i spichlerzy wraz ze zbiorami.

Była to pierwsza krwawa zbrodnia niemieckiego okupanta.[18]

11 września 1939 r. żołnierze z wydzielonego oddziału pościgowego „Geiger” z I Górskiej Dywizji Wehrmachtu, po wkroczeniu wieczorem 10.09.1939 r. do Beska, zatrzymali się na noc w tejże wsi i następnego dnia we wczesnych godzinach rannych rozpoczęli jej pacyfikację. 18 mężczyzn rozstrzelał pluton egzekucyjny na szosie Sanok – Krosno. Następnie zwłoki rozstrzelanych zbezczeszczono, rozjeżdżając je czołgami. Jedna kobieta – Antonina Deńko – zginęła od granatu wrzuconego przez okno jej domu. Księdza greckokatol. Wełyczko rozstrzelano na plebanii. Michała Szałankiewicza zastrzelono na kładce. Łącznie zginęły wówczas 22 osoby. Nazwiska ofiar: Borkowski Stanisław, rolnik, narodow. polskiej; Cup Michał, rolnik, narodow. ukraińskiej; Deńko Antonina, rolniczka, narodow. ukraińskiej; Deńko Teodor, rolnik, narodow. ukraińskiej; Feszczak Jan, rolnik, narodow. ukraińskiej; Hryńczak Andrzej, rolnik, narodow. ukraińskiej; Kapczak Aleksander, rolnik, narodow. ukraińskiej; Kepina Antoni [właśc. Kopina – Z.B.], rolnik, narodow. ukraińskiej; Kepina Jan [j. w. – Z.B.], rolnik, narodow. ukraińskiej; Kołodziej Stanisław, rolnik, narodow. polskiej; Kuśnierz Jan. s. Mikołaja, rolnik, narodow. ukraińskiej; Kuśnierz Mikołaj, rolnik, narodow. ukraińskiej; Pasternak Andrzej, rolnik, narodow. polskiej; Pelczar Wiktor, rolnik, narodow. polskiej; Ronam Piotr [sic! – Z.B.], rolnik, narodow. ukraińskiej; Romańczuk Stefan, lat 80, s. Piotra i Anny; Skrabut Paweł, rolnik, narodow. polskiej; Szałankiewicz Michał, rolnik, narodow. polskiej; Szybka Stanisław, rolnik, narodow. polskiej; Szymański Michał, rolnik, narodow. ukraińskiej; Tatarski Konstanty, rolnik, narodow. ukraińskiej; Wełyczko Michał, ksiądz.[19]

 

W czasie, gdy Niemcy na motocyklach rzucali granaty do domów, Paweł Bobak, służący w wojsku austriackim, władający biegle językiem niemieckim, cieszący się uznaniem ludności wsi, uprosił Niemców, by zaniechali dalszego ludobójstwa.[20]

 

Właściwie, pomimo pomyłki w dacie, autorzy (J. Adamski i M. Jarosz) powielają informacje C. Cyrana i A, Rachwała z „Rocznika Sanockiego” oraz dane z książki Czesława Madajczyka Hitlerowski terror na wsi polskiej[21]. Nowością jest natomiast informacja o rozjeżdżaniu ofiar czołgami, których 1 Dywizja Górska (a tym bardziej grupy pościgowe) nie posiadała; natomiast miała pojazdy opancerzone – możliwe, że opuszczając wieś, jakiś pojazd (lub pojazdy) przejechał po trupach ofiar…[22]. Sucha i rzetelna jest natomiast relacja Józefa Kornasiewicza, informująca o odważnym działaniu Pawła Bobaka.

 

Podobne informacje podaje Kronika parafii Besko, wzbogacając je o nieznany w innych relacjach epizod, dotyczący przyczyny zastrzelenia ks. Wełyczki.

Przez całą niedzielę maszerowały na Wschód przez wieś wojska niemieckie. Po prymarii dały się słyszeć detonacje. Jak się później okazało, Niemcy rzucali granaty ręczne na domy w Besku, a doszło do tego z tej przyczyny, że naprzeciw cerkwi po jednej i drugiej stronie szosy zebrała się spora liczba Ukraińców, którzy wiwatowali radośnie na cześć przechodzących Niemców. Niemcy, nie rozumiejąc, o co chodzi, wzięli to za zasadzkę i zaczęli rzucać granaty, od których zginęło 26 ludzi w tym 6-ciu Polaków. Ponieważ incydent ten zaszedł naprzeciw cerkwi, Niemcy zarządzili w cerkwi rewizję. Proboszcz greko-katolicki, ks. Michał Wełyczko, był wtedy w domu Ludwika Kędziora, emerytowanego urzędnika urzędu pocztowego (gospodarz leżał chory), Niemcy zabrali księdza Wełyczkę do cerkwi dla przeprowadzenia rewizji. Gdy po jej skończeniu ksiądz wracał samotnie na plebanię z kluczami w ręku, inny przechodzący Niemiec wziął trzymane klucze za rewolwer (tak im się zdawało) i zastrzelił księdza. Żołnierze tego oddziału zatrzymali się w Zarszynie.[23]

 

I wreszcie najbardziej kontrowersyjne (a czasem pisane pod polityczne zamówienie) opisy tej tragedii, zawierające powielany później w licznych relacjach motyw powitania Niemców przez ludność ukraińską, zakończoną strzelaniem na wiwat:

10 września 1939 roku (niedziela), po mszy w cerkwi, uczestnicy nabożeństwa wyszli tłumnie. Ksiądz greko-katolicki w otoczeniu wiernych, ubrany w szaty liturgiczne, wierni z chorągwiami, obrazami i świecami, ze śpiewem schodzili po schodach ku drodze, po której maszerowały jednostki wojska niemieckiego. Po prawej stronie schodów, w przydrożnym domu, mieścił się posterunek wojskowy, składający się z 7-8 żołnierzy z tzw. Nachrichten Grupen[24] (utworzony dzień wcześniej). Ludzie z cerkwi zmieszali się z żołnierzami, witając ich chlebem i solą. W tym czasie padł strzał z tłumu. Prawdopodobnie strzelał ktoś ze służby kościelnej. Strzał skierowany był w górę i trafił w gałęzie przydrożnego drzewa. Posypały się liczne liście i gałęzie – niektóre z nich spadały na stojących ludzi cywilnych i żołnierzy. Wśród kobiet powstał popłoch. Niemcy dobywszy broni wszczęli poszukiwania za sprawcą strzału. Indagowani mężczyźni nie przyznali się do tego czynu. Natomiast znaleziono porzuconą broń. Wśród najbliższego otoczenia Niemcy aresztowali około 10-12 mężczyzn. Ponieważ nikt z zatrzymanych nie przyznał się do użycia broni, Niemcy aresztowali dalszą grupę mężczyzn, których rozstrzelali w przydrożnym rowie.[25]

 

Wkroczenie Niemców wywołało radość u nacjonalistycznie nastawionej części ludności ukraińskiej. Najeźdźcom Polski zgotowano serdeczne powitanie: przygotowano bramy powitalne, rozlegały się strzały na wiwat. Niemcy różnie na to reagowali – np. w Besku odpowiedzią była pacyfikacja, w czasie której zastrzelono 22 osoby, w tym greckokatolickiego proboszcza ks. Michała Wieliczko [właśc. Wełyczko – Z.B.].[26]

 

Kiedy wybuchła II wojna światowa, 10 września 1939 roku w czasie wkraczania do Beska Niemców z grupy „Geiger” pierwszej Dywizji Górskiej, miejscowi Rusini zaczęli bić w cerkiewne dzwony i zbierać się koło cerkwi, chcąc podobno wojsko powitać. Ci jednak nie zorientowali się, że chodzi o powitanie, i myśląc, jakoby miejscowa ludność zamierzała stawić zbrojny opór, przypuścili atak, zabijając 22 osoby, w tym parocha ks. Michała Wełyczko, i spalili 48 domów oraz wiele obór, stodół i spichlerzy.[27]

 

W dniu 10 września 1939 roku, około południa, od strony Rymanowa, wjechał do Beska zmotoryzowany oddział żołnierzy hitlerowskich. Na wieść o tym, z cerkwi stojącej na wzniesieniu obok głównej drogi, wyszła procesja z chorągwiami na przywitanie wyzwolicieli. Ktoś z uczestników wystrzelił kilka razy na wiwat. To tak rozwścieczyło hitlerowców, że natychmiast jedni przyjęli postawę bojową po obu stronach szosy – drudzy zaczęli wyłapywać ludzi z procesji w tym również księdza greko-katolickiego, a jeszcze inni rozbiegali się pomiędzy zabudowania i zaczęli obrzucać je granatami. Wywołało to istne piekło i popłoch wśród ludności. Zatrzymanych 20 osób, w tym ks. greko-katolickiego, ustawiono na skraju szosy i wszystkich rozstrzelano. Spłonęło wówczas ponad 40 budynków.[28]

 

Były różne wersje co do wejścia do Beska Niemców w trzydziestym dziewiątym roku. Najbardziej prawdopodobna była opowieść Ukraińca, kolegi mojego ojca, oraz byłego wójta gminy, pana Bobaka, którzy mieli wyjechać na wschód. Opowiadali nam te wydarzenia u nas w domu. Ich wersja była taka: Ukraińcy wiedzieli, że Niemcy nienawidzą Żydów, poszli więc naprzeciw im prawdopodobnie z myślą zrabowania Żydów. Niemcy złapali ich i prowadzili przed kolumny. Reszta Ukraińców z chorągwiami i obrazami wyszła pod Hrabeń, aby powitać Niemców; między nimi był kulawy Ukrainiec, Teodas, z laską, którą uniósł, pokazując na złapanych Ukraińców. Jeden z Niemców prawdopodobnie uznał, że Ukrainiec chce do niego strzelać, więc oddał strzał w jego stronę i zabił go. Zrobiło się wielkie zamieszanie. Ukraińcy zaczęli uciekać z chorągwiami i Niemcy zaczęli na dobre strzelać. Zabili 11 osób!

Następnie Niemcy urządzili łapankę w całej wsi, spalono dziewięć budynków. Złapano około stu osób, których później przeznaczono do rozstrzelania. Ale po interwencji obecnego wtedy wójta, pana Bobaka, który znał język niemiecki i wytłumaczył im, że to zwykłe nieporozumienie, wypuszczono wszystkich. I tak właśnie wyglądała ta tragedia. Dużo później to samo o tym najeździe słyszałem od starszego ode mnie mieszkańca Beska, pana Michała Knurka, który się dużo tym interesował.[29]

 

Pogląd o świadomie sprowokowanych zajściach, wywołanych powitaniem Niemców przez ludność ukraińską, wydaje się być jednak mało prawdopodobny lub wręcz nieprawdopodobny. Ostatecznie Besko nie było pierwszą wsią, zamieszkałą w części przez Łemków czy Ukraińców, którą mijało lub w której stacjonowało wojsko 1 Dywizji Górskiej; wcześniej przejeżdżało przez mnóstwo łemkowskich wiosek Beskidu Niskiego (m. in. Zdynię, Ożennę, Krempną), by dotrzeć do Nowego Żmigrodu. Żołnierze oswoili się z widokiem cerkwi, a bardziej ukraińsko nastawiony ksiądz unicki witał ich wraz z sołtysem. Charakterystyczny jest tutaj opis niemieckiego żołnierza, biorącego udział w owym „marszu na Lwów”:

 

Przynajmniej ludzie w Galicji – Ukraińcy żyjący pod polskim panowaniem – byli przyjaźni. Chłopi, przekonani, że niemieckie wojska przyszły, by ich wyzwolić, umieszczali na strzechach domostw niewielkie flagi w narodowych kolorach – niebieskim i żółtym [barwy Ukrainy – Z.B.]. Dziewczęta przypinały do bluzek niebiesko-żółte wstążki, a mężczyźni umieszczali barwy narodowe w dziurkach od guzików. „Żyje tu odmienny typ ludzi – dostrzega się to nawet, spoglądając pobieżnie na twarze podchodzących do nas”, zauważa korespondent wojenny Leo Leixner. „Dzieci o błyszczących oczach i blond włosach podbiegają do drogi, kiedy przerywamy nasz marsz. Przynoszą nam kwiaty i owoce z urodzajnych sadów – zasypują nas nimi. Wieśniaczki wybiegały z grubymi kromkami chleba albo wciskały papierosy w dłonie maszerujących strzelców. Na poboczu ustawiono wielkie wiadra z wodą dla ludzi i koni. W czasie przemarszu przez większość wiosek dziewczęta stanowiły barwną eskortę strzelców górskich. Niektóre nawet wołały „Heil Hitler!”[30]

 

Wyrażana opinia o witaniu Niemców przez ukraińskich beszczan jest jednak mało prawdopodobna także z innego powodu – Niemcy weszli do wsi w sobotę, 9 września, ok. godziny 17.00 (a więc w pełnym świetle wrześniowego słońca), zaś masakra miała miejsce w niedzielę, ok. 9 rano, godzinę przed rozpoczęciem w cerkwi uroczystej mszy świętej. Ponadto, w niedzielę rano Niemcy mieli już odejść w kierunku Sanoka, więc jakiekolwiek powitanie traci sens.

 

A strzały? Bezpodstawna wydaje się hipoteza o samotnym żołnierzu polskim lub jakimś zagubionym oddziale strzelającym do Niemców; wg zachowanych relacji F. Zakorczmennego, J. Zajączkowskiego i L. Banka czyn taki byłby dla żołnierza prostym samobójstwem, w dodatku pozbawionym logiki. Każdy z nich pragnął po prostu przeżyć i wrócić do domu. Mało prawdopodobne są także strzały tutejszej ludności na wiwat – w obliczu uzbrojonego po zęby wroga, czujnego na pierwszej linii frontu i nieobliczalnego w swoich reakcjach, krok taki można brać pod uwagę, ale chyba tylko jako świadomą prowokację lub wyczyn szaleńca; zaś przytoczony w tekście raportu Komisji ds. historii ZBOWiD-u passus o strzale wykonanym przez służbę kościelną jest po prostu niepoważny.

 

Wśród zachowanych wywiadów z najstarszymi mieszkańcami wsi wspomnienie tej tragedii przewija się bardzo często, z licznymi jednak nieścisłościami, rozbieżnościami lub ewidentnymi błędami; mylone są nie tylko fakty, ale także nazwiska, a nawet daty:

W pierwszy dzień, jak Niemcy wkroczyli do Beska, dzwony z cerkwi biły na mszę. Niemcy sądzili, że to alarm przeciw nim i zaczęli strzelać do wszystkich po kolei. Strzelali również kulami zapalającymi; spłonęło wiele domów. Nawet wyciągali ludzi z domów i koło cerkwi rozstrzelali 19 bezbronnych osób, wśród nich księdza, który szedł odprawiać mszę. Tę rzeź powstrzymał dopiero pan Kędzior [sic!], umiejący mówić po niemiecku.[31]

 

Słyszałam także, że gdy ludzie dowiedzieli się, iż przyjechać ma oddział żołnierzy, z cerkwi wyszła procesja z chorągwiami na przywitanie ich. Ktoś wystrzelił z pistoletu na wiwat. To tak hitlerowców rozzłościło, że zaczęli strzelać do ludzi. Spłonęło wtedy wiele domów i zginęło wiele osób. Hitlerowcy obrzucali ludzi granatami lub rozstrzeliwali. Tych, którzy nie zmarli zaraz po strzale, dobijano, strzelając w głowę lub uderzając kolbą karabinu.[32]

 

10 września 1939 okazało się, że wojna rzeczywiście wybuchła. Na własne oczy widziałem jeżdżących na motocyklach – „Junakach” po Cieplakach Niemców. Ten straszny warkot motorów zapamiętałem na zawsze. I mimo upływu 60 lat na odgłos motocykli przypomina mi się tamten obraz. Żołnierze rzucali granaty na strzechy chałup, stodoły pełne zboża oraz do wnętrza domów. Z opowiadań starszych wiem, że w tym dniu koło cerkwi zebrała się grupa Rusinów, którzy wiwatowali na cześć maszerujących główną drogą z Rymanowa w kierunku Zarszyna wojsk niemieckich. Niemcy nie rozumieli, o co chodzi; podejrzewając zasadzkę zaczęli rzucać granatami w stojących. Zginęło wówczas około 25 osób, w tym trzej Polacy i ksiądz greckokatolicki. Jedną z przypadkowych ofiar w tym dniu był pan Michał Szałankiewicz – zastrzelili go na kładce.[33]

 

Wiadomość o zbliżających się oddziałach wojsk niemieckich we wrześniu 1939 roku nadeszła od żołnierzy polskich. Uciekające wojsko polskie rozproszone było w całej wsi. Gdy nadjechał patrol niemiecki, jeden z żołnierzy polskich przez zwykłą ludzką nieuwagę wystrzelił z karabinu i wtedy rozpętała się II wojna światowa w Besku. Niemcy zaczęli strzelać do mieszkańców Beska, palić domy. Na moście drewnianym zginął pan Szałankiewicz.[34]

 

Normalną rzeczą jest, że ludzka pamięć jest zawodna – z perspektywy kilkudziesięciu lat przekaz obrasta w dodatkowe informacje, powoli przechodząc w sferę kulturowo-historycznego mitu, gdzie fakty mają charakter drugo- lub trzeciorzędny. A jednak i one zawierają cząstkę wybiórczo pojmowanej prawdy, najczęściej zgodnej z oficjalną linią kulturowo-historiograficzną, stąd też zostały zamieszczone.

 

Ostatnia relacja nie była dotąd nigdzie oficjalnie publikowana. Stanisław Banek poświęcił dużo czasu, zbierając relacje od jeszcze żyjących świadków, którzy na własne oczy widzieli przebieg tej tragedii. Oto jego relacja (którą przytoczono z pominięciem wielu osobistych dygresji i refleksji autora, nic nie wnoszących do faktografii; w nawiasach kwadratowych dodano stylistyczne uzupełnienia).

Był piękny słoneczny niedzielny poranek. Na obrzeżach Beska (…) spokój i cisza. We dworze, który był tuż i gdzie codziennie słychać było harmider i stukot końskich kopyt, klekotanie wozów i warkot traktora – teraz cisza. Nawet dzwony, które co niedziela swoim dzwonieniem wzywały wiernych na modlitwę, teraz ze względu na toczącą się wojnę, były cicho. Właśnie wczoraj tj. 9.09.1939 o godz. 16-tej [w rzeczywistości było to trochę później – Z.B.] (…) w Besku zjawili się niemieccy żołnierze. Część poszła dalej, a część została kwaterować w Besku, rozlokowując się po sadach, szopach, gdzie tylko było można. Po chwilowej konsternacji (…) ludzie zdążyli już ochłonąć. Tak, że ranek [dnia następnego, w niedzielę – Z.B.] niczym się nie różnił od setki innych.

Część mieszkańców poszła na ósmą do kościoła, część pasła krowy, a jeszcze inni, szczególnie nastoletni, ciekawi Niemców, pobiegli popatrzeć na cesarską drogę, gdzie szli Niemcy. (…) Mój sąsiad, Józef Szałankiewicz (Górski) przystąpił do strzyżenia sąsiada. (…) Jego żona poszła do ruskich zakonnic po lekarstwo dla cielęcia. (…). Kiedy przyszła do zakonnic, okazało się, że ich już nie było, ponieważ poszły do cerkwi. W cerkwi suma była o 10.00, a była dopiero 9.30, więc sąsiadka postanowiła iść do cerkwi i tam zostać na sumie. (…). W cerkwi nie było innych ludzi, jedynie zakonnice, a ona z ludzi „cywilnych” była wtedy pierwszą. Pastuchy gnali bydło z pastwisk do domu. We wsi zrobił się ruch, bowiem Niemcy zaczęli dawać papierosy; dostawali je ludzie gromadzący się na poboczu drogi. Zaraz zrobiło się też tłoczno. Znaleźli się też ludzie z Bzianki i Poręb. Zatrzymywać się też zaczęli ludzie idący do cerkwi i inni ze wsi.

W pewnym momencie ukazał się goniący stadko baranów (około dwudziestu sztuk) 26 letni mężczyzna. (…). Tymczasem na drodze zrobił się zator. Jadący i idący Niemcy mieli przeszkodę w postaci rzeki, na której mosty były zaminowane przez cofających się żołnierzy polskich. (…). Cały ruch odbywał się obok mostu, po prowizorycznej drodze. Ciągnione działa, wozy, samochody tamowały ruch. Młody człowiek zatrzymał barany za brogiem u Cupa. Ponieważ pochodzenie baranów było niepewne, wywołało to u niego strach. Wyglądał więc ze strachem i rosnącą niecierpliwością zza brogu na idących Niemców. (…) wzbudził podejrzenie u Niemców. „Kukający” młody człowiek zza brogu, zachowujący się podejrzanie jak żołnierz, dywersant lub partyzant (mówili, że był ponadto w zielonej bluzce), od razu wywołał zainteresowanie Niemców. Jeden z nich bez namysłu ruszył w jego stronę (…) [Mężczyzna] nie czekał (…) na nic, tym bardziej, że bróg stał kilkadziesiąt metrów od rzeki (…). Podbiegł w kierunku rzeki, potem brzegiem i dalej, przez wodę do domu, tuż za nim biegł Niemiec. Zamieszanie zauważył drugi Niemiec. Mężczyzna już zdążył skoczyć pod brzeg, a goniący go Niemiec był tuż za nim, drugi Niemiec strzelił i trafił swojego kolegę (…). Zaraz zrobił się niesamowity ruch – zabitego lub rannego Niemca zabrał gdzieś samochód, a w Besku zaistniała Sodoma i Gomora. Niemcy rozbiegli się. Tak samo rozbiegli się ludzie z poboczy, którzy widzieli całe zajście. Niemcy, którzy widzieli, w którym kierunku pobiegł pastuch, (…) w tamtym kierunku skierowali swoje kroki, strzelając do każdego bez miłosierdzia.

