II. 3. W zaborze austriackim – Galicja (1772-1918)

Do dawnego Księstwa Halicko-Włodzimierskiego Austria rościła sobie urojone prawa, tłumacząc, że w XIII w. księstwo to było pod władzą Węgrów i to dawała Habsburgom prawo do aneksji tych ziem.

Objęcie władzy przez Austrię przebiegało – zwłaszcza w większych miejscowościach – w sposób uroczysty; przy dźwięku trąb i bębnów, a czasem nawet huku armat odczytywano patent cesarski o przejęciu władzy w ręce austriackie, odprawiano uroczyste nabożeństwa i urządzano festyny ludowe, w trakcie których rozrzucano wśród tłumu drobne monety. Polskiego orła zastąpił dwugłowy orzeł cesarski.

Już w 1772 r., zaraz po zajęciu Beska przez władze austriackie, Jerzy August Wandalin Mniszech zamienił swe dukielskie posiadłości na dziedziczne dobra Szumina, pozostawiając sobie jedynie Sanok i zamek. Cztery lata później, w 1776 r. wszedł w skład Rady Nieustającej. W rodzinnej Dukli gospodarowały wojska zaborcze, które nie tylko na terenie pałacu urządziły koszary, ale także 20 września 1772 r. rozbroiły magnackich dragonów, wcielając ich do swych oddziałów.

Zamieszkujący ten teren polski i ruski lud być może nawet nie zauważył, że zmieniło się wszystko – niepodległość, władza lokalna, obowiązkowy język… Jak dawniej wychodził w pole, do lasu i na pastwiska, dostarczał w podatkach i w naturze władzy tego, czego od niego wymagano. Brak oczynszowania, wyniszczająca pańszczyzna, długotrwałe wojny, epidemie, głód i zimy oraz notoryczne rozdrabnianie gospodarstw przyczyniły się do znacznego upadku gospodarczego ziemi sanockiej. Chłop, mając świadomość wyrządzanych mu krzywd, nie wiedział, jak na nie odpowiedzieć (zresztą w ówczesnych warunkach administracyjno-sądowych było to praktycznie niemożliwe). Reagował więc na ślepo – pijaństwem, zbiegostwem, beskidnictwem, wreszcie emigracją…

 

Warunki mieszkaniowe chłopstwa galicyjskiego 1. poł. XIX w. nie odbiegały swym standardem od peryferyjnych, górskich rejonów rozległego Cesarstwa Austriackiego czy Rosji. Drewniane chaty budowano na zrąb (nieraz węgły wystawały nawet 30-50 cm poza ścianę), pokrywano strzechą; były prawie zawsze kurne, o małych okienkach przysłoniętych błonami. Pierwsze kominy, odprowadzające dym z paleniska, zaczęto montować dopiero w latach 70. XIX w. Do części mieszkalnej przylegała obora, stajnia i boisko. W izbie mieszkalnej (czarnej) olbrzymią przestrzeń zajmował piec z paleniskiem, którego nalepa była tak obszerna, że mogło na niej w cieple spać kilkoro ludzi. Na tzw. zapiecku (odstępie między piecem a ścianą) sypiały zwykle dzieci. Izbę oświetlano smolnymi szczapami; na lampy naftowe trzeba było czekać do końca XIX w. W pomieszczeniu tym skupiało się całe życie wielodzietnej zwykle rodziny, żyjącej w zimie wespół z kurami, królikami, cielętami i kozami; izba biała była najczęściej niewykorzystana, służyła za magazyn i skład. Uchodzący przez strzechę dym, przemieszany z odorem bydła, odchodów i zapachem przechowywanych wiktuałów, czyniły atmosferę trudną do zniesienia dla dzisiejszych ludzi.

Galicja przez wieki była regionem typowo rolniczym; zamieszkująca wsie ludność – polska, ruska, niemiecka czy wołoska – utrzymuje się z płodów ziemi, indywidualnej, niskotowarowej hodowli i pasterstwa, nękana podatkami i uzależniona od warunków atmosferycznych i sił natury (wylewy rzek). Prymitywne warunki bytowania pogłębiane były jeszcze przez występujące klęski żywiołowe (odnotowane licznie przez Kronikę parafii Besko).