Niemcy nie widzieli jego przeprawy przez wodę, więc działali na ślepo (…). Pobiegli więc do najbliższych zabudowań. W tym czasie – na odgłos strzałów i granatów – barany przebiegły drogę; za nimi pędził 12-letni Stanisław Szybka i niedużo starszy Piotr Roman. Razem z baranami wpadli do szopy popa, która znajdowała się przy plebanii [były Urząd Gminy w Besku – Z.B.]. (…). Tymczasem Niemiec wrzucił do tej szopy granat, od którego szopa zapaliła się i obydwaj chłopcy zginęli w płomieniach.

Niemcy strzelali już po kolei, [w tym do] księdza Michała Wełyczko, który zginął na progu plebani, na oczach swojej żony. Wychodził właśnie do cerkwi, na sumę.

Andrzeja Iżyka zabito przed domem (…). [Przebywający] w domu mężczyźni, widząc, co się dzieje, schowali się w piwnicy. Drzwi do piwnicy były tuż za drzwiami od sieni, położyli więc na drzwiach od piwnicy ciało zabitego Andrzeja, przyniesionego z pola; ten trup uratował trzech Iżyków, za chwilę bowiem do domu wpadli Niemcy, szukając żywych, ale widząc leżącego trupa, nie zauważyli drzwi do piwnicy, tylko same płaczące kobiety. Po powierzchownym sprawdzeniu pomieszczeń wypadli z domu.

Następny dom Józefczyka, a przedtem Szymańskiego, gdzie zabito (prawdopodobnie bagnetem) Michała Szymańskiego i przebywającego u niego Aleksandra Kopczyka (nie wiadomo jak zginął – jedni twierdzą, że zabito go na drodze obok domu, drudzy, że wyciągnięto go spod łóżka, jeszcze inni, że byli schowani obydwaj w piwnicy; Michał miał ze sobą dziecko, niemowlę, które trzymał na rękach, ale Niemiec wyrwał mu to dziecko i odrzucił, a jego ugodził bagnetem).

Do domu Antoniny Deńko Niemiec rzucił granat i od niego zginęła gospodyni, jako jedyna kobieta. Podobny los spotkałby zapewne siostrę pani Zajączkowskiej, Józefę Szałankiewicz, gdyby jedenaście ran, jakie miała na sobie po wybuchu granatu, okazały się śmiertelne. Niemcy wrzucili do domów granaty, które powodowały zapalenie się domów. (…)

Kiedy ostatni dom po lewej stronie został oczyszczony (a był to dom Szymańskiego), Niemcy przeszli na drugą stronę drogi, systematycznie idąc od domu do domu. Najpierw zajęli się domem Skrobuta, potem Kuńki. Wyprowadzili z domu ojca Pawła Skrobuta, dalej przeszli na drugą stronę drogi, wyprowadzili Stanisława Kołodzieja, który z dziećmi jadł śniadanie.

(…) u Tutaka tymczasem zdążyli się schować. Właśnie drogą w dół, do Beska, szedł mieszkający pomiędzy Mymoniem a Beskiem Józef Szałankiewicz (…). Tymczasem pani Tutak już wiedziała, że strzelają ludzi, i krzyknęła do idącego, aby się schował. Ten, widząc już ruch, wbiegł na podwórko, razem z nią wbiegli do domu; był tam Jan Tutak, syn, którego ojciec pojechał tydzień wcześniej z forszpanem (…) Już słychać charakterystyczne twarde zwroty Niemców, gdzie się ukryć? Matka otworzyła drzwi do komórki w starym domu, która była tuż za drzwiami do sieni (…). Powiedziała do mężczyzn, aby tam weszli. Wbiegli więc do tej komory, kucnęli za beczką na kapustę. Słysząc lament i krzyki, wbiegli zaraz do sieni dwaj Niemcy (…) klnąc, po przeszukaniu pomieszczeń, wyszli na podwórze, gdzie był duży, przywiązany pies. Niemcy go zastrzelili i pobiegli do Ćwiąkały. Tak uratowali swoje życie (…).

Tymczasem tragedia rozgrywała się i w innych rejonach Beska. Niemcy gonili po wsi jak wściekli. Z drogi uciekło dużo ludzi, ale część z nich Niemcy złapali. Chłopcy, którzy jak zwykle najciekawsi i najwidoczniej wszystko widzieli, a mieszkali w pobliżu Piotrka Romana, teraz biegli przez wieś, krzycząc, aby ludzie uciekali, bo Niemcy strzelają (…). [Ludzie] uciekali drogą na Poręby, korytem rzeki, rowami melioracyjnymi, aż do Pielnicy. Niemcy penetrowali wszędzie. Do cerkwi wszedł Niemiec w poszukiwaniu mężczyzn, jednak widząc, że w cerkwi są zakonnice i stare kobiety, wyszedł, rzucając na odchodne granat łzawiący, który zaczął dymić. Kobiety pochowały się pod ławki, myśląc, że to wybuchnie. Potem wybiegły na pole, tam zobaczyły ludzi ustawionych do rozstrzelania i potem samo rozstrzelanie.

Niemcy jeździli po całej wsi, wzniecali pożary i szukali mężczyzn do rozstrzelania. Jeden z nich (…) zobaczył idącego przez ławę starego człowieka, który wracał z kościoła. Był to Michał Szałankiewicz (Górczanik), który nie uciekał. Był albo głuchy, albo zdezorientowany. Niemiec strzelił i trafił go. Szałankiewicz leżał ranny i dogorywał, ale nikt nie podbiegł do niego, bo wszyscy się bali. (…).

Niemcy już szli na Hrabeń, koło cerkwi. Panika była ogólna. Nadleciały niemieckie samoloty, najwidoczniej wezwane, ale nie zrzucały bomb ani nie strzelały. Być może bali się, że zostaną zabici także Niemcy.

Tymczasem Niemcy kontynuując swoją akcję weszli już do przysiółka Zapowiedź. W Zapowiedzi było kilka domów, z których wyprowadzili mężczyzn (…): od Wróbla trzech, dalej od Bobaka, Ciepłego, Szałajka, Oberca, Maśnika, Płatka, Porawskiego. Poprowadzili ich do drogi i ustawili w rzędzie w rejonie przystanku autobusowego. Niemiec zarepetował broń, chłopi zaczęli się żegnać z życiem, robiąc znak krzyża. Wtedy od strony Beska przyjechał niemiecki oficer. Już z daleka dawał znaki, aby się powstrzymać i Niemcy zaprzestali egzekucji. Tymczasem w Besku Niemcy zegnali drugą grupę jeszcze większą niż pierwsza, złapaną w domach lub na drodze. Znowu przygotowywali się do rozstrzelania ich, tak samo jak w Zapowiedzi. W tym czasie nadjechał z którejś z sąsiednich wiosek od strony Sieniawy Paweł Bobak. Paweł był Rusinem, dawniej wójtem we wsi, człowiek (…) mądry i legitymujący się wyższym wykształceniem, znajomością co najmniej kilku języków. Studia skończył w Ameryce i niemiecki znał dobrze. Mieszkał tu, gdzie w tej chwili Bąk, przy skrzyżowaniu dróg. Przyjechał, już z daleka słysząc strzały i widząc płomienie. Czuł, że dzieje się coś złego. Ujrzał zgromadzonych Ukraińców, Polaków, swoich i obcych oraz Niemców, stojących z gotową do strzału bronią. Zrozumiał, co się dzieje, podbiegł do oficera i zaczął perswadować, prosić, wyjaśniać, aż oficer kazał [wstrzymać] egzekucję, ulegając jego argumentom. (…) uratował kupę ludzi w Besku i Zapowiedzi. Po wyjaśnieniu akcję zatrzymano, zgromadzonych uwolniono i gdzieś po południu, około czwartej, kazano posprzątać zabitych. Zabitych Rusinów zasypano bez trumien na cmentarzu ruskim i dopiero gdzieś w latach siedemdziesiątych ktoś litościwy postawił krzyż, zaznaczając miejsce ich pochówku. Polaków chowano na cmentarzu katolickim.

[Mimowolny sprawca całej tragedii] uciekł do domu, potem gdzieś szybko wyjechał do Niemiec, potem jeszcze do Anglii, gdzie zmarł we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. W Besku był po wojnie bodajże dwa razy.

(…) niewinnie oddali życie: Stanisław Borkowski, Michał Cup, Antonina Deńko, Feszczak Jan, Stanisław Kołodziej, Aleksander Kopczyk, Antoni Kopina, Jan Kopina [syn Antoniego – Z.B.], Andrzej Pasternak, Wiktor Pelczar, Andrzej Iżyk, Piotr Roman, Andrzej Hryńczak, Teodor Deńko, Mikołaj Kuśnierz, Paweł Skrobut, Michał Szałankiewicz, Stanisław Szybka, Michał Szymański, ks. Michał Wełyczko, Konstanty Tatarski, Jan Kuśnierz [syn Mikołaja – Z.B.].

Pochowano każdego na swoim cmentarzu. (…) Ukraińców pochowano na ruskim cmentarzu, natomiast Polaków na cmentarzu polskim. Z Polaków: Szałankiewicza, Pelczara i Kołodzieja pochowano każdego z nich w oddzielnym grobie.[35]

 

Natomiast na krzyżu cerkiewnym, umieszczonym 10 września 2009 r. przez samborskie Stowarzyszenie Boszczan, wypisano 11 nazwisk beskich Ukraińców: Antonina Deńko, Michajło Cup, Anton Kopina, Iwan Kopina, Andrij Hrinczak, Teodor Deńko, Mikoła Kusznir, Iwan Feszczak, Ołeksander Kopczak, Andrij Iżyk, Pawło Skrabut, Petro Roman, Michajło Szymanśkij, Konstantin Tatarśkij, Wiktor Pelczar.

 

Przyjmowana w niektórych źródłach teza o prowokacji, wydaje się nadużyciem. Przypadek odgrywał niejednokrotnie w historii równie ważną rolę, jak świadome i celowe działanie – i tak zapewne było 10 września w Besku. Zginęło 22 niewinnych ludzi – mężczyzn, kobiet i dzieci, spalono ok. 40 budynków. W ludzkiej świadomości tych, którzy przeżyli, pozostała ciągle niezagojona rana i traumatyczne przeżycia, domagające się jakiegokolwiek wyjaśnienia…[36]

 

17 września 1939 r. 33 dywizje sowieckie bez wypowiedzenia wojny, realizując niemiecko-sowiecki pakt, zaatakowały słabo bronioną wschodnią granicę Rzeczypospolitej. Ponad pół miliona żołnierzy Armii Czerwonej, blisko 5 tys. czołgów i tyleż samo dział oraz 3300 samolotów w ciągu dwóch tygodni łamie polską obronę. Po ogłoszeniu kapitulacji Polska została podzielona pomiędzy Niemcy a Rosję – na Bugu spotykały się dwa socjalizmy – brunatny i czerwony, hakenkreuz splata się z pięcioramienną gwiazdą…[37] Nowa granica przebiega teraz na linii rzek: Pisa, Narew, Bug i San. Na wieść o wejściu bolszewickiej armii w granice Rzeczypospolitej, przebywająca na wschodzie rodzina Jerzego Myczkowskiego zmieniła kierunek ucieczki, uznając okupację niemiecką za mniej niebezpieczną:

Nagle jak piorun z nieba przyszła z eteru wiadomość, że armia sowiecka wkroczyła w granice Polski i szybko posuwa się na zachód. Mama kazała zaprzęgać i powiedziała, że nie zostanie w majątku ani chwili, bo dobrze wie, jak bolszewicy postępują z ziemianami. Inni tłumaczyli mamie, że to już nie ci bolszewicy, że się ukulturalnili itp. itp. Matka była jednak nieugięta i pod wieczór 17 września 1939 roku dwie nasze furmanki dojechały do Halicza.

Następnego dnia na rynek w Haliczu wjechały sowieckie tanki, a na nich żołnierze w nieznanych u nas hełmofonach, z karabinami wycelowanymi w tłum, który ich otaczał. A tłum ten stanowili głównie Izraelici i Ukraińcy, z czerwonymi opaskami na lewym ramieniu, którzy wznosili pięści w górę i krzyczeli: „Wiwat! Niech żyją!” itp. okrzyki po ukraińsku i w języku jidisz. Było to okropne widowisko, które na zawsze utrwaliło się w mej pamięci. (…) Zaraz potem zaczęły się samosądy, wystarczyło, aby ktoś wskazał sowietowi innego człowieka ze słowami „eto uriadnik, eto krwiopijca” itp., a mołojec wyciągał nagan i strzelał do niewinnego Polaka. Wiem, że na terenie Halicza i okolic zginęło kilku policjantów, komornik, urzędnicy skarbowi i inni, którzy z racji wykonywanych czynności nie byli lubiani przez swoich „klientów”. Słyszeliśmy też o mordach rabunkowych i grabieżach, a po południu zjawił się u nas stryj Leon Myczkowski w gaciach, tak go bolszewicy załatwili. Ze łzami w oczach opowiadał, jak go banda najechała, strzelali w powietrze i do kaczek na podwórzu, a gdy pies bernardyn na któregoś szczeknął, to w obecności stryja sowiet psa po prostu zastrzelił. Swołocz to była nieopisana. Mundury wyszmelcowane, płaszcze obstrzępione, buty w połowie parciane i takież pasy, śmierdzieli z niedomycia, budzili obrzydzenie. Mieli jednak dobre wyposażenie wojskowe.[38]

 

Do Beska – po przegranej kampanii wrześniowej – zaczęli wracać zdemobilizowani żołnierze – rozgoryczeni, załamani, zawiedzeni, ale i szczęśliwi, że ocalili życie. Powracali też cywile z forszpanu, dzieląc się nabytym na Wschodzie doświadczeniem. Inni byli internowani w Rumunii lub na Węgrzech.

 

Generalne Gubernatorstwo, utworzone z części ziem polskich, podzielono na cztery (później pięć) jednostki administracyjne, tzw. dystrykty (Distrikt): krakowski, lubelski, radomski, warszawski i galicyjski (od 1 sierpnia 1941 r.). Dystrykty dzieliły się na powiaty (Kreis). Besko należało do powiatu sanockiego, dystryktu krakowskiego. Sanok stał się miastem granicznym Generalnego Gubernatorstwa, podzielonym rzeką na część niemiecką i sowiecką. Od 27 września Sanok został siedzibą oddziałów Einsatzgroupp I (I Einsatzkommandos), któremu podlegały placówki w Dubiecku, Dynowie oraz w Zasławiu (SS-Obersturmführer K. Stawitzki), a także pierwszego oddziału operacyjnego Gestapo pod dowództwem dr. Ludwiga Hahna.

 

Początkowo władza nad okupowanym terenem jest w gestii dowódców grup operacyjnych. 26 października 1939 r. władze wojskowe cedują swoje obowiązki na rzecz władz cywilnych. Po zorganizowaniu starostwa w Sanoku Niemcy zaczęli zatrudniać w administracji najczęściej Ukraińców, z różnych grup nacjonalistycznych i ukraińskiej inteligencji. Ludzie ci charakteryzowali się bardzo wysokim lojalizmem w stosunku do okupanta, konsekwentnie realizując jego wytyczne.

20 listopada 1939 r., po militarnym ustabilizowaniu się sytuacji w terenie, władzę porządkową w Generalnym Gubernatorstwie przejmują stacjonujące w większych miastach komendantury żandarmerii policyjnej, a po wsiach – niemieckie posterunki[39], współdziałające z polską policją tzw. „granatową”. Besko podlega pod posterunek w Zarszynie.

1 grudnia 1940 r. w powiatowym Sanoku (Landkreis Sanok), utworzono urząd Kreishauptmanna (starosty), który objął pozostałe, samodzielne dotąd urzędy (m. in. urząd skarbowy i urząd pracy). Dokonano oznakowano miejscowości, zaczęto ściągać podatki i bieżące kontyngenty, sporządzono listy żołnierzy – uczestników kampanii wrześniowej, którzy powoli z różnych stron kraju wracali do domu. Podsycany umiejętnie przed wojną konflikt narodowościowy wreszcie zaczął wydawać zatrute owoce.

 

Ludność GG traktowano jako rezerwuar taniej lub bezpłatnej siły roboczej. Wykorzystywano ją także na miejscu przy naprawie dróg i mostów (jak miało to miejsce w Besku), budowie okopów i umocnień oraz do innych, nakazanych przez okupanta działań (m. in. prac budowlanych na krośnieńskim lotnisku czy do odśnieżania dróg).

Nazistowski (więc także socjalistyczny) rząd III Rzeszy już pod koniec 1939 r. zarządził obowiązkową rejestrację pracowniczą – wszyscy mieszkańcy GG od 14 do 60 lat zobowiązani zostali do przymusowych prac na rzecz okupanta. Tym, którzy nie posiadali zaświadczeń z zakładów pracy o zatrudnieniu lub nie prowadzili kontyngentowego gospodarstwa rolnego, groziła w każdej chwili wywózka na przymusowe roboty w głąb Niemiec.

 

Zlikwidowano prawie całą wyższą polską administrację, pozostawiając tylko polską policję jako jednostkę pomocniczą przy policji niemieckiej (przy czym w powiecie sanockim w policji zatrudniano z reguły Ukraińców) oraz sądy rozpatrujące drobne sprawy karne dotyczące Polaków i Ukraińców oraz sprawy cywilne; sądy niemieckie mogły jednak przejąć każdą rozpatrywaną przez Polaków lub Ukraińców sprawę (nawet na poziomie sołtysa wsi). Jedyne jednostki samorządowe, pozostawione w gestii Generalnego Gubernatorstwa, to gminy i sołectwa, gdzie na wójtów i sołtysów często wymuszano wybór Ukraińca. Niemcy dopuścili działanie straży pożarnej (gdzie służyli głównie Polacy), PCK, a od roku 1940 – Rady Głównej Opiekuńczej. Nakazano naprawić drogi, mosty i wiadukty, służące teraz celom wojskowym, wójtom polecono sporządzić listy żołnierzy wracających z kampanii wrześniowej. Zaczęto też ściągać zaległe podatki (obowiązujące przed wojną) i bieżące kontyngenty.

 

Niezżęte często zboże dopiero we wrześniu zostało zebrane z pól. Po raz pierwszy Łemkowie (Górniacy) z Wisłoczka i okolic nie znaleźli pracy w beskim dworze, w którym kwaterowali niemieccy oficerowie. Tak przedstawia to Lesław Myczkowski:

(…) nie zostawiliśmy majątku na łasce bożej. Została tu babcia (matka mojej matki) i dziadek Myczkowski. Oni stawili czoła pierwszym oddziałom Wehrmachtu, a że oboje dobrze mówili po niemiecku, ułatwiło to nawiązanie kontaktu i ustalenie, gdzie mają być zakwaterowani niemieccy oficerowie, a gdzie żołnierze, ich konie i sprzęt. (…) W efekcie przez cały czas kwaterowało u nas wojsko niemieckie, oficerowie mieszkali w dworze i oficynie, a żołnierze na wsi, konie w naszych stajniach i częściowo po chłopskich chałupach. Nasz przyjazd wywołał u żołnierzy pewną sensację, ale gdy komendant dowiedział się, kto i co, grzecznie się z mamą przywitał, a dzieciom powiedział „Guten Tag” czy coś w tym rodzaju i tak zaczęła się dla nas okupacja niemiecka.[40]

 

Dzierżawca majątku, Jerzy Myczkowski, w tym czasie przebywał w obozie dla internowanych na Węgrzech, podobnie jak niektórzy żołnierze z Beska (np. Leon Banek).

 

W grudniu 1939 r. i w roku 1940 do Beska przyjechało kilku uchodźców z Poznańskiego i Pomorza, obszarów wcielonych do III Rzeszy. Zamieszkiwali czasowo w beskim majątku u Myczkowskich; byli to m. in. Zbigniew Bendkowski, ziemianin spod Środy Wielkopolskiej, dr Tadeusz Silnicki, wybitny historyk Kościoła i znawca prawa kanonicznego, „człowiek wielkiej wiedzy, ale endek zajadły”[41] (przeżył wojnę, zmarł w Warszawie w 1968 r.), Jerzy Adamski, były legionista.

Niemieccy żołnierze odnosili się do mieszkańców na ogół poprawnie. Większym problemem byli Ukraińcy służący w niemieckich formacjach[42], roszczący sobie prawo do życia i mienia ludności „w ich Ukrainie”, konfiskujący w Besku żywność i zboże.