Każdy skrawek ziemi obok chaty wykorzystywano pod uprawę podstawowych warzyw; drzew owocowych niemal nie sadzono – wprowadzono je dopiero za czasów austriackich. A pomimo to głód był wszechobecny; piekąc chleb, mieszano niewielką część mąki z kapustą, bobem, grochem czy borówkami, często zresztą zastępowano go przaśnymi plackami. Przednówek był najcięższym okresem – nie wahano się sięgnąć po zgniłe ziemniak, makuchy po wytłoczonym lnianym i konopnym siemieniu, otręby, plewy, lebiodę, perz (z którego wyrabiano mąkę), pokrzywy, liście młodych buraków i kapusty, a nawet żołędzie. Określenie: „bieda galicyjska”, choć pochodzące z późniejszych czasów, nie wzięło się z niczego.

 

W pierwszych latach pod zaborem austriackim, za panowania Marii Teresy i Józefa II, przez polską wieś przeszła fala emigracji niemiecko-austriackiej. I w Besku osiedlili się wtedy ludzie o niemiecko brzmiących nazwiskach – w pierwszej księdze metrykalnej mamy takie nazwiska, jak Lorencka (od Lorentz, 1787), Gerlicka (dziś: Gierlicka, 1787), Szul (1790), Kilar (dziś: Kilar i Kielar, 1793), Hialberg (1795), Putter (1797) itp. Ale mamy także nazwiska węgierskie: Nagay (1798) i Bacza (1798). Niewątpliwie nazwiskiem żydowskim jest natomiast Moisiewicz (1799), który musiał być przechrztą.

 

Rząd austriacki zniósł dawny podział administracyjny (województwa, powiaty, ziemie), wprowadzając własną administrację terenową.

Już w grudniu 1773 r. Galicja została podzielona na sześć cyrkułów (obwodów) i 59 dystryktów (niem. Kreisdistricten), czyli okręgów. Sanok był okręgiem należącym do cyrkułu Sambor (1773-1775). Podział taki ułatwił szybkie administracyjne wchłonięcie Galicji i Lodomerii, ale na dłuższą metę okazał się zbyt drogi w utrzymaniu. Początkowo, 14 marca 1775 r., zmniejszono ilość okręgów do 19 – ranga Sanoka gwałtownie spadła, gdyż podporządkowano go do okręgu Lesko w cyrkule samborskim (1775-1782). Ten stan rzeczy utrzymał się do 22 marca 1782 r. Gubernię lwowską podzielono wtedy na 18 cyrkułów – i ten podział przetrwał prawie bez zmian do lat 60. XIX wieku. Od tego roku Sanok stał się jednostką wyższego rzędu – samodzielnym cyrkułem. Od samego początku Besko, niezależnie od przynależności administracyjnej Sanoka, należało do okręgu lub cyrkułu sanockiego. W 1866 r. władze austriackie zlikwidowały cyrkuły, tworząc na to miejsce 79 powiatów i gmin wiejskich. Gminą taką stało się również Besko.

 

Tworząc w Sanoku oddzielny okręg, a później cyrkuł, władze austriackie ordynacją sądową z 1775 r. umożliwiły chłopom dostęp do urzędów i sądów państwowych. Po raz pierwszy chłop miał – przynajmniej teoretycznie – szansę złożyć skargę na swego pana, co do tej pory było raczej nie do pomyślenia. Inny ukaz cesarski zakazywał właścicielom dworskim karać poddanych grzywnami, zniesiono także obowiązek nabywania od dworu towarów (m. in. soli, śledzi, wódki, piwa), po cenach ustalanych przez dwór. W urzędach i szkołach zaprowadzono język niemiecki. Ograniczono w ten sposób znacznie samowolę prawniczą szlachty wobec poddanych. Ale tradycje szlacheckich samosądów pozostały – pamięć mieszkańców Beska, Zarszyna i Długiego przechowała historię o starej, polnej drodze biegnącej za Zapowiedzią w kierunku Zarszyna. Miały przy niej rosnąć duże wierzby, na których wieszano opornych chłopów… Być może odległym echem tej historii jest wspomniany już legendarny przekaz o szubienicy, znajdującej się obecnie w miejscu krzyża rozdzielającego pola beskie i zarszyńskie przy drodze głównej.