 

Od momentu rozpoczęcia II wojny światowej stosunki polsko-ukraińskie w Besku pogorszyły się jeszcze bardziej. Duża część Ukraińców świadomie kolaborowała z Niemcami. Z więzienia w Rawiczu powrócił do Beska Michał Karszeń, przedwojenny zabójca policjanta, mszcząc się za swoje uwięzienie na Polakach – członkach Związku Strzeleckiego „Strzelec” i Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Za wzniecane burdy władze okupacyjne w 1940 r. znów go aresztowały.

 

Ukraińcy zajęli także szkołę, wprowadzając do niej tylko swoich nacjonalistycznie nastawionych nauczycieli. Polskie dzieci powtórnie przyjęły ss. felicjanki, ale w 1941 r. budynek zakonny znów zajął Wehrmacht. Mieszkańcy Beska przystosowali więc trzy stodoły i w tych prymitywnych warunkach odbywała się znacznie okrojona programowo nauka (zminimalizowano program języka polskiego, zupełnie zaś zakazano historii i geografii).

Widząc fatalny wpływ tego „nauczania” na dzieci, polscy pedagodzy wzięli nauczanie w swoje ręce, tym samym narażając się na aresztowanie i wywózkę do obozu koncentracyjnego. Na miejscu tajne komplety prowadziła Kazimiera Muszyńska, a potem Maria Szarkowska i Zygmunt Schmidt. Liczba uczniów sięgała kilkunastu osób.

 

 

Część młodych mężczyzn i kobiet już w jesieni 1939 r. dobrowolnie zgłosiło się do wyjazdu „na roboty” do Niemiec. Tendencje takie panowały zwłaszcza wśród ukraińskiej części ludności, z której niemała część zgłosiła się na ochotnika. Tak odnotowuje to Lesław Myczkowski:

W początkach grudnia 1939 roku zaczęto też agitować Polaków i Ukraińców do wyjazdu na roboty w Niemczech, obiecując złote góry. Z biednej przeludnionej wsi małopolskiej niejeden wtedy wyjechał, przeważnie do robót u bauerów (chłopów niemieckich), którzy cierpieli na brak rąk do pracy w związku z poborem do Wehrmachtu. Nasza była kucharka skusiła się ofertą pracy w pensjonacie niemieckim, lecz już w pierwszym liście donosiła, że wykonuje zgoła inną robotę. Napisała tak: „Podaję gościom na tacy, a goście do mnie chr, chr, chr…”, co oznaczało, że karmi świnie, a nie ludzi. Trzeba jednak przyznać, że wielu beszczan, przyjeżdżając na urlopy z Niemiec, chwaliło sobie tę pracę i przywoziło cenne zakupy. Nasz były pracownik Andrej – przyjechał po roku ze złotym zębem na froncie, co było wówczas szczytem rusińskiej elegancji, miał dwa nowe garnitury (…), a nade wszystko nowiuteńki rower z dynamem i lampą (…). Na ręce nosił zegarek (…), na szyi miał kolorowy krawat i czynił podboje wśród „mołodyć” (tak się nazywały ukraińskie młode dziewczyny).

W późniejszych czasach, poza dobrowolnym werbunkiem, duże rzesze mieszkańców GG (Generalnej Guberni) były przymusowo wywożone do Niemiec na roboty.[43]

 

Przymusowe wyjazdy „na roboty” objęły znaczną część ludności Beska i Mymonia:

Wielu mieszkańców wyjechało na roboty do Niemiec. Do wyjazdu zachęcano te osoby, którym tu żyło się biednie. Poza tym były to nakazy odgórne, wynikające z odliczania – z każdego kolejnego domu wskazana osoba miała opuścić wieś i jechać na przymusowe roboty. Niektórzy, wyjeżdżając, mieli nadzieję na lepszy los. Tak się złożyło, że też znalazłam się wśród wytypowanych do wyjazdu. Nie chciałam zostawiać rodziny. I wówczas znalazła się na moje miejsce chętna kobieta, śp. Antoszka Krężel. Po wojnie wróciła do nas.[44]

Robotnicy przymusowi nie otrzymywali prawie żadnego wynagrodzenia, pracując najczęściej za wyżywienie i utrzymanie, w niektórych zakładach przyznawano małe stawki pieniężne. Pozbawieni byli urlopów i specjalistycznej opieki zdrowotnej. Obejmował ich ścisły dozór policyjny, zaś każdy z nich obowiązany był nosić widoczną naszywkę z literą „P”.

 

Bezpośrednio po wejściu Niemców nastąpiła zwyżka cen na produkty rolne i zboże; chłop, który przed wojną za kwintal pszenicy otrzymywał tylko 15 zł, już w jesieni za tę samą ilość dostawał 30 zł przy stałych cenach wyrobów przemysłowych. Oczywiście, wkrótce naznaczone przez okupanta przymusowe podatki i kontyngenty całkowicie zmieniły ten obraz sytuacji, a polska wieś cierpiała głód, zwłaszcza na przednówku. Inaczej wyglądało to wśród bogatszych chłopów, często Ukraińców, których codzienne pożywienie stanowił barszcz zabielany mlekiem, kapusta, ziemniaki, czarny chleb czy kasza.

Na przełomie lat 1940-1941 przystąpiono do planowanej akcji kontyngentowej. Besko, wieś o obliczu zdecydowanie rolniczym, zaczęła odczuwać skutki narzuconych kontyngentów. Władze okupacyjne nakazały przeprowadzić rejestry bydła i nierogacizny (koni, bydła i trzody chlewnej); zwierzęta zostały okolczykowane. Określono areały prowadzonych przez chłopów upraw (głównie zbóż). Równocześnie zakazano bicia zwierząt rzeźnych, sprzedawania zboża i jego mielenia (zaplombowano żarna), nawet wyrobu masła na własne potrzeby. Wysokość kontyngentu rosła, zaś w celu jego ściągnięcia stosowano różne środki – od premii (którą stanowiła głównie wódka) po represje, aresztowania i wysyłkę do obozu koncentracyjnego.

Chłopi w przeróżny sposób omijali restrykcyjne nakazy. Powszechne stało się ukrywanie zwierząt w różnego rodzaju kryjówkach (tajne piwnice, leśne ziemianki, nawet strychy), nierzadko też kowale wykuwali kolczyki, identyczne jak niemieckie. Powszechne stało się szmuglerstwo – chłopi lub pośrednicy, kupując mięso lub produkty rolne na wsi, sprzedawali je potem z niewielkim zyskiem w mieście. Niemcy najczęściej przymykali na to oko, ale – jak w życiu – wszystko zależy od człowieka; oficjalnie był to proceder nielegalny, zagrożony aresztowaniem lub obozem.

 

Przez Besko, już od późnej jesieni 1939 r. wiódł jeden ze szlaków kurierskich na Węgry, a stąd do polskiej armii we Francji. Kurierzy, z uwagi na dużą ilość ukraińskich konfidentów w Besku, jawnie współpracujących z Niemcami, raczej się tu nie zatrzymywali, wybierając pewne kwatery w Posadzie Górnej u Franciszki Różowicz („Babci”), w Zarszynie (w rodzinie Łożańskich) lub w Nowosielcach (w rodzinie Małków).

 

Ciekawy epizod z życia kurierskiego zanotował Lesław Myczkowski:

W grudniu 1939 r. zwróciła się do mojej mamy p. Doszottowa, właścicielka majątku Jasionów, z prośbą o udzielenie gościny „komuś z Warszawy”. Był to kurier przewożący pieniądze z Węgier, a w tamtą stronę konwojujący niekiedy ważne osoby, które należało przemycić na Zachód. Besko leżało niespełna 20 km od granicy słowackiej, stąd na Węgry jeden skok, ale trudny – bo Niemcy i Ukraińcy pilnowali. W naszych stronach, zwłaszcza w Bieszczadach, już od przedwojennych lat istniały tajne przejścia przemytnicze, wykorzystywane obecnie do celów politycznych, a kontrabanda swoją drogą też kwitła[45]. Płaciło się dolarami. Kurier z Warszawy, którego bliżej poznałem dopiero po wojnie (gdyż został dyrektorem muzeum w Sanoku, a potem zorganizował tam skansen[46]), formalnie był handlarzem króliczych skórek, tak się mówiło dzieciom i służbie. Bieda w tym, że w dworze wciąż stacjonowali Niemcy i chociażby z nudów obserwowali, co się tu dzieje. Po kilku wizytach tego „handlarza” i innych młodych ludzi – zwrócił się do babci podoficer jednostki z Berlina (Beschlag meister, czyli podkuwacz koni), mówiąc, że on ostrzega nas przed innym podoficerem, bo to hitlerowiec, a w dworze za dużo kręci się nieznanych młodzieńców. Oczywiście, posłuchaliśmy tej rady i daliśmy znać komu trzeba, a ruch kurierski skierowano do innej kwatery.

Pamiętam też, że zaopatrywaliśmy kurierów w spirytus z naszej gorzelni, bo to była najbardziej poszukiwana waluta, za którą na Słowacji każdego przenocowano. Spirytus, wiktuały i odzież były też przez matkę dostarczane do Sanoka, gdzie m.in. rozdzielano pomoc dla żon oficerskich. Do chwili likwidacji ludności żydowskiej w Rymanowie matka dostarczała znajomym kupcom żywność, a także spirytus, którego na rynku w ogóle nie było, a my korzystaliśmy z rocznego 500 litrowego kontyngentu okowity z własnej gorzelni.[47]

 

W lipcu 1940 r. wywieziono do obozu Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu pierwszych polskich beszczan – sołtysa Jana Kielara (zięcia Grzegorza Milana), Kucharskiego i Jana Pelczara (prawdopodobnie brata lub krewnego zastrzelonego 10 września Wiktora Pelczara). Jan Kielar, sam pochodzenia rusińskiego, przyjaciel Pawła Bobaka, swą patriotyczną postawą naraził się Ukraińcom, a prawdopodobnie zadenuncjował go greckokatolicki ks. Hołowacz, zapiekły nacjonalista. W tym samym roku Kielar zmarł w oświęcimskim obozie; okoliczności jego śmierci są nieznane – do krewnych nie dotarł ani gryps, ani żadna relacja naocznych świadków. Na stanowisku sołtysa zastąpił go Ciepły (o przydomku „Treka” lub „Zełenyj”[48]), po nim zaś – Józef Bobak, Aleks Ciepły i Józef Ciepły („Kurasz”). Wszyscy byli Ukraińcami, z różnym podejściem do Polaków…

Przez obóz oświęcimski przeszło kilku lub kilkunastu beszczan[49], niekoniecznie za patriotyczną postawę (jeden z nich został kapo, za co otrzymał po wojnie kilkuletni wyrok). Ale byli też tacy, jak Władysław Wiernusz[50], który – poświęcając własne życie – walczył pod niebem Anglii, czy jak Józef Muszyński i Andrzej Skotnicki, którzy z armią Andersa zdobywali Monte Cassino…

 

Majątek w Besku został odebrany Myczkowskim (z powodu słabych wyników gospodarczych); jego nowym właścicielem został dr Oskar Schmidt, znany już z przedwojennego okresu twórca sanockiego „Stomilu”. Był Austriakiem[51], ale zarazem najprawdopodobniej i Żydem (po matce); być może Niemcy o tym nie wiedzieli lub, z jakichś względów, nie przeszkadzało im to. Po polsku mówił, ale słabo. Wg zgodnych relacji Lesława Myczkowskiego i wywiadów z pamiętającymi tamte czasy beszczanami, był to człowiek bardzo uprzejmy, miły w obejściu, grzeczny, szczery i dobroduszny. Nadzorował zarazem pożydowski browar w Zarszynie. Bardzo udzielał się w pomocy humanitarnej, wysyłając ok. 40 paczek przebywającym w oflagach oficerom, często dyskretnie wspomagał beszczan materialnie, rozdając za darmo żywność i paszę dla bydła. Współpracował także z Armią Krajową, a później także z Armią Ludową. Nigdy nikogo nie wydał w ręce gestapo. Wielekroć ukrywał u siebie uciekinierów bądź osoby zagrożone aresztowaniem (Aleksander Rybicki, Zbigniew Charchalis, Adam Winogrodzki „Korwin” i inni), a jego dworek służył jako punkt kontaktowo-przerzutowy.

Oto kilka relacji o dr. Oskarze Schmidcie:

Robiłem we dworze u Schmidta. Jednego razu przyszedł pan Schmidt i mówi: „Zaprowadzicie dzisiaj byka polami do Jaćmierza, ale lepiej, żebyście nie spotykali nikogo” – mówi do mnie i Jędrka Kwiatkowskiego z końca Cieplaków. Ja, młody, miałem wtedy 19 lat, Jędrek dużo starszy. Dalej mówi Schmidt: „W Jaćmierzu od was odbiorą i dadzą wam kartkę, którą mi przyniesiecie”. Byk był duży, miał 600-700 kg. Zaprowadziliśmy go przez Pielnicę, polami. W Jaćmierzu czekali na nas ludzie, obserwując nas z daleka, jak idziemy. Dali nam kartkę, a byka poprowadzili dalej, Wziąłem kartkę; po drodze patrzę, a tu podpisane jakoś tak dziwnie, jakby nie nazwisko, a raczej nazwa. O tym, że to był byk dla partyzantów, dowiedzieliśmy się później, kiedy było ogólnie wiadomo, że dr Schmidt pomaga partyzantom. A to nazwisko, czy też nazwa to chyba był pseudonim.[52]

 

(…) to był człowiek naprawdę dobry (…). Raz było tak. Spotkał mnie i mówi: „Słuchajcie, macie dwie krowy, na pewno wam potrzeba siana”. Skąd on wiedział to wszystko i mówi dalej: „My mamy teraz siana dużo, jedźcie sobie na Poręby i zbierzcie, bo tam jest”.[53]

 

W czasie II wojny światowej dwór „przejęły” wojska niemieckie, a jego administratorem został właściciel zakładu produkcji gumy „Stomil” w Sanoku – pan Schmidt. Chyba do dziś nikt nie wie, dlaczego władze niemieckie obsadziły na tym stanowisku właśnie jego – był on z pochodzenia Austriakiem. Pan Schmidt był jednak „panem” lubianym przez ludność Beska i zawsze znajdywał z naszymi mieszkańcami wspólny język. (…)

Pan Schmidt, administrator dworu, zatrudniał wielu ludzi do pomocy przy utrzymaniu swojej posiadłości tylko po to, aby nie zesłano ich na przymusowe roboty. Ludzie pracujący dla Niemców dostawali miesięczną wypłatę równą dzbankowi marmolady, pięciu chlebom i wódce – dla mnie to równa się pracy za darmo![54]

 

Wiosną 1943 roku, dzięki pośrednictwu Józefa Porawskiego, za pieniądze Stanisława Rysza przekazane z majątku Schmidta, Probst nabył dwa pistolety zakupione od niemieckiego żołnierza w restauracji w Krośnie. (…)

W kwietniu 1943 r. Rysz poinformował Probsta o tym, że nowy komendant Obwodu [Adam Winogrodzki „Korwin” – Z.B.], chce się z nim spotkać. Do rozmowy doszło w połowie maja w Besku, w majątku Oskara Schmidta.[55]

 

Dokładnie pamiętam, jak mój ojciec przeklął Hitlera, a sąsiadka to słyszała i zgłosiła. Przyjechało gestapo z Sanoka i zabrało ojca. Z rąk Gestapo wyratował go dzierżawca dworu, doktor Schmidt.[56]

 

Nieczęsto takie słowa padają o kimś, kto z ramienia niemieckiej władzy okupacyjnej sprawował swoje obowiązki…

 

Czasem zupełny przypadek decydował o życiu, czasem zaś dobra wola i pomysłowość innych ludzi. Największą wpadkę przeżył dr Schmidt w 1944 r.:

(…) gdy pojechał do rafinerii w Jedliczu po benzynę kontyngentową. Za łapówkę dali mu parę beczek więcej, ale Ukrainiec na bramie zorientował się i podniósł alarm. Sytuację pogorszyła próba wręczenia mu dolarów, gdyż w czasie okupacji zarówno za benzynę, jak i za dolary można było dostać kulę w łeb lub skierowanie do Oświęcimia. Zabrało wiec Gestapo pana doktora do Krosna. Humory nam się jednak poprawiły, gdy następnego dnia zajechał na podwórze browaru samochód Gestapo z Krosna, a szofer pobrał 200 litrów piwa poza kontyngentem. A więc doktor działał. I rzeczywiście, za dwa dni ukazał się nam we własnej osobie acz lekko przybladły. Dowiedziałem się potem, że interweniował w jego sprawie dr Gaenz – okrutny starosta jasielski, który Jasło kazał obrócić w perzynę, gdy podchodzili sowieci w 1944 roku. Do Gaenza miała zaś dojście słynna śpiewaczka, córka Adama Didura (najlepszy baryton), bo panu staroście tacy światowi ludzie imponowali. Trudno policzyć iluż to pani Olga Didurówna (zamężna Wiktorowa) wyciągnęła z łap gestapowskich. Ja wiem o Schmidtcie i Julku Russockim z majątku Odrzechowa, sąsiadującym z Beskiem.[57]

 

Wraz z ustabilizowaniem się sytuacji militarnej na wschodzie (gdzie pomiędzy siłami obu armii zapanował swoisty entente cordiale – serdeczne porozumienie), aparat gospodarczy hitlerowskich Niemiec przystąpił do naprawy sieci komunikacyjnej, zwłaszcza dróg i mostów. W Besku podjęto remont drogi głównej (zwanej dawniej „cesarską”). Wykonano pobocza, a nawierzchnię zaczęto zapełniać dużymi kamieniami, sprowadzanymi z kamieniołomu, który zorganizowano w pobliskim Jarze Wisłoka, skąd bez przerwy dochodziły teraz odgłosy kucia i echa strzałów. Do wywózki urobku używano furmanek i samochodów, później położono tam tory (dochodzące niemal aż do Sieniawy), po których jeździły wagoniki załadowane skalnymi odłamami.

W kamieniołomie pracowało kilkaset osób, zarówno z Beska (m. in. Jan Tutak, Andrzej Żółkiewicz), jak też z innych miejscowości. Wśród robotników był pochodzący z Jaćmierza podoficer zawodowy Zdzisław Walerian Konieczny (ps. „Grot”) jeden z terenowych dowódców Narodowej Organizacji Wojskowej, ukrywający się u Stanisława Rysza – zarządcy majątku Oskara Schmidta.

 

Prawdopodobnie późną jesienią lub zimą 1940 r. do prac w kamieniołomie sprowadzono Żydów. W Besku, od czasu zakończenia I wojny światowej, praktycznie ich nie było[58], ale wszystkie okoliczne miasta i wsie rozbrzmiewały charakterystycznym żargonem handełesów. Teraz mieszkańcy Beska z bliska oglądali nowe, zbrodnicze oblicze wojny. Beski kamieniołom stał się miejscem zagłady kilkuset przedstawicieli narodu żydowskiego – przyczyną nie były co prawda rozstrzeliwania, ale praca ponad siły, praktycznie bez użycia narzędzi, głodowe racje żywnościowe, bicie, zimno i straszliwe warunki bytowania (przetrzymywano ich w starej, drewnianej remizie strażackiej, skąd – słaniając się z głodu i przemęczenia – dochodzili do kamieniołomu). Urobek z kamieniołomu ładowano do wagonów stojących na specjalnie do tego celu zbudowanej bocznicy, ciągnącej się od przystanku w Besku równolegle do torów; miała ok. 100 m długości.

Tak tę martyrologię narodu skazanego na zagładę zapamiętali nieliczni świadkowie:

(…) patrzeć się nie można było. My tam niedaleko mieszkali, to widziałam na własne oczy jak wychodzili na mróz rano, obdarci, w jakichś tam szmatach i z nogami poobwijanymi szmatami, bo niektórzy byli boso, nawet w koszulach. No, wyglądało to okropnie, a tu przecież zima, mróz…[59]

 

Inne wydarzenie miało miejsce w zimie. Widziałam, jak trzech Żydów pracujących w kamieniołomach było poganianych przez Niemca w stronę rzeki. Do połowy rozebrani mężczyźni byli oblewani zimną wodą z rzeki. Jeden z nich nie wytrzymał i upadł, na co Niemiec odpowiedział mu uderzeniem kolbą. Mężczyzna zmarł. Dwóch innych zlał wodą i ruszyli z powrotem do stodoły.[60]

 

Małą wzmiankę o pracujących w kamieniołomie Żydach podał też Benedykt Gajewski:

Na torach bocznicy do ustawionych wagonów w czasie okupacji Żydzi ładowali kamień wydobywany z koryta rzecznego.[61]

 

Ze względu na bardzo dużą śmiertelność (średnio umierało kilkudziesięciu ludzi tygodniowo), co dwa tygodnie Niemcy dowozili nowy transport Żydów; nie wiadomo, skąd – równie dobrze mogli to być Żydzi sanoccy, jak też lescy, rymanowscy czy dukielscy. Rannych i niepracujących z powodu wycieńczenia dobijano. Trupy zamęczonych ludzi zwożono na taczkach w pobliże głównej drogi, po czym wywożono je samochodami na zachód, w kierunku Rymanowa. Miejsce pochówku zmarłych i zakatowanych jest nieznane – na pewno nie grzebano ich ani w Jarze Wisłoka, ani też w najbliższej okolicy Beska; być może (ale to tylko przypuszczenie) gdzieś w pobliżu drogi Rymanów – Jaśliska.

Wg nielicznych relacji, beszczanie, sami ciężko pracując w kamieniołomie, starali się pomóc ofiarom nieszczęsnego narodu – wyręczali ich w pewnych pracach (Żydzi nie byli przyzwyczajeni do ciężkiej pracy fizycznej), dzielili się po kryjomu żywnością; jawna pomoc była niemożliwa, groziła za to kara śmierci, a w najlepszym razie wywózka całej rodziny do obozu koncentracyjnego.

 

Dopiero po zakończeniu wojny okazało się, że w przysiółku Góry przez okres okupacji Ukrainiec Kopina przechował u siebie Żyda Iroma Sana (liczna rodzina Sanów mieszkała w Rymanowie, jeden z nich, Chaim, był faktorem Jerzego Myczkowskiego). Przed wojną Irom handlował sianem, które dostarczał do kopalni nafty. Wzbogacił się, gdy okazało się, że na działce, którą kupił, były bogate złoża ropy naftowej. Wystawił wtedy w Rymanowie dom, jako szofera zatrudnił Stanisława Szałankiewicza z Beska. Kopina pracował u Iroma jako wozak. Nieliczni beszczanie wiedzieli o ukrywaniu człowieka narodowości żydowskiej, ale wszyscy zachowali tajemnicę. Irom przeżył wojnę, wyjechał, potem zaginął (lub zginął) gdzieś w Rumunii.[62]

 

Także w dworku Grodzickich w pobliskiej Bziance ukrywało się kilkoro Żydów. Po informacji, że są poszukiwani, obawiając się denuncjacji, cała rodzina została bezpiecznie przeniesiona do pustego domu w przysiółku Góra (koło Poręb). Przebywali tu tylko kilka dni, po czym musieli znów zmienić kryjówkę – ulokowano ich w lasku (tzw. „Starych Dębach”) nad Wisłokiem. Miejsce to wyszukał i przystosował do egzystencji Jan Szafran, jego teść Łucjan Polański[63] oraz jego szwagier Stanisław Polański (1925-1999), który dostarczał rodzinie żydowskiej żywność. Po kilku dniach znów należało zmienić miejsce pobytu – rodzina Polańskich i Jan Szafran postanowili ukryć Żydów u mieszkającej pod lasem rodziny w Zmiennicy. Niebezpieczną podróż odbyto nocą, przewożąc całą rodzinę wozem. Jeszcze później przerzucono ich do Krosna (tu znaleźli schronienie w podziemiach budynku sądu), gdzie doczekali końca wojny. Po 1945 r. cała uratowana rodzina żydowska wyjechała do Izraela.[64]

Po zakończeniu wojny Stanisław Polański podjął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, po czym nakazem pracy został skierowany na Ziemie Odzyskane. Od 1947 r. osiadł w Krajence k. Złotowa (Wielkopolska), gdzie podjął swoją pierwszą pracę jako nauczyciel języka polskiego. Od lutego 1950 r. zostaje dyrektorem gimnazjum – funkcję tę pełni przez 41 lat! Po śmierci został Pierwszym Honorowym Obywatelem Gminy i Miasta Krajenka; jego nazwiskiem nazwano również ulicę w Krajence.[65]

Wspólne cierpienie zbliża ludzi i otwiera na drugiego człowieka – szok spowodowany żydowską gehenną usunął w cień dawne (słuszne lub niesłuszne) uprzedzenia, ale zarazem pozostawił milczenie…

 

Prace w kamieniołomie zakończyły się w czerwcu 1941 r., z chwilą rozpoczęcia przez Niemców wojny ze Związkiem Sowieckim; resztę pozostałych przy życiu Żydów wywieziono w nieznanym kierunku, być może do obozu zagłady w Zasławiu. Główna droga była utwardzona, most naprawiony, a ściany wisłockiego jaru, które przez pół roku odbijały błagania, jęki i krzyki, znów szeptały ciszą i szumem wiatru…[66]

Dziwnym paradoksem ludzkich poczynań było to, że równolegle w tym samym czasie – w latach 1940-1943 ukraiński archeolog, dr Jarosław Pasternak, prowadził prace wykopaliskowe na mymońskim Zamczysku, położnym bardzo blisko kamieniołomu. Czy uczeni archeolodzy, zajęci zgłębianiem prehistorii tych ziem, zwrócili uwagę na „historię najnowszą”, naznaczoną kijem i kulą…

 

Wiosną 1940 r. we wschodniej części Rymanowa, na terenie majątku Potockich przy obecnej ul. Osiedle (na miejscu obecnej garbarni), na zlecenie władz niemieckich rozpoczęto budowę obozu. Miał on być pierwotnie miejscem stacjonowania pułku artylerii Wehrmachtu, a później, tj. po agresji Niemiec na Związek Sowiecki latem 1941 r., stał się więzieniem dla przywożonych tu jeńców sowieckich (Stalag 327). Komendantem obozu był kpt. Schubert z Wermachtu, a zastępcą – leutnant Metlinka. Przez obóz przewinęło się kilkanaście tysięcy oficerów i żołnierzy, których trzymano w nieludzkich warunkach. Ciasnota, brak urządzeń sanitarnych i opieki medycznej, a przede wszystkim głód i niewolnicza praca powodowały wysoką śmiertelność wśród więźniów. Koło obozu szła droga do Sieniawy (przez Bartoszów), którą do Rymanowa od wieków ciągnęli Łemkowie, ale także Ukraińcy z Beska, pragnący choćby kęsem chleba wspomóc błagających o pożywienie Rosjan, Ukraińców i Białorusinów. Jakakolwiek zaś pomoc karana była śmiercią (na rynku rymanowskim powieszono dwie Łemkinie z Wisłoczka za pomoc więźniom). Późną jesienią 1941 r. wybuchła w rymanowskim obozie epidemia tyfusu plamistego. Dziennie umierało nawet po 100 osób. W wyniku epidemii choroby trwającej do lutego 1942 r. zmarło ok. 8000 jeńców oraz kilkudziesięciu mieszkańców Rymanowa i okolicznych wsi. Masowa śmierć więźniów wymusiła na niemieckich władzach obozu obowiązek pogrzebania ciał, które zwożono na powstały właśnie wtedy cmentarz. Kilku beskim Ukraińcom, najętym do wywozu trupów z obozu, z narażeniem życia udało się uratować paru więźniów, którzy – wcześniej już przygotowani – udawali zmarłych. Po przyjeździe na cmentarz zrzucano ich do dołu jako ostatnich, przykrywając płytką warstwą ziemi, z której pod osłoną nocy wygrzebywali się. Gdy władze obozu dowiedziały się o tym, na cmentarzu postawiono straż, ale nawet wtedy nie przerwano prób ratowania ginących z głodu i chorób ludzi.

Obóz jeniecki w Rymanowie istniał niespełna rok. Ocenia się, że w wyniku nieludzkiego traktowania i tyfusu zmarło ponad 10 tys. ludzi. Dzisiaj nie ma już śladów po obozie, stoją tu domy i hale fabryczne. Tylko tutejszy cmentarz ze zbiorowymi mogiłami, pomnikiem i tablicą pamiątkową zawsze przypominał będzie ten bolesny epizod z wojennej historii Rymanowa i okolic.

 

Przewidując atak na Związek Sowiecki, Sztab Generalny (Oberkommando der Wehrmacht – OKW) wysłał szczegółowe wytyczne dotyczące nie tylko translokacji wojsk, ale także transportu i zaopatrzenia. W beskim dworze zorganizowano sztab, a w zimie 1940-1941 szkołę dla rekrutów, prowadząc ćwiczenia na terenie wsi. Już wiosną 1941 r. nakazano władzom wiejskim zakup koni i furmanek. W maju sołtys wsi miał oddelegować na przegląd do Sanoka parokonną furmankę, którą miał powozić Jakub Kwiatkowski. Drugą furmanką powoził Sylwester Stachowicz z Jaćmierza (ożeniony w Besku). Ich droga przedłużyła się do Dynowa i dalej na ogarnięty wojną wschód…

 

Front raptem przesunął się o setki kilometrów poza niegdyś graniczny San, zaś Generalna Gubernia stanowić miała odtąd podstawowy rezerwuar siły roboczej i bazę żywnościową.

Wojna ze Związkiem Sowieckim rozbudziła nadzieje Ukraińców na uzyskanie swojego państwa pod protektoratem Niemiec. Nie były to wówczas płonne nadzieje, gdy się spojrzy na zwasalizowane kraje (m. in. Czechy, Słowację, Węgry, Rumunię, Finlandię) współdziałające z III Rzeszą, w ramach protektoratu bądź państwa sprzymierzonego.

Wśród Ukraińców wzmogły się nastroje antypolskie (czego krańcowym efektem było wołyńskie ludobójstwo, dokonane w latach 1942-1944). W polsko-ukraińskich wsiach byłej Galicji organizowano tzw. „pogrzeby Polski”. Pogrzeb taki odbył się także w Besku, prawdopodobnie w maju 1942 r. Procesja niosąca owiniętego drutem kolczastym orła przeszła przez całą wieś od szosy głównej do usypanego przed wojną kopca i dalej do cerkwi. Samo grzebanie miało miejsce koło wzgórza cerkiewnego:

Wyrazem tej nienawiści była manifestacja ukraińska, którą, jako chłopak, odprowadziłem z kolegą aż na samo miejsce pochowania orła owiniętego w drut kolczasty. Odbyło się to w dniu trzeciego maja w święto Matki Boskiej Królowej Polski. Procesja wyszła spoza dworu, koło obecnego klasztoru sióstr, aż koło cerkwi. Panny niosły tego orła, a obecni ludzie śpiewali pieśni oraz co jakiś czas wołali: „Smert’ Lachom”!. Wszyscy uczestnicy nieśli sierpy na swych ramionach. Orzeł został pochowany koło cerkwi (jest to obecnie działka pana Skowrońskiego). To wszystko działo się, jak Hitler był pod Stalingradem. (…)

Po wojnie milicja, ORMO i dzieci z klas starszych, chcąc znaleźć orła zakopanego podczas manifestacji, kopali w tym właśnie miejscu, gdzie został zakopany. Znaleziono tylko drut, orła niestety nie znaleziono. Prawdopodobnie był on papierowy. Do dziś żyją świadkowie, tylko wstyd im, że byli w ORMO.[67]

 

„Mogiłę Polski” usypano na wzgórzu, znajdującym się po prawej stronie od cmentarza greckokatolickiego. Na wierzchołku małego kopca postawiono krzyż… Był to przygnębiający widok dla Polaków, widzących w tym jawne prześladowanie ze strony swych sąsiadów – Ukraińców.

 

Wśród okupacyjnych relacji przewijają się informacje o bardzo trudnych warunkach życia, szczególnie podczas zimy i na przednówku. Wymieniany jest zwłaszcza rok 1942 (Stanisława Szałankiewicz, Wanda Śliwka, Jan Kasperkowicz, Stanisław Leszczyński, Józef Szybka i in.), gdy w Besku i okolicznych wsiach panował wręcz głód, do którego dołączyła się epidemia tyfusu (zawleczonego z rymanowskiego obozu lub wskutek nędzy i głodu).

W tym czasie do Beska przybyli z zachodniej i centralnej Polskie uchodźcy – pięć osób z Pomorza i jedna ze Śląska. Wśród mieszkańców zebrano sumę 400 zł, która została rozdzielona między wysiedlonych, zorganizowano także zbiórkę żywności i odzieży.

 

Wśród Niemców byli także żołnierze współdziałającej z Niemcami (w latach 1943-1944) Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej (ROA), dowodzonej przez gen. Andrieja Własowa, złożonej głównie z Kozaków, Ukraińców, Rosjan i przedstawicieli narodów Azji Środkowej. Jeden z oficerów-własowców wyszukiwał osoby chętne do udzielenia pomocy sowieckim więźniom, denuncjując je następnie żandarmerii. W ten sposób śmierć poniosło kilkunastu mieszkańców Królika Wołoskiego.

Własowcem był również przebywający w Besku niejaki Zawadzki (prawdopodobnie pułkownik), którego zadaniem było nadzorowanie przygotowania dla potrzeb Wehrmachtu dużej ilości kiszonej kapusty. W tym celu w beskim dworze przygotowano odpowiednie pomieszczenie i beczki. Zawadzki pewnego dnia „zniknął” – prawdopodobnie został „po cichu” zlikwidowany, zaś ciało zakopano w nieznanym miejscu.

 

Mało wiadomo o działającym w Besku podziemiu niepodległościowym. Działalność podziemna była bardziej widoczna w „polskich” wioskach – Zarszynie, Jaćmierzu i Bażanówce (gdzie AK zorganizowała nawet szkołę dywersji); być może z góry zakładano niemożność utworzenia takiej komórki w zróżnicowanej społeczności polsko-ukraińskiej, gdzie o donos było bardzo łatwo.

Wiemy jednak, że dzierżawca majątku w Besku, dr Oskar Schmidt od 1943 r. ukrywał u siebie kapitana Adama Winogrodzkiego „Korwina”, komendanta Obwodu Armii Krajowej w Sanoku i późniejszego (od 1 lipca 1944 r.) dowódcę Zgrupowania AK „Południe”. Wśród członków Komendy Obwodu w Sanoku opinie nt. Winogrodzkiego były podzielone – nie ujmując mu zdolności taktyczno-militarnych, krytykowano go za wyniosłość i hamowanie działalności dywersyjnej.

We dworze pracował także wspomniany Stanisław Rysz, członek organizacji, mieszkający w Sanoku. Siedziba komendy Zgrupowania mieściła się w „zamku” Gubrynowiczów w Porażu, zaś jego głównym zadaniem była walka z wycofującymi się wojskami niemieckimi, z bojówkami ukraińskimi i ochrona ludności przed ich napadami. Na zapleczu Zgrupowania, od strony wschodniej, działał oddział polskiej samoobrony dowodzony przez por. Józefa Pawłusiewicza oraz sowiecki oddział partyzancki pod dowództwem kpt. Mikołaja Kunickiego „Muchy”.

Do Armii Krajowej należał także Józef Skotnicki. Niewiele o nim wiadomo; po wojnie wrócił do Beska, ale wkrótce wyjechał na stałe.

 

Besko pozostawało raczej pod wpływem Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW), konspiracyjnej organizacji wojskowej Stronnictwa Narodowego, działającej obok Armii Krajowej i niezbyt chętnie łączącej z nią swoje siły. Wzdów, Jaćmierz, Posada Jaćmierska i Besko już od początków 1940 r. objęte były działalnością organizacyjną NOW, której komendantem na powiat sanocki został Tadeusz Buczek „Tuhan”. Kandydaci do NOW w większości rekrutowali się spośród miejscowej wiejskiej inteligencji i chłopów – na przełomie 1940 i 1941 r. utworzono 4 plutony (jednostki terenowe), liczące w sumie ok. 130 osób. Dowódcami plutonów NOW zostali: Mieczysław Krężel „Szady”[68] (Besko), Władysław Michalski (Jaćmierz), Józef Mazur (Posada Jaćmierska) i Władysław Żebracki (Wzdów)[69]. Brak jest jednak jakichś bardziej spektakularnych akcji wymierzonych przeciw okupantowi. Do beskiego plutonu, poza Mieczysławem Krężlem, należał prawdopodobnie też jego brat lub bracia i – być może – jacyś inni krewni.[70]

Jako anegdotę można przytoczyć pewne wydarzenie, w którym wziął udział Mieczysław Krężel, a które miało miejsce w 1944 r.:

W maju wywiad z terenu Wzdowa donosił, że tamtejsza mieszkanka, Maria Sadowska i jej matka, wzywały pomocy, chcąc uwolnić się od natrętnego Niemca, dowódcy posterunku, który nachodził ich dom, nagabując młodą i ładną Marylę. Wścibski Niemiec, o imieniu Eryk, często pytał o brata „Maryli”, który rzadko przebywał w domu, bowiem jako żołnierz AK Obwodu brzozowskiego, przebywał poza miejscem zamieszkania i tylko sporadycznie zaglądał do rodziny.

Obawiano się więc niemieckiego funkcjonariusza, który stawał się coraz bardziej natarczywy wobec dziewczyny i zarazem niebezpieczny dla jej brata. W tej sytuacji zespół dyspozycyjny „Grota” W. Z. Koniecznego, podejmując się pomocy rodzinie Sadowskich, stanął wobec szczególnego zadania, które musiało być tak diaboliczne w zamyśle, jak i perfidne w wykonaniu. Prosta likwidacja Niemca bowiem nie wchodziła w rachubę, ze względu na ewentualne represje wobec rodziny, a nawet mieszkańców wsi, czego był świadom „Grot” i przebywający jeszcze w tym czasie w Bażanówce „Korwin”. Uknuto więc plan, który miał pozorować dezercję Niemca, a zarazem postanowiono go zlikwidować, rekwirując mu broń, którą dysponował.

W tym celu „Maryla” namówiła Niemca na zakup cywilnego ubrania, jakoby dla brata, które w ustalony dzień on sam dostarczył dziewczynie. Na pierwszej i ostatniej randce w umówionym z „Marylą” miejscu, na skraju lasu, oczekiwali nań żołnierze zespołu „Grota”.

Zaskoczony Niemiec nie miał szans sięgnąć po broń, którą mu zresztą zabrano. Po wykonaniu wyroku ciało zakopano w leśnym strumyku, w głębi wzdowskiego lasu. Następnego dnia rankiem ze stacji w Besku, para zakochanych, łudząco przypominająca barczystego Niemca i blond dziewczynę zakupiła bilety i udała się w podróż w kierunku Krakowa.

Śledztwo prowadzone przez sanockie gestapo, w którym również uczestniczył Probst, nie mający jednak najmniejszej informacji o zaistniałej sprawie, udowodniło, że niemiecki funkcjonariusz zdezerterował, wyjeżdżając z polską dziewczyną. W tym samym dniu zresztą, w pobliżu stacji kolejowej znaleziono mundur Niemca, który na dowód winy włączono do akt sprawy. W spektakularnej akcji likwidacyjnej, pozorującej ucieczkę niemieckiego funkcjonariusza wzięli udział: „Grot” – Walerian Zdzisław Konieczny, „Tuhan” – Buszek Tadeusz, „Gdowski” Nowosławski-Ciupka Walerian, Mieczysław Krężel („Szady”) z Beska, Janina Stączek („Jagoda”), Ludwik Stączek („ Sielanka”).[71]

 

W powiecie sanockim akcję scaleniową z główną armią podziemną, jaką była AK, prowadził z ramienia NOW Jan Radożycki („Owczarek”), który poszukiwany przez sanockie Gestapo, ukrywał się w Jaćmierzu. Wzajemne połączenie Armii Krajowej i Narodowej Organizacji Wojskowej nastąpiło wiosną 1943 r.

W 1943 i 1944 r. Winogrodzki powiązał pozrywane nici dawnego NOW, skupił ocalałych członków, nawiązał nowe znajomości, tworzył nowe plutony. Warto zaznaczyć, że problemy administracyjne nie ominęły także polskiego podziemia – wielu członków w rejestrach dowódców AK, NOW i BCh z terenu Bażanówki, Jaćmierza, Wzdowa i Zarszyna bardzo często figurowało nawet w dwóch organizacjach. Besko należało do placówki nr II w Zarszynie, którą dowodził od stycznia 1941 r. do maja 1944 r. Mieczysław Granatowski „Gram”, zaś od maja 1944 r. Franciszek Singler „Odwet”.

Do beskiego plutonu AK należał poza Mieczysławem Krężlem jego brat Kazimierz, Józef Mermer, Jan Skubel (aresztowany, przebywał w sanockim więzieniu), Józef Kielar i Stanisław Krężel (zastrzelony 17 października 1945 r. przez UB).[72]

 

Do działalności podziemnej garnęli się chętni, odważni, przeważnie z bronią, której po kampanii wrześniowej można było znaleźć wiele, bez specjalnego wysiłku. Dowódcy spotykali się na naradach z Korwinem dość często, miejscem spotkań był przeważnie dworek dr. Schmidta, gdzie „Korwin” czuł się dosyć pewnie. Tutaj, podczas narad, wydawane były rozkazy, zapadały główne decyzje odnośnie działalności partyzanckiej w terenie, ale także wyroki, których wykonanie powierzono specjalnej grupie; likwidowano konfidentów i jawnych współpracowników Gestapo, po kilkakrotnych zresztą ostrzeżeniach.