Józef II ograniczył też (patentem z roku 1782) osobiste poddaństwo chłopów, nadal jednak pozostawiając ich pod władzą dziedzica; mieszkańcy wsi zostali też poddani obowiązkowi służby wojskowej, czego za Rzeczypospolitej nie praktykowano. Od 1784 r. wieś miała prawo wyboru wójta, mianowanego przez pana na trzy lata. Urzędnika tego wybierano spośród trzech kandydatów zgłoszonych przez chłopów i przysiężnych, a wybieranych przez gromadę w liczbie dwóch na każde 50 chałup. Wójt był wykonawcą wszelkich rozporządzeń dworu oraz asystował przy czynnościach sądowych (jako mandatariusz i sędzia policyjny). Nie znamy pierwszych wójtów z Beska, pojawiają się oni dopiero w 2. poł. XIX w.

Ówczesny dwór, tzw. dominium, został przypisany państwu, jako instytucja urzędowa pierwszej instancji. Ale ziemia, która od 1 listopada 1786 r. była w użytkowaniu chłopa, nie mogła być włączona do folwarku, bez zgody tegoż chłopa i to złożonej w sądzie obwodowym. Chłopi otrzymali od cesarza dziedziczne prawo użytkowania uprawianych gruntów, nie mogli ich jednak sprzedawać.[1]

Zastąpienie prawa polskiego prawem austriackim doprowadziło w Galicji do założonego przez Austrię ograniczenia przywilejów szlachty, a tym samym pewnej poprawy położenia chłopów. Słabość miast galicyjskich sprawiła, że nie mieszczaństwo (które tu nie było znaczącą siłą społeczną), ale rodząca się inteligencja stała się przeciwwagą dla elity arystokratyczno-ziemiańskiej. Ingerencja urzędników cesarskich w stosunki między właścicielem a chłopem miała na celu oczywiście nie tyle poprawę doli włościan, ile zwiększenie dochodów skarbu państwa przez sprawniejsze ściąganie podatków. Chłopi, którzy byli do tej pory – naprawdę lub wg swego przekonania – wykorzystywani i oszukiwani przez szlachtę, w cesarskich urzędnikach, zawsze chętnie wysłuchujących ich skarg, zaczęli upatrywać swych prawdziwych obrońców. Przychodzące na wieś za pośrednictwem urzędników cesarskie rozporządzenia przekonywały, że Najjaśniejszy Cesarz pamięta o swych chłopskich poddanych. Chłopi rozumieli także, że na świecie jest ktoś ważniejszy niż właściciel wsi[2]. Wszystko to przygotowywało grunt pod późniejsze wypadki dziejowe: rabację chłopską, uwłaszczenie i wreszcie wybór chłopskich delegatów do parlamentów – krajowego (we Lwowie) i państwowego (w Wiedniu).

 

Przejmując skarb polski i włączając go do swego budżetu, Austria natychmiast wprowadziła swoją administrację i walutę, przeliczając 4 złp na 1 gulden austriacki (czyli 1 zł reński). Podniesiono też podatki, płacone już w nowej walucie. W 1815 r. z okręgu sanockiego (a więc i z Beska) odprowadzono ponad 250 tys. guldenów (z czego dwory zapłaciły 154059 złr zaś chłopi 113629 złr). Podatek pogłówny w srebrze w wysokości pół guldena (30 krajcarów) zapłacili wszyscy obywatele powyżej 15. roku życia. Wkrótce z Galicji do kasy cesarskiej wpłynęło 5 mln guldenów zebranych z podatków. Rząd austriacki nie rezygnował także z dostaw w naturze – w 1816 r. ściągnął z cyrkułu sanockiego 1487 miar pszenicy, 8028 miar żyta, 8624 miar owsa. Równocześnie wprowadzono inne podatki (drogowy, klasyczny).[3]