Armia Krajowa finansowana była ze środków krajowych i zagranicznych. Okupowana ludność dostarczała żywności, zaś pieniądze uzyskiwano z akcji zbrojnych (przechwytywano niemieckie przesyłki, rozbijano niemieckie banki), rekwizycji, ale nade wszystko korzystano z ofiarności ludności:

W większości jednak doraźną pomocą finansową służyli w większości właściciele dworów z terenu Obwodu, jak m. in. Grotowscy z Jaćmierza, Laskowski z Bażanówki, Wiktorowa z Zarszyna, Oskar Schmidt z Beska, Morawski z Niebieszczan i inni, a także zarządcy majątków z Głuszek i z Pakoszówki, ponadto Mieczysław Pryda ze Strachociny. Dużą aktywnością odznaczał się zarządca majątku Grotowskiego – Józef Błażejowski.[73]

 

Po klęsce stalingradzkiej ożywiło się także podziemie ludowe – w Długiem, Bażanówce zaczęły powstawać komórki Batalionów Chłopskich, podporządkowane AK, oraz Armii Ludowej, mającej tu marginalne znaczenie. Wyraźnie też zmieniło się zachowanie beskich Ukraińców, którzy jeszcze rok temu z tryumfem „grzebali Polskę”. Najwięksi agitatorzy (jak nauczyciel Lewicki czy unicki ksiądz-nacjonalista Salo, który na krótko przybył do Beska) uciekli, reszta czekała ostatecznego wyniku zmagania dwóch totalitaryzmów…

 

Kontrowersyjne i do dziś wzbudzające emocje było wydanie wyroku śmierci na greckokatolickiego ks. Mikołaja (Mykołę) Hołowacza, znanego ukraińskiego nacjonalistę, który już przed wojną był organizatorem różnych proukraińskich działań i stowarzyszeń. Tak wspomina go Lesław Myczkowski:

Nie ostudziło to jednak zapału szowinistów, którzy podjęli współpracę z Niemcami, gorzej, bo z Gestapo, wskazując, kto należał do „Strzelca”, a kto pracował w starostwie, kto był w BBWR (Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem), kto wzywał do walki z Hitlerem itd., co zainteresowanym groziło poważnymi konsekwencjami. Zaczęto też uważać na rozmowy, bo mnożyły się donosy i aresztowania. Jednym z bardziej aktywnych Ukraińców w walce z Polakami był katecheta ks. Hołowacz, gruby, czarny, z sumiastymi brwiami, układny i podstępny. Mimo okupacji, pełen był rewerencji dla matki i babci, ale nie dałoby się 5 groszy za jego życzliwość. Stale jeździł do Sanoka, gdzie mieściły się urzędy niemieckie i miały siedzibę różne organizacje ukraińskie.[74]

 

Rozkaz musiał być wydane przez Adama Winogrodzkiego „Korwina”, prawdopodobnie na wniosek samych beszczan, skupionych w oddziale Mieczysława Krężla.

Jest kilka innych relacji o tym zdarzeniu:

Sprawa Oddziałów Specjalnych Tadeusza Małka „Zbira” z Długiego i Jana Malika „Iskry” z Bażanówki zasługuje na komentarz, ze względu na całkowity brak dowodów istnienia OS Małka T., w zbieranych relacjach i wspomnieniach. Faktem jest, że T. Małek brał udział w kilku akcjach, jednakże nie jako dowódca oddziału, a jeden z żołnierzy powoływanych patroli dywersyjnych pod dowództwem M. Granatowskiego. Co do oddziału J. Malika to istotnie został on powołany, niemniej jednak członkowie tego oddziału, jak i sam Malik, wchodzili równocześnie w skład oddziału dywersyjnego „Grota” W. Z. Koniecznego z AK. Stąd też J. Malik bez żadnego krytycyzmu wymienia przeprowadzone w większości akcje w zespole dywersyjnym „Grota” jako samodzielne akcje BCH. A prawda jest taka, że żołnierze tego oddziału samodzielnie zlikwidowali wójta gminy Sanok Michała Podobińskiego – agenta gestapo, ks. grecko-katolickiego w Besku i kilku innych nacjonalistów.[75]

 

Jesienią 1942 r. przystąpiono również do organizowania oddziału przeznaczonego do walki dywersyjnej, który został później przemianowany na Oddział Specjalny. Początkowo zorganizowano 15 ludzi przeważnie z terenu gromady Bażanówka. Jego dowódcą został, na wniosek Komendy Obwodu SCh, mianowany przez A. Wiatra „Zawieruchę”, Jan Malik „Iskra” z Bażanówki, a zastępcą Kazimierz Żyłka „Wójt”. W składzie oddziału działały w sumie 22 osoby, uzbrojone początkowo w 5 karabinów produkcji rosyjskiej pochodzących jeszcze z pierwszej wojny światowej, 2 sztucery, 2 stare pistolety, 600 szt. różnej amunicji i 20 granatów. Drugi oddział powstał w Długiem, a dowodził nim Tadeusz Małek. Problem scalania, jak i w pozostałych powiatach, powstał tu konkretnie w sierpniu 1943 r. i mimo zarzutów stawianych Armii Krajowej, m. in. za jej zbyt duże powiązanie z ziemiaństwem, sanoccy ludowcy, w porównaniu do sąsiednich powiatów, umowę scaleniową podpisali stosunkowo wcześnie, bo już jesienią 1943 r. (…)

Lipiec 1944 r. przyniósł kilka dalszych akcji oddziału J. Malika „Iskry”. (…) W omawianym okresie siły BCh i LSB wykonały również kilka akcji wymierzania kar i likwidacji konfidentów. M. in. zastrzelono sołtysa Karola W. z Falejówki za współpracę z Niemcami. Jego synowi udało się uciec przed karą. Z rąk ludowców za znęcanie się nad ludnością wiejską poniósł karę śmierci wójt w gminie Bukowsko, jak również w Dąbrówce pod Sanokiem wójt gminy Sanok-wieś. Zlikwidowano też kilku groźnych ukraińskich nacjonalistów, jak np. księdza grecko-katolickiego w Besku i jednego z organizatorów UPA na tym terenie.[76]

 

Najbardziej zagorzałym popem był Hołowacz. Został zastrzelony przez członka AK za działalność antypolską, w miejscu, gdzie obecnie mieszkają państwo Sokołowscy. Jego zagorzałość doprowadziła do nienawiści między Polakami a Ukraińcami.[77]

 

Wiadomo oficjalnie, że wyrok wykonał Oddział Specjalny Jana Malika „Iskry”, który – jako dowódca – był przy jego wykonaniu, natomiast bezpośrednim wykonawcą wyroku był , wg relacji Marii Cup, akowiec z Beska, „Mundek” Mermer (Józef Mermer?), który w 1944 r., podczas wyzwolenia Beska, ciężko ranny koło kuźni u Nyczów, zmarł z odniesionych ran.[78]

W lipcu 1944 r. ks. Hołowacz prawie codziennie chodził do swoich przyjaciół, mieszkających w Hrabeni, by wieczorem (czasem wcześniej) wrócić do domu (dziś nieistniejącego), znajdującego się koło kładki na prawym brzegu Wisłoka. Doskonale wiedzieli o tym członkowie oddziału likwidacyjnego, którzy właśnie tam urządzili pułapkę. Do wchodzącego w drzwi domu księdza oddano strzał, jak się okazuje – niecelny. Hołowacz zaczął uciekać – najpierw za dom, a potem do przełazu w płocie, oddzielającej jego dom od domu kowala Józefa Szałankiewicza. Na tym właśnie przełazie otrzymał serię z broni maszynowej. Po chwili zmarł…

 

Jak dziś można się ustosunkować do wydania i wykonania wyroku śmierci na ks. Hołowaczu? Przede wszystkim, wstrząsem dla mieszkańców Beska (nie tylko Ukraińców) było to, że z wyroku sądowego zastrzelono księdza – mniejsza z tym, że greckokatolickiego i nielubianego, w każdym razie osobę konsekrowaną, reprezentującą Kościół; zabójstwo księdza – choćby w majestacie prawa – było mimo wszystko czymś piętnującym wykonawców. Są uzasadnione podejrzenia, że ks. Hołowacz zadenuncjował sołtysa Jana Kielara, który zmarł w Oświęcimiu; nie był jednak, jak podejrzewał to Lesław Myczkowski, czynnym donosicielem:

Według jednego z autorów badającego ten problem w całym Okręgu krakowskim w kartotekach niemieckich ujętych było ponad 5 tysięcy donosicieli. Z relacji Rudolfa Probsta wynika, że w sanockim gestapo znajdowało się 14 kartotek konfidentów rekrutujących się z placówek w Bażanówce, Nowotańcu, Mrzygłodzie, Niebieszczanach, Sanoku, przy czym – jak twierdził indagowany – nie było w tym czasie na terenie placówki zarszynskiej [któremu podlegało Besko; podkreślenie moje – ZB], natomiast co do pozostałych czterech placówek brakowało jakichkolwiek informacji.[79]

 

Nie jest także prawdą, że ks. Hołowacz organizował w Besku oddział Ukraińskiej Powstańczej Armii.[80]

Biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności, wydaje się, że głównym powodem wydania wyroku był nieprzejednany antypolski nacjonalizm księdza, wyrażany w dodatku głośno i publicznie. Ale:

Nie był to jednakże tylko i wyłącznie odwet na tych, którzy dopuszczali się zbrodni kolaboracji, a przede wszystkim akt wymiaru sprawiedliwości, który w warunkach wojny i okupacji musiał się kończyć uniewinnieniem – w przypadku braku dostatecznych dowodów winy – lub karą śmierci, gdy stwierdzono działanie na szkodę państwa polskiego i narodu [podkreślenie moje – Z.B.].[81]

 

„Biuletyn Informacyjny” z 23 maja 1941 r. uzasadnia to w sposób jasny:

(…) zdarzają się wypadki popełniania przez Polaków czynów niedopuszczalnych z punktu widzenia Narodu i Państwa Polskiego. Znajdują się ludzie, postępujący niezgodnie z poczuciem zasadami honoru narodowego, idący na haniebne z wrogiem kompromisy, wysługujący się okupantom, działający na korzyść wroga… Czynniki miarodajne w kraju stwierdzają, iż takie zbrodnie i występki są rejestrowane i we właściwym czasie spowodują odpowiednie konsekwencje prawne: winni pociągnięci zostaną do odpowiedzialności celem wymiaru należytej kary… Na równi z Polakami pociągnięci będą do odpowiedzialności obywatele Państwa Polskiego narodowości niepolskiej, którzy sprzeniewierzają się obowiązkowi wierności wobec Rzeczypospolitej Polskiej [podkreślenie moje – ZB].[82]

 

Do niedawna wykonanie wyroku na ukraińskim księdzu budziło różne, czasem sprzeczne reakcje mieszkańców, będąc jednym z trzech „wojennych” tematów (obok masakry z 10 września 1939 r. i żydowskiej eksterminacji w beskim kamieniołomie) kontrowersyjnych (i raczej niechętnie poruszanych). Jest to dziwne, gdyż żaden z dawnych mieszkańców Beska – poza niechlubnymi wyjątkami – nie jest za nic odpowiedzialny (a mnóstwo beszczan, wg źródeł, wykazało dużo heroizmu i poświęcenia oraz zwykłego ludzkiego i sąsiedzkiego współczucia), zaś wyrok na ks. Hołowacza został oficjalnie wydany (z uzasadnieniem) i zatwierdzony przez organa Armii Krajowej.

Tylko jednak prawda może wyzwolić człowieka…

 

Lato 1944 r. było czasem rozstrzygających starć i większych bitew na wszystkich frontach II wojny światowej. W wyniku operacji lwowsko-sandomierskiej, przeprowadzonej w dniach 13 lipca – 29 sierpnia 1944 r., wojska sowieckie zajęły ziemie zachodniej Ukrainy i południowo-wschodniej Polski. Pod koniec lipca na interesujące nas tereny Dołów Jasielsko- Sanockich wkroczyły wojska 1 Frontu Ukraińskiego, który niedawno przełamał niemieckie linie na Wołyniu. Już ziemia drżała od huku frontowych dział, a linia oddzielająca dwóch zmagających się wrogów szybko przybliżała się do Beska.

Ale lipiec 1944 r. zapamiętano także z innego powodu. Na drodze „cesarskiej” spotykało się wielu ludzi, uchodzących, z różnych przyczyn, na zachód – byli wśród nich i kolaboranci i volksdeutsche, ale także inni, którzy z różnych powodów nie pragnęli spotkać się z Armią Sowiecką i NKWD.

 

3 sierpnia 1944 r. Sanok, stolica powiatu, jest już w rękach Armii Czerwonej. 7 sierpnia 1944 r. niemiecka linia obrony, usytuowana pomiędzy Jaćmierzem a Górkami (z artylerią na bezleśnym wzgórzu 397 m) nie mogła powstrzymać gwałtownie prące na wschód i południe (kierunek: Jasionów, Wzdów i Jaćmierz) wojska 1 Frontu Ukraińskiego. Bojąc się okrążenia, Niemcy decydują się na gwałtowny odwrót w kierunku Bażanówki i Zarszyna. Krótkotrwały opór tylko na chwilę powstrzymuje Rosjan, którzy o świcie 9 sierpnia wkraczają do Zarszyna.

Linia frontu przez pewien czas przyjmuje dziwny kierunek równoleżnikowy, z Sanokiem, Nowosielcami, Długiem i Zarszynem po stronie sowieckiej, a wzgórzami Patria i przysiółkiem Góry po stronie niemieckiej. Tu front skręcał gwałtownie na północ na linię Wisłoka, by potem już iść w kierunku zachodnim, zostawiając Bziankę po stronie zwycięskich Rosjan. Dalej linia frontu przebiegała w zasadzie wzdłuż Wisłoka, pozostawiając w rękach niemieckich Milczę, Wróblik, Targowiska, Krościenko i Krosno. Besko, gdzie linia frontu przebiegała zarszyńskimi polami, przypominało oblężoną wyspę; częściowo powtarzała się sytuacja z 1915 r. Mieszkańcy Beska, strefy najbardziej zagrożonej, dostali rozkaz ewakuacji w kierunku pozostającego jeszcze pod władzą niemiecką Bukowska. Nielicznych, którzy pozostali (jak m. in. Julian Wróbel i Józef Płatek z Zapowiedzi), wykorzystano do kopania okopów, a później grzebania niemieckich trupów.

 

Ale są także i ofiary, gdyż wojna – choć pozycyjna – trwa nadal:

18 sierpnia 1944 roku wieczorem siedzieliśmy zgromadzeni w pralni w ochronce u zakonnic. Nagle przez okno wpadł pocisk, a od jego odłamków zginął mój ojciec, siostra, sąsiadka i jej siedmioletni wnuczek – Romek. Mama i siostra zostały ranne. W ciele ojca znaleźliśmy wyrwaną dziurę wielkości pięści ludzkiej. Nazajutrz rano starszy brat, Staszek, zawiózł mamę i siostrę Marysię do szpitala w Krośnie. Pochówkiem ojca zajęli się panowie Kazimierz Krężel i Józef Ziemiański. Ponieważ nie było możliwości kupienia trumny, zbili pakę z desek i wraz z rodziną pochowaliśmy ojca i siostrę w sadzie pod śliwką. Dopiero po zakończeniu wojny zwłoki przewieziono na cmentarz i pochowano w grobie zbiorowym – spoczywają w nim Franciszek Szybka, Józefa Szybka, Władysław Szybka, sąsiadka i jej wnuczek, Romek.

Ośmiomiesięczny brat Władzio zmarł w domu z niedostatku i niedopilnowania. Mama wówczas leżała w szpitalu, a dzieckiem nie miał się kto zająć.[83]

 

(…) przykładem okrucieństwa wojny i Niemców była śmierć kobiety zwanej „Zapałką”. Była ona uczestniczką powstania warszawskiego. Przyjechała do Beska w 1944 roku i została zlikwidowana po kilku tygodniach za to, że śpiewała piosenki antyhitlerowskie.[84]

 

Obie strony przygotowywały się do nieuchronnych działań wojennych. Zanosiło się na długie czekanie.

 

Ale historia lubi się zmieniać. Dotychczasowe sowieckie plany ofensywne, ze względu na wybuch powstania słowackiego, musiały zostać poddane rewizji. 31 sierpnia w Moskwie ambasador emigracyjnego rządu Czechosłowacji zwrócił się do rządu sowieckiego o pomoc militarną dla powstańców. Od tej daty wydarzenia toczą się błyskawicznie. 2 września marszałek Koniew, dowódca 1 Frontu Ukraińskiego, otrzymał rozkaz, by w ciągu jednego dnia (!) przygotował plan operacji (zwanej później preszowsko-dukielską), uwzględniający szybkie przełamanie przez linię Karpat. Plan ten, ze względów czysto ideologicznych, został natychmiast przyjęty. Do jego realizacji przewidziano 38 Armię gen. Kiryłła Moskalenki w składzie dziewięciu dywizji piechoty, trzech korpusów pancernych, 1 Korpusu Kawalerii Gwardii i czechosłowackiej brygady spadochronowej.[85] Łącznie dysponowali siłą 100-120 tys. ludzi, 1700 sztukami dział i moździerzy, ale zaledwie 100 czołgami. Plan przewidywał uderzenie na ośmiokilometrowym odcinku z rejonu na północ od Krosna, wzdłuż szosy dukielskiej, stanowiącej główną dobrą drogę przecinającą w tym rejonie Beskidy.[86] Równocześnie do ataku miały wejść jednostki na linii Sanok – Krosno. Jak się później okazało, ideologia musiała przegrać z militarnymi realiami.

 

8 września w rejonie Rymanowa, Wróblika i Beska rozpoczęły się walki, mające na celu przełamanie linii frontu. Prowadził je 67 Korpus 38 Armii, pod dowództwem gen. lejtnanta Iwana Szmygi, zaś na kierunku besko-rymanowskim – 121 Dywizja Piechoty, dowodzona przez płk. P. Docenkę.

 

Walki przeciągały się, wykruszały siły dywizyjne. 9 września płonął już cały front – ataki szły na Rymanów, Besko, Odrzechowę i Sieniawę, Pielnię i podsanockie wioski: Stroże i Prusiek. Obserwatorzy nie sądzili, że na zakończenie walk przyjdzie im czekać aż tydzień!

 

 

Zachowało się mnóstwo wspomnień o tych wrześniowych dniach. Warto spojrzeć na wojnę oczami bezpośrednich świadków, choć ich ogląd sytuacji jest bardzo wycinkowy, skupiony na osobistych doświadczeniach. Każda relacja to czyjaś tragedia; ale właśnie dlatego bliżej oddaje klimat tamtych dni. Oto wspomnienia niektórych osób, które je przeżyły:

Następnego dnia (…) zabrzmiały działa. Gdy wyskoczyłem z domu i sięgnąłem po lornetkę – zobaczyłem sunącą szosą od Sanoka kolumnę czołgów sowieckich. Jechały jeden za drugim jak na defiladzie, wtem na skrzyżowaniu dróg pod tzw. „szeroką topolą”[87] zatrzymał je ogień artylerii niemieckiej. Strzelała właśnie ta jednostka Wehrmachtu, która kwaterowała w beszczańskim dworze, kierując ogień na łatwy do oznaczenia punkt topograficzny, który wyznaczała topola. Ogień tych dział zniszczył co najmniej 5 czołgów, z których wyskakiwali żołnierze w hełmofonach i kryli się w rowie, jeden się palił i tarzał po szosie[88]. Tak na moich oczach stanęła w miejscu ofensywa sowiecka, która od Przemyśla niemal bez oporu toczyła się przez naszą ziemię. Zaczęła się walka pozycyjna trwająca ponad miesiąc, która nas zrujnowała. (…)

W trakcie utarczek na przedpolu beszczańskich wzgórz – podciągnęły do nas patrole sowieckie, sugerując, aby ludność cywilna opuściła na kilka dni swoje domy, bo tu będą bardzo ostre boje. Posłuchaliśmy na nieszczęście tej rady, zostawiając konie z wozem, cały dobytek, ubrania, futra, jedzenie itd. i z małymi węzełkami pieszo przemknęliśmy się wąwozami do starego młyna na Mymoniu, przysiółku Beska. Młyn leżał w kanionie rzeki Wisłok, wśród drzew i krzewów. Prowadzili go p.p. Gieratowie, brat i dwie siostry, ludzie bardzo przyzwoici i dobrzy patrioci. Zastaliśmy tam znaczną ilość uciekinierów, którzy lokowali się, gdzie tylko się dało. Nasza ucieczka do młyna miała miejsce pod obstrzałem artylerii i karabinów maszynowych, kule gwizdały nad głowami, a rozpryski pocisków artyleryjskich padały całkiem blisko. W młynie była duża piwnica, chroniąca przed pociskami, do której wszyscy się chronili: ludzie z dziećmi, a nawet psy, które im towarzyszyły. Po kilku dniach pobytu mieliśmy już pchły, a ja stwierdziłem na sobie wszy odzieżowe. Najgorsze było to, że pociski z granatników i dział odbijały się od kamiennych ścian wąwozu Wisłok i raziły tysiącem odłamków, które były tak samo niebezpieczne jak kule, wskutek tego nie mieliśmy możności wychodzenia z piwnicy podczas dnia, co ważyło m. in. na higienie osobistej.

Pierwszej nocy, gdy przybyliśmy do młyna, obudził nas błysk latarki i twarde słowa w języku rosyjskim: „A wy kto? Giermańców niet? Wstawaj!” i ktoś trąca mnie pepeszą. Patrzymy, a tu cały oddział sowietów podczołgał się pod nasze młynowisko i rozpytuje, gdzie są Niemcy, czego zresztą nie wiedzieliśmy.

Walki o Besko toczyły się ze zmiennym szczęściem, raz byli tu bolszewicy, raz Niemcy, przechodziliśmy z rąk do rąk, a kule świstały cały dzień. Wreszcie dotarł do nas oddział niemiecki, który wygonił całą ludność na zachód. Byli z nimi tzw. Kałmucy, to znaczy zwolnieni z obozów jenieckich żołnierze sowieccy, pochodzący z południowych rubieży ZSRR, Tatarzy, Azerbejdżanie i inni.[89]

 

J.K. We wrześniu 1944 r. do wsi wkroczyły wojska sowieckie. Niemcy, wycofując się, prowadzili przed sobą ludność cywilną. Szedłem i ja w tej grupie wraz z tatą. Prowadziliśmy krowę. Byłem ranny w nogę, bo odłamek kuli, kilka dni przed wycofaniem się Niemców, trafił we mnie. Stało się to za domem sióstr felicjanek. W punkcie sanitarnym zajodynowano mi ranę, a odłamek wyjąłem sobie sam parę miesięcy później przy pomocy nożyczek.

Z grupą ludności z Beska i Niemcami doszliśmy do Mymonia. Tu zdołaliśmy się wraz z ojcem oddalić od grupy. Ukryliśmy się w sklepie. Właścicieli nie było. Pamiętam, że zamiast zatroszczyć się o jedzenie, wziąłem sobie kilka guzików, by w przyszłości użyć ich do gry. Niemcy nie zauważyli naszej ucieczki. Poszli dalej. W Mymoniu byliśmy około tygodnia. Ojciec doił krowę, piekliśmy żytni chleb i tym żywiliśmy się.

Z Mymonia wróciliśmy na posesję pana Gierada. Pamiętam pchły, które niemiłosiernie nas gryzły. W swej dziecięcej naiwności myślałem, że to mrówki. Później przez Góry przedostaliśmy się do rodzinnej miejscowości mego ojca – Klimkówki. Byliśmy zaskoczeni, że tu prawie nie było śladów wojny.

S.K.: Ja ze starszym synem z grupą ludzi z Beska poszliśmy w tym czasie do Górek. Tam przyjęto nas w pewnym gospodarstwie. By przetrwać, chodziłam po polach i wygrzebywałam ziemniaki. Syn poganiał u gospodarza konie. Spaliśmy w stodole, w domu na słomie. W Górkach też dokuczały nam pchły. Zresztą nie było się czemu dziwić – brak środków czystości, nieprzestrzeganie higieny. W słomie długo niezmienianej, pchły mnożyły się w tempie błyskawicznym.[90]

 

Być może Niemcy szykując się do obrony przed Rosjanami, którzy byli już w Jaćmierzu, uznali, że działa najlepiej będzie ustawić w korycie starej rzeki za krzyżem, to jest mniej więcej w tym miejscu, gdzie skrzyżowanie dróg na Cieplaki i na cmentarz, gdzie nie tak dawno jeszcze była firma „Igloopol”. Krzyż w tym miejscu stał od dawna i stoi do dnia dzisiejszego. W roku 1944 nie było tam domów, tylko pańskie ogrody i był to w zasadzie skraj wsi. Niemcy dokładnie okopali działo i skierowali go w kierunku Jaćmierza. Dopiero potem zauważyli, że w polu widzenia mają krzyż. Nie zastanawiając się zbytnio, krzyż ścięli i rozpoczęli ostrzał Jaćmierza. Rosjanie zaraz zorientowali się, że w obrębie krzyża coś się dzieje, bo im ten doskonale widoczny punkt topograficzny nagle zniknął. Po oddaniu przez Niemców z działa w zasadzie tylko jednego strzału, zaraz ten punkt ogniowy został zlikwidowany wraz z całą obsługą. (…) w Besku (…) uznano, że to kara boska na Niemców za ścięcie krzyża.[91]

 

W czasie wojny, jako małe dzieci, musiałyśmy uciekać przez pola; ja wtedy miałam około czterech lat, moja najmłodsza siostra – 7 miesięcy, a najstarsza – 13 lat. Schron miałyśmy po lewej stronie Wisłoka. Przebywałyśmy w piwnicy domu, w który nagle uderzyły katiusze. Mnie, moim siostrom, mamie i babci udało się uciec z domu, który zapalił się. Byłyśmy bardzo przerażone tym, co się działo. Uciekałyśmy, gdzie się dało, najpierw do Bzianki, a później do Górek. Bałyśmy się świstów zrzucanych bomb oraz hałasów, które pochodziły od strzelających karabinów. Na swoim rodzinnym polu zostawiłyśmy dojrzewające zboże oraz wszelkiego rodzaju warzywa. W Górkach trafiłyśmy na bardzo dobrego gospodarza, który pozwolił nam zostać w jego opuszczonej stodole.[92]

 

Pamiętam, gdy jako dziecko, wraz z rodzicami, krową i z tym, co się dało unieść, schroniliśmy się w piwnicach we dworze, potem siedzieliśmy kilka dni w jamach wykopanych nad brzegiem rzeki Wisłok. Jeżeli przerwano strzelanie, to my, dzieci, biegliśmy na pobliskie pola po ziemniaki. Pamiętam, że bardzo przeżyłam w tym czasie śmierć koleżanki, Józi Szybki, która tam, nad rzeką, zginęła od kuli. Pamiętam też, jak uciekaliśmy potem rowem biegnącym za dworem, w stronę Jaćmierza, następnie przez Wzdów do Górek, gdzie działania wojenne już ustały. Tam przebywaliśmy ponad 3 tygodnie, mieszkając w stodole. Nie było gdzie się dobrze umyć ani w co się przebrać, tak że wszyscy mieliśmy wszy, które jeszcze długo po powrocie mama musiała tępić. Z brudu mieliśmy wrzody na ciele. W czasie tych ucieczek, z powodu trwających w Besku walk, dzieci nie chodziły do szkoły. Najgorzej było przeżyć w okresie walk we wrześniu 1944 r., ponieważ walki trwały bez przerwy dzień i noc. Dopiero 16 września 1944 roku Besko zostało zdobyte przez wojska radzieckie i armię czechosłowacką. Już następnego dnia, 17 września 1944 r., całkowicie przepędzono z Beska żołnierzy niemieckich. W tych walkach wielu żołnierzy radzieckich zginęło. (…). Do dziś pamiętam, jak wraz z innymi dziećmi poszłam na „pańskie pole” po kapustę i zobaczyłam kilka poszarpanych ciał niemieckich żołnierzy. W panice uciekliśmy do domu (…).[93]

 

Straszny szok przeżyłam, jak byłam w piwnicy u państwa Nyczów, obok stacji kolejowej. Siedzieliśmy tam wszyscy piwnicy. Ruscy wypatrzyli że ludzie chodzą w dzień po podwórzu, a wieczorem w ten dom i w to podwórze uderzyły katiusze. Pozabijało kilku, dużo było rannych, wśród nich mój ojciec został ranny w nogę. Później wszyscy uciekaliśmy, ja, nie wiedząc, gdzie biec, puściłam się z moją siostrą, Marysią – która już nie żyje – przez tory kolejowe. Biegłyśmy w pole, potykałyśmy się, nie wiedząc na czym. Siostra moja się uspokoiła i zauważyła, że leży tam dużo trupów. Doszłyśmy do pewnego domu i tam schroniłyśmy się.

Drugie moje wydarzenie było wtedy, jak nas ewakuowali z dworu do Karlikowa. Od drewnianego mostu aż do Sieniawy szliśmy wodą, a Niemcy nas bili i popychali. Ponieważ była noc, moja mama przywiązała nas, wszystkie trzy, powrozem do krowy, żebyśmy się nie pogubiły i nie potopiły. Później uciekłyśmy z rąk Niemców, schowałyśmy się w krzakach. Później uciekłyśmy do Klimkówki. W Klimkówce mieszkałyśmy we dworze, ale niezbyt długo, bo znowu trzeba było gdzieś uciekać. Nigdy nie zapomnę, jak w Klimkówce jakiś Niemiec uratował mi życie. Byłam wtedy małą dziewczynką, podobały mi się kwiaty na łące, więc poszłam je nazbierać, w tej chwili nadleciały samoloty rosyjskie i zaczęły do mnie strzelać z karabinów maszynowych, a że niedaleko obozowali Niemcy, tak jeden odważnie przybiegł na tę łąkę, złapał mnie za rękę i uciekliśmy w bardzo dużą trawę. (…)

Pamiętam, jak uciekliśmy do pewnej piwnicy, mieliśmy tam dwie krowy, trochę mąki, tam też robiliśmy jedzenie. Pewnego razu wychyliłam głowę z piwnicy i zauważyłam, jak idzie jakiś Niemiec, miał na hełmie powrósło, a w ręce menażkę. Poprosił o jedzenie. Moja mama wydoiła krowę, dała mu mleko i kawałek placka, tzw. „proziaka”; kazała mu przyjść jeszcze wieczorem. Przyszedł wieczorem i gdy jadł, to leciały mu z oczu łzy. Mojej mamie żal się jego zrobiło i też się popłakała. W tę samą noc rozpętała się wokół domu straszna strzelanina i krzyki. Każdy bał się wyjść w nocy, by popatrzyć, co się dzieje. A rano, jak wyszliśmy na pole, zobaczyliśmy, że obok domu leżą trupy – jeden obok drugiego. Jak zauważyliśmy, nie mieli na sobie ani butów, ani zegarków, niczego – wszystko zabrali im Ruscy.[94]

  1. W.: Po pięciu latach, w lecie 1944 roku, od strony Zarszyna przybyły wojska sowieckie, które wyparły wojsko niemieckie z terenów Beska.
  2. W.: Powiem na ten temat dwie ciekawostki! Pierwszą jest to, że wojska rosyjskie zdobywały Besko dwa razy. Powodem tego była gorzelnia, która znajdowała się na Górach. Rosjanie, atakując Besko, upili się w tej gorzelni i oczywiście wojska niemieckie pokonały ich. Dopiero drugi atak Rosjan był skuteczny. W tym czasie na pomoc Rosjanom przybyły wojska słowackie. Drugą ciekawostką jest to, że jeden z oddziałów słowackich złożył broń i ubrania w naszej stodole. Muszę przyznać, że takiej ilości broni w jednym miejscu jeszcze nie widziałam!!! Cały ten oddział został jednak wybity w bitwie w Pastwiskach; wrócił z niej tylko jeden żołnierz.[95]

 

Od dnia 7 sierpnia rozpoczynamy uciekinierkę. Sowieci o godzinie 11 w nocy uwalniają nas od Niemców. 8 sierpnia rano uchodzimy przez Zarszyn do Długiego. Pierwszą noc nocujemy u Staszka Szychowskiego i drugą, trzeciej nocy zostawiają nas Szychowscy i inni, a sami uchodzą w stronę Bażanówki – Strachociny. 3-ciej nocy nocujemy w sąsiednim domu murowanym, gdzie strzałami i pociskami armatnimi nie daje nam oka zmrużyć, następnie rano o godzinie 5-tej 10 sierpnia wracamy do Zarszyna. To jest niedziela, a rok 1944.

Aby za wszelką cenę dostać się do domu. Zaś na froncie, który jest na linii Wisłoka gorąco się robi, tak że Sowieci wycofują się w stronę Zarszyna i okopują się wzdłuż toru kolejowego. My wytrzymujemy w domu Sieradzkich w Zarszynie do godziny 2 po południu, aż dom w gruzy się wali, a my cudem cali uchodzimy do ogrodu Kazika Dracza.

My kryjemy się w bunkrach, konia i źróbka [źrebaka – Z.B.] wiążemy do szopy, gdzie za pół godziny zabija matkę źróbka. Ratujemy się ucieczką w stronę [nieczytelne – Z.B.], Chmurówki, Jaćmierza, Wólka Górecka.[96]

 

12 września wojska sowieckie zostały wzmocnione słowackimi oddziałami 2. Czechosłowackiej Samodzielnej Brygady Powietrzno-Desantowej. W nocy z 12 na 13 września czechosłowacka brygada weszła do walki. W godzinach wieczornych 13 września usiłowała zdobyć Besko, niestety, wobec zaciętej obrony niemieckiej było to niemożliwe.

Od 15 września marszałek Iwan Koniew, dowódca 1 Frontu Ukraińskiego oraz dowódca 38 Armii gen. płk Kiryłł Moskalenko wiązali swoje nadzieje na przesilenie w bojach o Duklę z nowym natarciem, zaplanowanym przez nich w rejonie Rymanowa. Zaangażowany tutaj 4 Gwardyjski Kantemirowski Korpus Pancerny wraz z jednostkami 67 Korpusu Piechoty (którego dowódcą był wspomniany gen. lejtnant Iwan Szmygo) miał uderzyć z rejonu Wróblika Królewskiego na Rymanów, przebić się przez górskie przejście na południe od miasta i nacierać w kierunku Jaślisk i Tylawy, obchodząc w ten sposób głęboko prawe skrzydło dukielskiego zgrupowania wroga.

Natarcie rozpoczęte w piątek 15 września rozwijało się bardzo powoli – gęsta sieć założonych przez Niemców pól minowych i gwałtowny ogień karabinów maszynowych, artylerii przeciwpancernej uniemożliwiły dalszy szybki marsz. Wprawdzie korpus pancerny pod wieczór tego dnia wszedł do Rymanowa i wysunął się przed wzgórza na południe od miasta (Kalwaria, Okopisko), ale było to wszystko, co Rosjanie mogli uczynić.

Marszałek Koniew, przebywający tego dnia na stanowisku dowodzenia 38 Armii wspólnie z gen. płk. Moskalenką, postanowił przenieść kierunek uderzenia na wschód od Rymanowa – w okolice Beska. Dowódca 4 Korpusu Pancernego, gen. lejtnant Paweł Połubojarow, otrzymał rozkaz sformowania oddziału wydzielonego, który uderzyłby na południe z rejonu Beska i nacierał wzdłuż górskiego przełomu Wisłoka. Równocześnie marszałek Koniew postanowił wzmocnić 38 Armię – obok 4 kantemirowskiego korpusu pancernego do akcji miał wejść 31 Korpus Pancerny pod dowództwem gen. mjr. Wasyla Grigoriewa.

15 września, kiedy 140 Dywizja Piechoty pod dowództwem gen. mjr. A. Kisielowa i 4 gwardyjski korpus pancerny Pawła Połubojarowa walczyły pod Rymanowem, 2 Samodzielna Czechosłowacka Brygada Powietrzno-Desantowa toczyła ciężki bój o Besko. Tego dnia czechosłowacki 2 Batalion Spadochronowy o godzinie 12.15 uderzył siłą dwóch kompanii na Besko, zaś samodzielny, wydzielony oddział na Milczę i Łazy. Około godziny 15.00 tego dnia 1 kompania 2 batalionu, przeniknęła w południowy rejon Beska, współpracując z jednostkami 140 Dywizji Piechoty. Zacięte walki trwały całą noc i część następnego dnia. Wreszcie w sobotę, 16 września 1944 r., w godzinach popołudniowych Besko zostało zdobyte, ale jeszcze przez jeden dzień trwała likwidacja małych punktów oporu; dopiero 17 września Besko było całkowicie wolne od Niemców. Paradoks historii sprawił, że we wrześniu 1939 r. armia słowacka, wspomagająca od południa niemiecką armię, była na tym terenie najeźdźcą, zaś pięć lat później wojsko słowackie wyzwoliło Besko…

Tak walki o Besko opisał jeden ze słowackich żołnierzy:

(…) Dnia 15 września zaczęły się o wieś Besko ciężkie walki, 2 batalion otrzymał rozkaz, by przystąpić do natarcia i wsparcia swojego prawego sąsiada, 140 Dywizję Strzelecką, i opanować wioski Milcza i Besko. Według planu, dowódca brygady 2 batalionu miał to zadanie wypełnić zajęciem Beska z północy i wschodu siłami 1 i 3 kompanii i wzmocnionym oddziałem jednego plutonu z 1 kompanii, plutonem ckmów i plutonem dział kalibru 76 mm obsadzić wieś Milczę. Z takim zamiarem jednostki batalionu przystąpiły o godzinie 12.30 do ataku na wspomniane wioski. Nieprzyjaciel zacięcie bronił Beska, które położone było na wzniesieniu i wszystkie dojścia do niego kontrolował. Około godziny trzeciej po południu, 1 kompania ppor. Totha przeniknęła do wsi, ale silnym kontrnatarciem wróg ją odrzucił do tyłu. Żołnierze jednak utrzymali część północno-wschodniego skraju wioski. 3 kompania uderzyła na Besko od strony Zarszyna. Przed wsią jej dalsze natarcie zatrzymał gęsty ogień karabinowy ze skrajnych domów na południowo-wschodnim skraju Beska. Oddziały, które atakowały wieś Milczę, przełamały zacięty opór wroga i uderzyły południowym kierunkiem na Łazy. W godzinach nocnych 15 września dowódca brygady wsparł dowódcę kompanii w rejonie Beska oddziałem w sile 60 żołnierzy z kompanii sztabowej, tak by 16 września rano ponownie zaatakować kierunkiem na Besko. W składzie 3 kompanii atakowali też moi żołnierze. Gdy teren przed nami był równy, wykorzystywaliśmy każdą nierówność i zagłębienie, by krótkimi skokami i czołganiem dostać się do przodu. Wyszukiwać i zajmować potrzebne pozycje z rusznicami ppanc. podczas silnego ognia było ciężko. Natarcie 3 kompanii na Besko powstrzymały gniazda ckmów nieprzyjaciela w skrajnych domach Beska. Trzy sowieckie czołgi, które atakowały wieś wraz z 3 kompanią, zaraz na początku zostały trafione i piechota straciła jedyne wsparcie, mające jej pomóc w ataku na wioskę. Dowódca 3 kompanii, ppor. E. Čaplovič, obserwując przebieg natarcia, dojrzał przyczynę, wobec której kompania nie mogła ruszyć do przodu. Nie miał jednak do swej dyspozycji środków ogniowych na zniszczenie wrogich stanowisk. Zdecydował więc, byśmy z naszymi rusznicami ppanc. przesunęli się na lewą stronę drogi i byśmy spróbowali ogniem bocznym zniszczyć gniazda ckmów nieprzyjaciela. Nie był to łatwy rozkaz. Musieliśmy krok za krokiem czołgać się z rusznicami ppanc. około 150-200 metrów, by zająć wygodne stanowisko ogniowe w przekopie drogowym, skąd był dobry wgląd w okna wspomnianych domów.

(…) Przydzieliłem zadanie wszystkim trzem drużynom i każdemu celowniczemu wydzieliłem cel. W stronę dwóch gniazd ckmów strzelali z rusznic trzej strzelcy: Ondřej Šmolik, František Pagač, Milan Koštial. Wrogie gniazda zamilkły. Po zniszczeniu tych dwóch nieprzyjacielskich stanowisk 3 kompania na rozkaz ppor. Čaploviča ruszyła do przodu i wdarła się do Beska ze wschodniej strony. Wspólnym atakiem 1 i 3 kompanii z północy i wschodu udało się o godz. 11 opanować Besko i w dalszej walce nacierać w kierunku południowym.[97]

 

16 września linia frontu ustaliła się na linii: wzgórza na południe od Rymanowa – Milcza – Łazy – Mymoń.

Tego dnia na stanowisko dowodzenia czechosłowackiej brygady zjawił się marszałek Koniew, by poinformować dowódcę brygady, płk. Przikryla, o planowanej akcji korpusów pancernych opanowania wąskiej doliny Wisłoka i udziale spadochroniarzy w tym natarciu. Oświadczył również, że po wykonaniu tego zadania brygada zostanie wycofana z frontu i przerzucona droga powietrzną na Słowację, na tereny opanowane przez komunistycznych powstańców.

W następnych dniach dalsze walki przesunęły się na zachód i południe. 17 września oddziały sowieckie i 2 batalion czechosłowacki opanowały Sieniawę, Pastwiska i Tarnawkę. Wieczorem tego dnia linia frontu przebiegała na rubieży: Nowotaniec – Odrzechowa – Tarnawka – Głębokie. Od 18 września sztab czechosłowackiej brygady zaczął stacjonować w Besku. Po wykonaniu zadania jednostki brygady słowackiej odeszły do Krościenka k. Krosna, by przygotować się do przelotu na Słowację.

 

Kolejne epizody tego i następnych dni udostępniły relacje świadków; oto jedna z nich:

(…) Niemcy już się wycofywali. W Besku byli już Ruscy i Czesi. Z koleżankami poszłam do „pańskiego ogrodu” i zauważyłam, że Ruscy znaleźli w okopach żywego Niemca; pamiętam, że to był wysokiej rangi, ponieważ na mundurze miał dużo odznak. Z początku Ruscy kazali nam odejść, ale później zawrócili nas i kazali nam patrzeć na to, co będą robić. Dali mu łopatę i kazali mu wykopać dziurę. Po chwili zastrzelili go. Nam, jako małym dziewczynkom, dali łopatę, abyśmy go zakopali. Nigdy nie zapomnę tego dnia, sypałyśmy garściami na niego glinę, a on jeszcze patrzył na oczy. Strasznie płakałyśmy. Później przez tydzień czasu nosiłyśmy tam kwiaty, dopóki go stąd nie zabrali.[98]

W wyniku frontowych działań wojennych zginęło dużo beszczan – niepełna lista obejmuje następujące osoby: Michał Ciepły, jego żona Maria Ciepła, Magdalena Nycz, Antonina Jasińska i jej dziecko, Franciszek Szybka i jego sześcioletnia córka, Maria Pantałka z wnuczką, Józef Bober, jego żona i dwoje dzieci, Michał Szałankiewicz, Ewa Roman, Andrzej Szybka, jego córka Kazimiera i syn Władysław. Andrzej Ciepły, idąc po konia, zginął uderzony odłamkiem pocisku moździerzowego. Wielu ludzi odniosło rany.