 

Księgi metrykalne, założone na polecenie władz austriackich, notują odtąd szczegółowo chrzty, śluby i pogrzeby. Obok nich istnieją kroniki kościelne, noszące różne (choć podobne) nazwy. Nie wiadomo, czy pierwsi proboszczowie (Urbański, Kwiatkowski) pisali kronikę parafialną. Wiemy, że swoją kronikę parafialną pozostawił po sobie ks. Flaiszman (Fleischmann), lecz jakaś jej część spłonęła w pożarze plebanii w 1915 r. Prawdopodobnie jakąś swą kronikę pozostawił następny proboszcz, ks. Stankiewicz. Na pewno pisał kronikę parafialną ks. Witko – liczyła ok. stu stron; uległa spaleniu w 1944 r. Obecna Kronika parafii Besko, wykorzystująca stare źródła, a na pewno jakieś niezniszczone fragmenty innych kronik (liczne cytaty, ujęte w cudzysłów oraz przytoczone słowa z kroniki ks. Flaiszmana), zaczęła powstawać w latach 60. XX w. Jej autorem był ówczesny proboszcz, ks. Jan Mikosz.[4] Otwiera ją informacja o pierwszym kościele w Besku z 1594 r. oraz o wybudowaniu nowego kościoła w 1755 r.

Z tego też okresu mamy w Księgach metrykalnych regularnie zapisywane imiona i nazwiska ochrzczonych dzieci, chrzestnych, małżonków, zmarłych. Pod rokiem 1787 podane są m. in. imiona i nazwiska beszczan: Sebastiana Kijowskiego, Leona Świątka, Katriny Leszczyńskiej, Walentego Borkowskiego, Kanaski Gierlickiej, Paulusa Suwały, Joachimesy Czaporki, Doroty Szałankiewicz, Żółkiewicza, Kwiatkowskiej i in.[5] Założycielem pierwszej księgi metrykalnej był najprawdopodobniej ówczesny proboszcz, Szymon Urbański (zapisany w księdze metrykalnej jako ks. Siemion de Urbański), brat pierwszego właściciela wsi; niestety, pierwotne księgi nie zachowały się w całości do dnia dzisiejszego.

W Besku poza poddanymi folwarcznymi i szlacheckimi, byli również poddani plebańscy, których obowiązywał jeden lub dwa półdzionki w tygodniu; w 1795 r. byli to m. in.: Sebastian Bochen, Michał Ciepły, Kazimierz Czapek, Wojciech Jolta (Jołta?), Jakub Jurczyk, Szczepan Juszczyk, Janosz Kapłon, Jeśko Małysz, Wawrzyniec Marcinkowski, Michał Nogaj, Michał Skubel, Jan Szul, Jan Szypka (Szybka?), Walenty Urbanik, Paweł Worończak, Kazimierz Zwoleński (Wolański?)…

 

Mamy też dokładne dane o dziesięcinach obowiązujących chłopów beskich – z ćwierci – 3 kopy żyta, z Długich Łąk – 15 snopków owsa, z Poręb – 1 kopę żyta, z ćwierci żydowskiej – 2 kopy jęczmienia, z Bańkowiec – 30 snopków owsa, od Starego Wisłoka – 12 snopków owsa, spod Młynarskiej – 30 snopków żyta, z Moczarów – 15 snopków żyta, z Zapowiedzi – 2 kopy żyta i 15 snopków, z Wielkiego Łazu – 1 kopę pszenicy, 1 kopę jęczmienia, 30 snopków grochu, 15 snopków bobu, 1 kopę owsa i 15 snopków.