 

Po przejściu frontu przyszedł czas na pogrzebanie zmarłych – w ośmiu mogiłach pogrzebano 24 czechosłowackich i 15 sowieckich żołnierzy.

W tych walkach wielu żołnierzy radzieckich zginęło. Pamiętam, że na Porzeczu, tam, gdzie dziś stoi remiza strażacka, było wiele grobów poległych żołnierzy, których po wojnie pochowano na cmentarzu w Sanoku.[99]

 

Dwie mogiły żołnierzy sowieckich (ojca i syna) były k. domu Władysławy Kijowskiej (ul. Przelotowa 41; obecnie mieszka tam Stanisława Penar); zginęli przy rozminowywaniu okolicznych pól. Ich ciała ekshumowano w latach 50., przenosząc na sanocki cmentarz.

Wśród zabitych w Besku (dokładnie w Zapowiedzi) był także młody osiemnastoletni Ormianin, Aram Sambatowicz Ajrapietjan, który zginął od pocisku artyleryjskiego 24 sierpnia 1944 r. Pochowano go w sadzie Marii Oberc, która do 1950 r. opiekowała się mogiłą (w tym roku szczątki przeniesiono na cmentarz wojskowy w Sanoku). W 1971 r. krewni zabitego przyjechali do Beska; tak to wydarzenie ujmuje szkolna kronika:

29 listopada 1971 r. nasza szkoła gościła rodzinę poległego w naszej okolicy żołnierza radzieckiego Arama Sambatowicza Ajrapietjana. W odwiedziny przybyła matka poległego, 87-letnia staruszka, brat – naczelny redaktor gazety z Erewania – stolicy Armenii i jego żona, nauczycielka historii. Goście przebywali w naszej miejscowości przez 4 dni. Mieszkali u nauczycielki języka rosyjskiego kol. Marii Zielonki. Zwiedzili przysiółek Zapowiedź, gdzie poległ Aram, byli również na cmentarzu poległych żołnierzy radzieckich w Sanoku, gdzie znajdują się prochy poległego żołnierza Armii Czerwonej.[100]

 

Wysadzony żelazny most kolejowy leżał w gruzach. Ponad 90 budynków zostało spalonych[101], co stanowiło ok. ¼ wszystkich zabudowań z reguły drewnianych i krytych strzechą. Zbudowany w latach 30. budynek poczty został poważnie uszkodzony. W szkołę trafiło dwa pociski artyleryjskie, uszkadzając dach i sufity, a ściany zostały podziurawione kulami z broni maszynowej.

Zginęło 62 konie i 128 sztuk rogacizny. Straty oszacowano na 603 tys. przedwojennych złotych.

 

Wśród późniejszych ofiar są również zmobilizowani żołnierze z Beska, m. in. szer. Władysław Kornasiewicz, syn Stanisława, ur. w 1923 r. w Mymoniu, który poległ 16 marca 1945 r. w Kołobrzegu oraz szer. 14 pułku piechoty Michał Duduś, syn Pawła, ur. w 1924 r. w Besku, który 15 lutego 1945 r. zaginął bez wieści w rejonie Wielkoboków.[102] O reszcie brak wiadomości.

 

Smutne dziedzictwo wojny zbierało nadal żniwo – od min zginęli: Antoni Bobak i Grzegorz Kielar, od pocisku moździerzowego zaś Bolesław Kijowski. Stanisław Szałankiewicz stracił rękę…

 

Na przymusowe roboty do Niemiec oraz do obozów koncentracyjnych wywieziono w czasie okupacji hitlerowskiej od 150 do 200 beszczan (niektórzy, zwłaszcza w 1939 i 1940 r., zgłaszali się dobrowolnie). Udało się ustalić personalia ok. 150 osób z Beska, Mymonia i Poręb:[103]

 

Aleksander Jan

Andryc Antonina

Andryc Jan

Andryc Józef

Andryc Maria

Andryc Mikołaj

Andryc Paweł

Barna Maria

Barna Michał

Bąk Maria

Benewiak Paulina

Bobak Jan

Bobak Jarosław

Bobak Józef

Bobak Leon

Bobak Michał

Bobak Paweł

Bobak Stanisław

Bobak Stefania

Bober Antonina

Bober Michał

Bohak Michał

Bolanowska Rozalia

Borkowski Stanisław

Cholewka Michał

Cholewko Jan

Ciepła Antonina

Ciepła Julia

Ciepła Magdalena

Ciepła Maria

Ciepła Zofia

Ciepły Jan

Ciepły Józef

Ciepły Jurko

Ciepły Michał

Ciepły Mikołaj

Ciepły Paweł

Ciepły Stanisław

Ciepły Wasyl

Cup Jan

Cup Józef

Cup Maria

Cup Michał

Dańko Magdalena

Dańko Paweł

Deńko Michał

Didycz Janina

Didycz Michał

Didycz Mikołaj

Didycz Paweł

Didycz Walia

Dracz Anna

Fedio Józefa

Folcik Antoni

Frydryk Mikołaj

Halczyk Jan

Iżyk Michał

Jasiński Andrzej

Jasiński Piotr

Kielar Anna

Kielar Jan

Kielar Konstanty

Kijowski Kazimierz

Knurek Adam

Koczurek Zofia

Kopina Andrzej

Kopina Jan

Kopiniak Wasyl

Kornasiewicz Jan

Kortewicz Antoni

Kortyna Anna

Kortyna Jan

Kortyna Janina

Kortyna Maria

Kortyna Michał

Kortyna Sylwester

Kortyna Zofia

Kostewicz Maria

Kostewicz Michał

Kostewicz Olga

Kozak Wasyl

Krężel Franciszek

Krężel Grzegorz

Krężel Jan

Krupianik Henryk

Kurwacz Andrzej

Kurwacz Józef

Kurwacz Maria

Kurwacz Władysław

Kuśnierz Andrzej

Kuśnierz Dymitr

Kuśnierz Hieronim

Kuśnierz Jan

Kuśnierz Michał

Kuśnierz Mikołaj

Lewkowicz Michał

Łoblak Maria

Łubiak Mikołaj

Łusik Antoni

Łusik Jan

Mach Zofia

Maśnik Antonina

Maśnik Michał

Maśnik Piotr

Mermer Bronisław

Mocholski Piotr

Najduch Antonina

Nowosielska (brak imienia)

Oberc Rozalia

Oberc Wawrzyniec

Pelczar Józef

Pihut Anna

Płatek Antonina

Płatek Józef

Płatek Mikołaj

Płatek Paweł

Płatek Zofia

Poman Mikołaj[104]

Proć Maria

Roman Jan

Roman Maria

Roman Michał

Romańczak Magdalena

Romańczak Wasyl

Romańczyk Jan

Smolik Stanisław

Sokół Józef

Strachocicki Mikołaj

Szajna Józef

Szałankiewicz Andrzej

Szałankiewicz Antoni

Szałankiewicz Domicela

Szałankiewicz Jan

Szałankiewicz Magdalena

Szałankiewicz Maria

Szałankiewicz Stanisław

Szewczyk Anna

Szewczyk Józef

Szewczyk Michał

Szewczyk Mikołaj

Szul Kazimierz

Szurgot Helena

Szurgot Maria

Szybka Józef

Szybka Ludwik

Szybka Maria

Szybka Michał

Szybka Stanisław

Szymańska Maria

Wnętrzak Stanisław

Zeńczak Michał

 

Rozpoczynał się nowy czas, jak wielu sądziło – wolnej Polski, choć jeszcze nikt nie nazywał jej Polską Rzeczpospolitą Ludową.

 

 

[1] Słowacka 3 Dywizja Piechoty walczyła wraz niemieckim 18 Korpusem Górskim na kierunku Jasło – Krosno – Sanok, penetrując teren na głębokość 60-90 km. 16 września słowacka 2 DP oczyszczała rejon Liszna – Jabłonki – Baligród – Krosno – Dukla. Jednostki słowackie wróciły na własne terytorium pod koniec września lub na początku października. Armia słowacka przyznała się do 18 zabitych, 46 rannych i 11 zaginionych.

[2] Nie można go mylić ze Stanisławem Szałankiewiczem, późniejszym księdzem z zakonu franciszkanów, urodzonym w 1910 r. w Mymoniu, a zmarłym w 1979 r.

[3] Wg: Gajewski Benedykt, op. cit., s. 85-86. O mobilizacji Kazimierza Żółkiewicza poinformował Jan Kornasiewicz z Mymonia (wywiad z Janem Kornasiewiczem, przeprowadzony 8 marca 2011 r. przez Justynę Suwałę).

[4] Ukraińcy z euforią i pompą witali Niemców, jako oswobodzicieli. Tak to opisał Józef Zajączkowski: Jak żem to uwidział, to aż mnie drgawki przeszły, taka radość od nich biła, taki szum, ruch, śpiewy, dziękowanie Bogu i Niemcom. (Podaję za: Banek Stanisław, op. cit., s. 148.). Bardziej złożony, wręcz ambiwalentny, był stosunek Ukraińców do Rosji Sowieckiej, która wszak w latach 30. zgotowała ich krajowi straszny głód.

[5] Myczkowski Lesław, op. cit., s. 47-52.

[6] Oto jedna z relacji: (…) przyszli do Ukraińca, a zapadał wieczór. Ładnie poprosili, aby dał im jakiś nocleg. Ukrainiec zgodził się niechętnie, pokazując im szopę i słomę, na której mieli spać. Poszedł [Wróbel], ale coś jakby wyczuwał złego w zachowaniu Ukraińca i podzielił się tymi obawami ze swoim kolegą. Rada w radę postanowili oderwać dołem którąś z desek i położyć się obok tej deski. W nocy obudziły ich jakieś odgłosy, szybko odchylili oderwaną deskę i po cichu uciekli. Będąc już daleko, widzieli światło pomiędzy deskami w szopie, później odchylanie deski i penetrowanie wokół szopy. Tak dzięki przeczuciu (…) uratowali życie, bowiem już nigdzie więcej u nikogo nie zatrzymywali się, aż w domu. Inni opowiadali, że śpiąc też w szopie, wyleźli potem na pięterko, które tam było, zmieniając miejsce spania pokazane przez gospodarza. W nocy przyszli Ukraińcy i szukali ich w poprzednim miejscu w słomie. Przebijali szablą i widłami raz koło razu, ale ich już tam nie było. (Podaję za: Banek Stanisław, op. cit., s. 147-148.).

[7] Wywiad z Marią Zielonką (przeprowadzony przez Anetę Wronę) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 22.

[8] Wywiad ze Stanisławą i Janem Kasperkowiczami (przeprowadzony przez Annę Kasperkowicz) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 25.

[9] Jako ciekawostkę można podać, że w tej dywizji służył Wego Czang, syn Czang Kaj-szeka, od 1925 r. – przewodniczącego Kuomintangu po śmierci Sun Jat-sena, od 1949 – prezydenta Republiki Chińskiej na Tajwanie.

[10] Egbert Martin Picker zakończył wojnę w stopniu generała (Generalleutnant), zmarł 27 marca 1960 w Ingolstadt w wieku 65 lat.

[11] Kukurowski Paweł, Wrzesień 1939 roku w Beskidzie Niskim w oczach żołnierzy niemieckich. „Magury” 2009. We wspomnieniach niemieckiego żołnierza ważniejsze są problemy obozowe i zwycięskie ataki; „drobnym incydentem” było zapewne – po wejściu do Beska – zabicie 22 beszczan 10 września.

[12] Relacje godzinowe wejścia Niemców są sprzeczne – obejmują czas od godziny 16 do 19. Najprawdopodobniej pierwszy oddział wszedł do Beska ok. godz. 17, raniąc jednego z nielicznych już wycofujących się żołnierzy polskich; reszta grupy „Geiger” dokonała translokacji z pobliskiego Rymanowa w ciągu kilku godzin. Ok. godz. 18.00 grupa pościgowa wjeżdżała już do Zarszyna (rzecz jasna, nie chodzi o sam czas przejazdu, ale jego militarne ubezpieczenie i rozpoznanie terenu)

[13] Dalsza droga kolumny południowej wiodła przez Sanok (10 września) do Ustrzyk Dolnych. Obie kolumny miały się spotkać w Chyrowie.

[14] Nie będąc zawodowym historykiem, nie zajmuję oficjalnego stanowiska (choć zaznaczam swoje zdanie), skupiając się przede wszystkim na udokumentowanych świadectwach, pomijając zaś opinie, wynikłe często z różnych uprzedzeń. Badając przeprowadzone wywiady dot. wojny i okupacji, rzuca się w oczy duża rozbieżność faktów, nazwisk, dat i miejsc. Jest to wytłumaczalne – pamięć odległych lat jest zwykle selektywna i anegdotyczna, skupiamy się na osobistych, ważnych dla siebie przeżyciach, nie zwracając uwagi na historyczny obiektywizm i faktografię. A odnośnie wydarzeń z 10 września wydaje się, że jedynym wyjściem byłoby przekazanie wyjaśnienia całej sprawy historykom z Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie (Biuro Edukacji Publicznej), niezależnym w swoich osądach historycznych [Z.B.]

[15] Hargreaves Richard, Blitzkrieg w Polsce. Wrzesień 1939. Tłum. Stanisław Belind. Wydawnictwo „Bellona”, Warszawa 2009, s. 267.

[16] Cyran Czesław, Rachwał Antoni, Eksterminacja ludności na Sanocczyźnie w latach 1939-1944. „Rocznik Sanocki”. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979, s. 34.

 

[17] Staruchowicz Zbigniew, Besko 10 września 1939. Podkarpacie, 6 IX 1984, nr 36/714, s. 5 (wyjątki artykułu). Podaję za: Gajewski Benedykt, op. cit., s. 102-105. Pewna część podanych nazwisk jest błędna, innym przypisano błędne imiona.

[18] Adamski Jerzy, Dekanat jaćmierski [w:] Kościół katolicki w brzozowskiem i sanockiem. Brzozów-Przemyśl 1992, s. 143-144. Podaję za: Gajewski Benedykt, op. cit., s. 102-105. Relacja jest niemal dosłownym powtórzeniem z artykułu C. Cyrana i A. Rachwała. W spisie zamordowanych nie występuje Andrzej Iżyk, zmieniono także imię syna Antoniego Kopiny (Jan); natomiast dodano Stefana Romańczuka, który nie występuje w żadnych innych relacjach.

[19] Jarosz Marian, Księga poległych, pomordowanych i zmarłych na polu chwały mieszkańców ziemi sanockiej 1939-1944-1948. Sanok 1998, s. 69.

[20] Relacja Józefa Kornasiewicza. Podaję za: Gajewski Benedykt, op. cit., s. 108.

[21] Madajczyk Czesław, Hitlerowski terror na wsi polskiej 1939-1945. Warszawa 1965, s. 129.

[22] W pełnym składzie niemiecka 1 Dywizja Górska liczyła 14.000 ludzi, 6.300 zwierząt, 1.400 pojazdów, 500 karabinów maszynowych, 30 dział piechoty, 39 dział przeciwpancernych, 48 lekkich i ciężkich dział. Na swoim wyposażeniu nie posiadała pułków pancernych, nieprzydatnych w górskim terenie.

[23] Mikosz Jan, ks., op. cit.

[24] Nachrichten Gruppen – oddziały tworzone przez Wehrmacht co kilka kilometrów w terenie zajętym; ich celem było zabezpieczenie i utrzymanie łączności z poszczególnymi wojskowymi jednostkami.

[25] Zeznanie Komisji ds. historii ZBOWiD w składzie: Julian Rudak, Władysław Pruchniak, Mieczysław Granatowski (badanie zbrodni hitlerowskich). Podaję za: Gajewski Benedykt, op. cit., s. 107-108.

[26] Chmielewski Tadeusz, Znamiona terroru hitlerowskiego w dniu 9 września 1939 na linii Besko-Sanok. Archiwum Ziemi Sanockiej, Sanok 2007, s. 13.

[27] Potocki Andrzej, W dolinie górnego Wisłoka i od Rymanowa do Jaślisk i Dukli. Oficyna Wydawnicza „Apla”, Krosno 2003, s. 46-47.

[28] Relacja Bolesława Decowskiego. Podaję za: Gajewski Benedykt, op. cit., s. 108.

[29] Wywiad z Józefem Kwiatkowskim (przeprowadzony przez Justynę Sobotę) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 67-68.

[30] Hargreaves Richard, op. cit., s. 266.

[31] Wywiad ze Stanisławą Szałankiewicz (przeprowadzony przez Joannę Szyndler) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 6.

[32] Wywiad z Wandą Śliwką (przeprowadzony przez Magdalenę Dudę) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 10.

[33] Wywiad ze Stanisławą i Janem Kasperkowiczami (przeprowadzony przez Annę Kasperkowicz) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 25.

[34] Wywiad z Józefem Szybką (przeprowadzony przez Marię Szybkę) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 33.

[35] Stanisław Banek daje dodatkowe informacje dot. lokalizacji miejsc, podając obecne domy i ich mieszkańców, ale pominięto te szczegóły. Ponadto dokonano drobnych korekt stylistycznych, dodając, gdzie trzeba, wyrazy (w nawiasie kwadratowym). Zachowano charakterystyczny mówiony styl wypowiedzi. Podana lista 22 zamordowanych jest, wg mnie, najbardziej wiarygodna, bez błędnych nazwisk (w tym ich pisowni) (Banek Stanisław, op. cit., s. 152-156.).

[36] Masakra ta – jak się wydaje – przestała już dzielić mieszkańców. Na cerkwisku, przy mogile pomordowanych, corocznie od 2006 r. odbywa się wspólne rzymsko- i greckokatolickie nabożeństwo, po którym przybyli z Ukrainy często zapraszani są do polskich rodzin (ale jeszcze w latach 70., gdy Antoni Folcik, ówczesny sołtys Beska, przedstawił projekt budowy pomnika w hołdzie ofiarom tego mordu, spotkał się ze zdecydowanym sprzeciwem…).

[37] Jako ciekawostkę warto podać, że kierownictwo III Rzeszy – wobec ociągania się ZSRR z przyrzeczoną obietnicą agresji na Polskę – rozważało 12 września plan rozpoczęcia siłami OUN krwawej antypolskiej rebelii, która w planie Adolfa Hitlera miała doprowadzić do kontrataku Polaków, a ostatecznie do wymordowania polskiego ziemiaństwa rękami ukraińskimi w polsko-ukraińskiej wojnie domowej. 15 września Wilhelm Canaris udzielił Andrijowi Melnykowi warunkowej zgody na rozpoczęcie antypolskiego powstania. 17 września, z chwilą agresji ZSRR na Polskę, zgoda niemiecka przestała być aktualna.

[38] Myczkowski Lesław, op. cit., s. 50-51.

[39] W niemieckiej żandarmerii policyjnej stacjonującej w GG podstawową jednostkę stanowił posterunek (Gendarmerie-posten). Na obszarze powiatu (Kreis) posterunki tworzyły pluton (Zug). Dowódcą plutonu był inspektor żandarmerii, stacjonujący w starostwie. Starosta (Kreishauptmann) był upoważniony do wydawania poleceń (tzw. Weisungsrecht) żandarmerii stacjonującej na terenie jego powiatu

[40] Myczkowski Lesław, op. cit., s. 58-59.

[41] Tamże, s. 62.

[42] Wraz z Niemcami we wrześniu 1939 r. na teren Polski wkroczył Legion Ukraiński, dowodzony przez Romana Suszkę, pod politycznym kierownictwem OUN. Oddział ten, podzielony na mniejsze jednostki przydzielone do Wehrmachtu, nie biorąc udziału w walkach, po 17 września został definitywnie wycofany na tyły.

[43] Myczkowski Lesław, op. cit., s. 68. Wśród tych, którzy w jesieni 1939 r. dobrowolnie wyjechali do pracy w Niemczech, był ów młody pastuch, mimowolny sprawca masakry 10 września. Ogółem w latach wojny do Niemiec wyjechało „na roboty” (głównie pod przymusem) ok. 200 osób, tak Polaków, jak Ukraińców.

[44] Wywiad ze Stanisławą i Janem Kasperkowiczami (przeprowadzony przez Annę Kasperkowicz) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 27.

[45] Do dziś na stokach Kamienia 857 m w Beskidzie Niskim k. Jaślisk istnieją pozarastane tzw. „spirytusowe drogi”, dawne ścieżki przemytnicze, którymi transportowano bez cła alkohol i tytoń (stąd niektóre szlaki, głównie w Beskidach Zachodnich, zwano „tabakowymi ścieżkami”).

[46] Chodzi oczywiście o Aleksandra Rybickiego (1903-1983), znanego sanockiego historyka, etnografa, muzeologa, kolekcjonera dzieł sztuki i opiekuna zabytków, twórcę i pierwszego dyrektora Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. W czasie wojny, jako żołnierz AK ps. „Jacek”, kierował placówką przerzutową „Bronisława” w Sanoku. Był również aktywnym kurierem, a następnie łącznikiem Rządu Emigracyjnego z krajem. Aresztowany przez NKWD w 1945, spędził 10 lat w sowieckich łagrach w okolicach Workuty. Z zesłania powrócił dopiero w 1955. Wspominał o nim także twórca innej trasy łącznikowej „Jaga”, słynny kurier z Zarszyna, Jan Łożański ps. „Orzeł”, który 45 razy pokonał trasę z Warszawy na Węgry i sześciokrotnie był aresztowany, w tym dwa razy przez Gestapo (Łożański Jan, Kurierskim szlakiem po Beskidzie Niskim. Wydawnictwo – Muzeum Regionalne PTTK w Brzozowie. Brzozów 1989, s. 37-59.). Po zakończeniu wojny głównym zadaniem kurierskim „Orła” było wyprowadzanie z Polski osób zagrożonych aresztowaniem i rodzin oficerów PSZ na Zachodzie. Ponownie został aresztowany 17 lipca 1947 r w Cieszynie przez funkcjonariuszy UB w Krakowie. Po ciężkim śledztwie w osławionym X Pawilonie 18 marca 1948 r. został skazany przez Rejonowy Sąd Wojskowy w Warszawie na 15 lat więzienia oraz utratę praw obywatelskich i honorowych na 10 lat. Od jesieni 1948 r. aż do amnestii w sierpniu 1956 r. przebywał w jednym z najcięższych więzień we Wronkach. Podczas pobytu w więzieniu nawiązał kontakt z Władysławą Litwin z Sanoka i w tym mieście zamieszkał po wyjściu z więzienia.

[47] Myczkowski Lesław, op. cit., s. 71.

[48] Zachowywał się bardzo arogancko, szczególnie w stosunku do Polaków. Chodząc po wsi z plikiem druków, za każde drobne uchybienie, wpisywał kogoś na przymusowe roboty do Niemiec, krzycząc: Pojedesz na zełene (czyli „do Niemiec”, tak określanych przez niego od szarozielonych mundurów feldgrau).

[49] Dziś trudno to ustalić, każde źródło podaje inną liczbę. Jedynym, częściowo weryfikowanym sposobem byłaby kwerenda w archiwach muzeum oświęcimskiego. Wg świadectwa Jana Kornasiewicza (ur. w 1924 r.) nikt z Mymonia nie został wywieziony do obozu koncentracyjnego (wywiad z Janem Kornasiewiczem, przeprowadzony 8 marca 2011 r. przez Justynę Suwałę).

[50] Podaję ten fakt za S. Bankiem (Banek Stanisław, op. cit., s. 180.). Zachodzi tu jednak pewna nieścisłość – Wiernusz Marian i Antonina przybyli do Beska w 1945 r. z Ustianowej (wtedy na Ukrainie) w ramach przesiedleń. Być może istniał w Besku ktoś o takim lub podobnym nazwisku.

[51] Duża część Austriaków zupełnie inaczej postrzegała Polaków niż Niemcy. Jan Łożański w swoich kurierskich wspomnieniach pisze o poprawnym zachowaniu austriackich żołnierzy Wehrmachtu, ciągle podkreślających swe przymusowe wcielenie do armii i sentyment do dawnej monarchii, obejmującej także Galicję (Kurierskim szlakiem po Beskidzie Niskim. Wydawnictwo – Muzeum Regionalne PTTK w Brzozowie. Brzozów 1989, s. 40.). Pamiętany w Sanoku jest były żandarm austriacki, Wilhelm Krebs, uchodzący w oczach Niemców za lojalnego wobec III Rzeszy; w rzeczywistości był informatorem ZWZ-AK.

[52] Relacja Mariana Depy (Podaję za: Banek Stanisław, op. cit., s. 166.).

[53] Relacja Stanisławy K. (Podaję za: Banek Stanisław, op. cit., s. 166.).

[54] Wywiad z Barbarą i Zygmuntem Wolańskimi (przeprowadzony przez Wojciecha Grzywacza) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 39-40.

[55] Brygidyn Andrzej, op. cit., s. 183. O Rudolfie Probście z Zarszyna (ps. „Świt”, „Weksler”), pracowniku gestapo i zarazem jednym z najlepszych agentów AK i jego niezwykłej pełnej dramatyzmu walce na „cichym froncie”, przy której bledną wyczyny „kapitana Klossa” (dzięki jego pracy uratowano dziesiątki osób związanych z polskim ruchem oporu), warto przeczytać choćby we wspomnianej książce Andrzeja Brygidyna. Poniżej krótka notka informacyjna:

Rudolf Probst (ps. „Świt”, „Weksler”, „Zygmunt Panek” – ur. 23 marca 1923 r. w Zarszynie; żołnierz ZWZ-AK (OP-23), polski obywatel pochodzenia niemieckiego, łącznik i kolporter, od listopada 1943 r. tłumacz Sicherheistpolizei w Sanoku. Uczestnik akcji „Burza” w powiecie sanockim. Ukończył Gimnazjum Męskie im. Królowej Zofii w Sanoku. Po wybuchu II wojny świat. pracował w miejscowym tartaku, gdzie jego ojciec był kierownikiem zmiany. Do 1943 r. był łącznikiem i kolporterem prasy konspiracyjnej (misje do Stryja i Stanisławowa). W domu Probstów, dzięki podpisaniu niemieckiej listy narodowościowej, można było słuchać audycji radiowych, dom był również miejscem spotkań konspiracyjnej ZWZ. W maja 1943 r. nawiązał kontakt z komendantem obwodu AK Adamem Winogrodzkim w majątku Oskara Schmidta w Besku. Został następnie zaprzysiężony i wyznaczony do pełnienia funkcji agenta w siedzibie sanockiego Gestapo. Jako członek konspiracji pełnił rolę „wtyczki”, przekazując informacje o zagrożeniach, zabezpieczał organizację przed infiltracją donosicieli, zdrajcami i konfidentami. W Gestapo podjął pracę w listopadzie 1943 r., pełniąc służbę w randze kaprala jako tłumacz korespondencji, donosów, pism, oraz przesłuchań w placówce kierowanej przez SS-Obersturmführera Karla Luxa przy Bergstrasse 5 w Sanoku (dzisiaj: ul. Kazimierza Wielkiego – warto nadmienić, że po wojnie w domu tym w nocy z 27 na 28 marca 1947 r. swoją ostatnią noc spędził gen. Karol Świerczewski przed wyjazdem na inspekcję w Bieszczady). Probst obsługiwał m.in. telefony i odbierał informacje z dalekopisu. Sanocka placówka gestapo, ze względu na położenie w strefie przygranicznej, miała bezpośrednie połączenie z Berlinem. W maju i czerwcu 1944 r. tuż przed zbliżającym się sowieckim frontem był jednym z konwojentów sanockiego archiwum podczas ewakuacji placówki gestapo do Tarnowa. Dzięki jego pracy uratowano dziesiątki osób związanych z polskim ruchem oporu. Nie wiadomo, czy Rudolf Probst pełnił jakieś samodzielne zadania na terenie placówki sanockiego gestapo, czy mógł być tylko przykrywką dla działalności innych. (W okresie tym urząd powiatowego radcy szkolnego – Kreisschulrata w Sanoku sprawował inny Niemiec Willy Huber, który ostrzegał polska młodzież gimnazjalną, zaangażowaną w działalność ZWZ-AK przed spodziewanymi obławami rzeszowskiego gestapo). Probst rozpracował oraz przekazał polskiemu podziemiu całą gestapowską placówkę oraz listę osób rozpracowujących polski ruch oporu m.in. dane dotyczące Johana Lindego, Alfreda Hoenecke, Johana Bertholda Backera, Ottona Kratzmana, Ottona Grossa, Ottona Haferkorna, Adolfa Müllera, Karla Seifrieda, Maxa Lescha, Edwarda Fuchsla, Heinricha Wienbuda, Lwa Humeniuka i Hansa Quambuscha. Jego brat, żołnierz podziemia antykomunistycznego, został zabity w czasie akcji przez funkcjonariuszy UB. Po wojnie Rodolf Probst ukończył studia na wydziale biologicznym Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Był nauczycielem biologii oraz pełnił funkcje dyrektora szkolnego w Radzyniu Podlaskim. (na podstawie Wikipedii).

[56] Wywiad z Józefem Kwiatkowskim (przeprowadzony przez Justynę Sobotę) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 66.

[57] Myczkowski Lesław, op. cit., s. 64-65.

[58] Spotykane w różnych źródłach i ustnych relacjach informacje o licznych Żydach mieszkających w Besku oraz o ich wywózce i rozstrzelaniu w lesie Błudna k. Barwinka nie są zgodne z prawdą; we wsi w chwili rozpoczęcia wojny mogło przebywać lub mieszkać najwyżej kilkunastu Żydów (z których część, z chwilą rozpoczęcia wojny, uciekła na wschód). Wg Janusza Koniecznego (Społeczność żydowska…, „Rocznik Sanocki”, nr 34, 1998) w latach 1937-1939 w Jaćmierzu było 30 Żydów, w Posadzie Jaćmierskiej – 20, w Nowosielcach – 30, w Posadzie Zarszyńskiej – 15, W Pielni i Markowcach – 8. Brak jest natomiast jakichkolwiek danych z Beska. Powtarzane relacje stanowią być może wspomnienie obrazu Żydów pracujących w kamieniołomie, dowożonych tutaj m. in. z Rymanowa.

[59] Relacja Katarzyny S. (Podaję za: Banek Stanisław, op. cit., s. 169.).

[60] Wywiad ze Stanisławą Szałankiewicz (przeprowadzony przez Joannę Szyndler) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 6.

[61] Gajewski Benedykt, op. cit., s. 111. Prowadzące do kamieniołomu tory i bocznicę rozebrano dopiero po wojnie.

[62] Podaję za: Myczkowski Lesław, op. cit., s. 28-29. Warto wiedzieć, że w pobliskim Jaćmierzu rodzina Wolańskich, narażając własne życie, uratowała aż dziewięcioro Żydów.

[63] Niezwykle rzadko spotykane imię Łucjan to wariant częściej nadawanego imienia Lucjan; oba notowane od średniowiecza (1242 Łucyjan, Lucyjan).

[64] Kilka lat temu Wiesław Zubik (zięć Jana Szafrana) podjął starania, by Jan Szafran, wraz z rodziną Polańskich, zostali uhonorowani tytułem „Sprawiedliwy śród Narodów Świata” przez Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem w Jerozolimie, niestety, z braku źródeł, sprawa jest ciągle otwarta. Rodzina Szafranów i Polańskich doczekała się jedynie wzmianki w książce Władysława Bartoszewskiego (Ten jest z Ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939-1945 – oprac. wspólnie z Zofią Lewinówną, Wydawnictwo „Znak”, Kraków 1969).

[65] O działalności Jana Szafrana i rodziny Polańskich – na podstawie informacji uzyskanych od Krystyny Szajny z Bzianki (wywiad został przeprowadzony 10 marca 2011 r. przez Monikę Biernacką).

[66] Dziwne jest to, że w żadnym z dotychczasowych opracowań nie ma o tej gehennie najmniejszej wzmianki; nie wspomina o niej ani Kronika parafii Besko, ani Lesław Myczkowski w swoim pamiętniku, ani nawet Andrzej Potocki w swej skądinąd znakomitej książce Żydzi w Podkarpackiem (Potocki Andrzej, Żydzi w Podkarpackiem. Wydawnictwo „Libra”, Rzeszów 2004.). Mamy liczne świadectwa o zbrodniczych niemieckich działaniach wobec Żydów w okolicznych miejscowościach: w Rymanowie, Zarszynie, Jaćmierzu, Posadzie Jaćmierskiej, Trześniowie – brak tylko Beska! Właściwie pobyt i męczeństwo Żydów zostały upamiętnione jedynie w ulotnej ludzkiej pamięci. Warto, by np. historycy z IPN-u podjęli ten temat, choć być może informacji należałoby szukać w archiwach Niemiec lub Izraela.

[67] Wywiad z Józefem Kwiatkowskim (przeprowadzony przez Justynę Sobotę) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 66.

[68] Mieczysław Krężel był drugim z czterech synów Franciszka Krężla (Julian, Mieczysław, Kazimierz i Aleksander), ożenionego z siostrą wspomnianego już Wiktora Płatka, żołnierza armii austriackiej. Jego pradziadek, Wincenty, był gajowym w Besku. Po wyjeździe Franciszka do Stanów Zjednoczonych (wkrótce po nim wyjechał syn, Julian), matka sama wychowywała trzech synów. Mieczysław uczęszczał do sanockiego Gimnazjum im. Królowej Zofii. Wychowanie patriotyczne zawdzięczał domowi i szkole. Jest rozbieżność w pisowni pseudonimu Krężla – Andrzej Brygidyn w swojej książce Kryptonim „San” zarówno w tekście, jak indeksie konsekwentnie podaje „Szady”, natomiast miejscowe źródła (Banek) – „Szary”. W niniejszej publikacji podaję pseudonim za Brygidynem.

[69] Wg: Brygidyn Andrzej, op. cit., s. 79.

[70] Informacje niepewne – tylko z ogólnych ustnych relacji. Wiadomo np. że około 1941 r. Krężel roznosił tylko antyhitlerowskie ulotki, w późniejszych latach także prawdopodobnie „Przegląd Tygodniowy” – pismo sanockiego Obwodu AK.

[71] Brygidyn Andrzej, op. cit., s. 199-200.

[72] Podaję za: Gajewski Benedykt, op. cit., s. 92.

[73] Brygidyn Andrzej, op. cit., s. 225.

[74] Myczkowski Lesław, op. cit., s. 77.

[75] Brygidyn Andrzej, op. cit., s. 269.

[76] Daszkiewicz Andrzej, Ruch oporu w regionie Beskidu Niskiego 1939-1944. Warszawa 1975. Jest to jego rozprawa doktorska, obroniona w 1971 r. Prof. dr hab. Andrzej Daszkiewicz należał do prekursorów badań nad historią lat 1939-1947 regionu podkarpackiego. W latach 90. XX w. prowadził konsekwentne poszukiwania w niedostępnych wcześniej archiwach. Jako jeden z niewielu historyków dotarł do materiałów sowieckiego kontrwywiadu wojskowego „Smiersz”, publikując rezultaty swoich badań. Pozostawił po sobie bogaty dorobek naukowy – siedem monografii (m. in. Zbrojna działalność Narodowej Organizacji Wojskowej na terenie województwa rzeszowskiego po 1944 roku) oraz kilkadziesiąt artykułów, m.in. w krakowskich „Studiach Historycznych” i w warszawskim „Wojskowym Przeglądzie Historycznym”. Brał udział w konferencjach i sesjach naukowych (np. w Kongresach Historyków Wsi i Ruchu Ludowego) oraz w sympozjach Rzeszowskiego Oddziału IPN.

[77] Wywiad z Józefem Kwiatkowskim (przeprowadzony przez Justynę Sobotę) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 66.

[78] Po powojennym wysiedleniu Maria Cup osiedliła się z rodziną w Nahirnem na Ukrainie.

[79] Brygidyn Andrzej, op. cit., s. 214.

[80] Wśród mieszkających w Besku rodowitych Ukraińców nie było członków UPA; ale kilku ukraińskich beszczan, wcześniej przebywających w Związku Sowieckim, sympatyzowało z tą antypolską i zbrodniczą organizacją podziemną, być może udzielając jej pomocy (podaję za: Banek Stanisław, op. cit., s. 185.). Nie jest znany jakikolwiek Ukrainiec z Beska, który czynnie działałby w którejkolwiek sotni UPA na terenie Polski.

[81] Brygidyn Andrzej, op. cit., s. 220.

[82] Tamże, s. 220-221.

[83] Wywiad z Józefem Szybką (przeprowadzony przez Marię Szybkę) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 33.

[84] Wywiad z Barbarą i Zygmuntem Wolańskimi (przeprowadzony przez Wojciecha Grzywacza) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 41. To dosyć tajemnicza sprawa. Mówi o tym zdarzeniu tylko jedna relacja, nieznany też jest czas pobytu tej osoby w Besku – czy przybyła tu jeszcze w trakcie trwania powstania (które zakończyło się dopiero 3 października 1944 r.) czy też już po jego zakończeniu (wtedy prawdopodobnie „zajęłyby się” nią organy NKWD).

[85] W Nowosielcach, na terenie szkoły rolniczej, znajduje się pomnik 2. Czechosłowackiej Samodzielnej Brygady Powietrzno-Desantowej, dowodzonej przez płk. Vl. Przikryla. Żołnierze tej jednostki od 11 września brali udział w walkach w powiecie sanockim oraz operacji dukielsko-przeszowskiej.

[86] O całości tej operacji można przeczytać w znakomitej dokumentalnej książce Witolda Szymczyka zatytułowanej Przez „Dolinę Śmierci” i Przełęcz Dukielską, skąd zaczerpnąłem większość informacji o działaniach Armii Sowieckiej i czechosłowackiego korpusu na kierunku Rymanów – Besko.

[87] Przed regulacją koryta po I wojnie światowej Wisłok przez pewien czas miał w Besku nieco inny bieg – rzeka tworzyła zakole sięgające miejscami aż do podnóża góry Krzyż 342 m. Miejsce, gdzie Wisłok „skręcał”, nazwano właśnie „Szeroką topolą”.

[88] Jeden ze spalonych czołgów wydobyto na pocz. lat 50. ze starorzecza Wisłoka; znajdował się blisko szosy, po lewej stronie (patrząc od Beska).

[89] Myczkowski Lesław, op. cit. s. 97.

[90] Wywiad ze Stanisławą i Janem Kasperkowiczami (przeprowadzony przez Annę Kasperkowicz) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 26-27.

[91] Banek Stanisław, op. cit., s. 186. Wspomniany krzyż stoi nadal przy ul. Długiej. Inny świadek tych wydarzeń, Stanisław Ziemiański, podał, że Niemcy przewrócili krzyż i ustawili na jego miejscu działo. Po ustaniu strzelaniny przy dziale leżało na ziemi siedem trupów w niemieckich mundurach…

[92] Wywiad z Wanda Śliwką (przeprowadzony przez Magdalenę Dudę) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 9.

[93] Wywiad z Marią Zielonką (przeprowadzony przez Anetę Wronę) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 23.

[94] Wywiad ze Stanisławą Płatek (przeprowadzony przez Sabinę Stapińską) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 18. Jak widać i wśród Niemców byli zwykli ludzie, służący z przymusu, mający zwykłe ludzkie odruchy…

[95] Wywiad z Barbarą i Zygmuntem Wolańskimi (przeprowadzony przez Wojciecha Grzywacza) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 41.

[96] Kartka z osobistego pamiętnika Stanisława Kornasiewicza (przechowywanego w zbiorach rodziny Kornasiewiczów).

[97] Olejko Andrzej, Słowackie epizody z polskiego Podkarpacia. Dębica 2004. Powyższy fragment podaję za: www.swiatlocien.republika.pl, z pracy Sławomira Mermera nt. Beska (Besko – Historia, tradycja, kultura, teraźniejszość). Występuje tu drobna różnica godzinowa określająca wyzwolenie Beska.

[98] Wywiad ze Stanisławą Płatek (przeprowadzony przez Sabinę Stapińską) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 19.

[99] Wywiad z Marią Zielonką (przeprowadzony przez Anetę Wronę) – Tu moje korzenie… Zapis rozmów z mieszkańcami Beska. Praca w maszynopisie, Besko 2001, s. 23. Obecnie na beskim cmentarzu jest wydzielone miejsce, na którym znajduje się kilka krzyży i kamień z napisem: W hołdzie ofiarom I i II wojny światowej – mieszkańcy Beska. 11 listopada 1999 r.

[100] Kronika Szkoły Podstawowej w Besku.

[101] Wedle innych źródeł dużo więcej: A. Potocki podaje, że zniszczeniu uległo 136 domów (Potocki Andrzej, W dolinie górnego Wisłoka i od Rymanowa do Jaślisk i Dukli. Oficyna Wydawnicza „Apla”, Krosno 2003, s. 47.). By wyobrazić sobie ówczesne drewniane Besko, można udać się na Hrabeń i obejrzeć nieliczne już drewniane domy, stojące bokiem do drogi.

[102] Jarosz Marian, Księga poległych, pomordowanych i zmarłych na polu chwały mieszkańców ziemi sanockiej 1939-1944-1948. Sanok 1998, s. 61. Wspomniany jest także w artykule A. Brygidyna Śladami synów ziemi sanockiej – żołnierzy 6 Dywizji Piechoty (Brygidyn Andrzej, Śladami synów ziemi sanockiej – żołnierzy 6 Dywizji Piechoty [w:] „Rocznik Sanocki”, Krajowa Agencja Wydawnicza, Rzeszów 1988, s. 181.).

[103] Podaję za: Gajewski Benedykt, op. cit., s. 97-99. W miarę możności spis uzupełniono pominiętymi nazwiskami.

[104] Prawdopodobnie jednak – Roman Mikołaj.