 

W 1779 r. Besko wraz z całym kluczem po raz pierwszy w historii zostało wystawione na sprzedaż. Cały klucz kupił od rządu austriackiego Adam Urbański herbu Nieczuja, polski szlachcic[6]. W Herbarzu Polskim Kaspra Niesieckiego podano, że protoplastą rodu był Wojciech Urbański, sędzia lwowski, który zginął w walce z Tatarami, pozostawiając synów. Ich potomkiem był Adam, syn Ignacego, podstolego sanockiego. Herb Urbańskich tak opisuje Niesiecki:

Ma być w polu czerwonym, pień od drzewa obcięty, na wierzchu jego krzyż, czyli raczej miecz otłuczony, przy pieńku sęków obciętych być powinno trzy po prawej stronie, dwa po lewej, w hełmie takiż pieniek, między dwiema skrzydłami.[7]

Urbański wziął cały klucz beski, obejmujący poza Beskiem 20 wsi i folwarków (m. in. Krościenko Wyżne, Krościenko Niżne, Białobrzegi, Głowienkę, Suchodół, Iskrzynię, Haczów, Wróblik Królewski, Odrzechowę, Kostarowce, Moszczaniec, Darów, Surowicę, Jasiel, Wernejówkę, Puławy, Czerteż). Sam Adam Urbański mieszkał jednak głównie w Haczowie, mało zajmując się Beskiem i dzierżawami. Jego syn, Feliks Urbański, tak to opisuje:

Dożywotniczka Rosnowska (1837-1845), zamężna za pijakiem, spaliła na oczach garderobianej testament ojca, poczem zgarnęła wiele dóbr, które szybko zresztą roztrwoniła (Besko).[8]

 

Wspomniana Ludwika z Urbańskich Rosnowska to siostra Adama Urbańskiego, a zarazem ciotka Feliksa i Franciszka Ksawerego, synów Adama, kolejna właścicielka dóbr beskich w latach 1804-1837. W 1838 r. Besko przechodzi w ręce następnego posiadacza – Józefa Kłopotowskiego (kronika parafialna pod datą 1854 r. podaje, że ks. Ludwik Flaiszman przyszedł do Beska, gdy było ono już w posiadaniu Kłopotowskiego[9]). Józef Kłopotowski wywodził się z województwa podlaskiego, nosił prawdopodobnie herb Pomian (odcięta głowa byka ze sztyletem na hełmie, ręka unosząca miecz)[10]. Józef Kłopotowski zmarł w 1856 r., rok wcześniej zmarła jego żona, Aniela z Hallerów Kłopotowska. Oboje leżą pogrzebani na beskim cmentarzu.

Wg Kroniki parafii Besko następnym po Kłopotowskim właścicielem wsi był niejaki Jenike z Prus (przypisywanie mu imienia Jan nie ma pokrycia w źródłach), by już w 1856 r. (kilka miesięcy po kupnie) odsprzedać majątek Austriakowi (lub Niemcowi) Adolfowi de Hildebrandt z Drezna (Adolphus Hildebrandt w Szematyzmie z 1862 r.[11]), który rządził nim blisko 20 lat.[12] W 1866 r., za czasów jego rządów, po kolejnej reformie administracyjnej, mamy pierwszą pewną wiadomość, że Besko (wraz z Porębami) jest gminą. Gminami także były inne wsie, wchodzące w skład parafii Besko: Mymoń, Milcza i Odrzechowa (z Pastwiskami).

W grudniu 1872 r. (lub 1874 r.) wieś wraz z przyległościami – w imieniu Galicyjskiego Towarzystwa Ziemskiego i Banku Galicyjskiego – kupił Henryk Kieszkowski. W 1875 r. Bank Galicyjski wydzierżawił znajdującą się w Besku gorzelnię Żydowi Szymonowi Hirszowi.

 

Nie znamy, niestety, dokładnej daty przejęcia Beska i okolicznych wsi przez Czartoryskich – transakcję zawarto między 1873 a 1878 r. Przypuszczalnie było to w roku 1874. W 1878 r., występujący w imieniu Władysława Czartoryskiego Karol Jaskłowski, wydzierżawił Besko z okolicznymi wsiami szlachcicowi Antoniemu Gniewoszowi z Oleksowa. Początkowo dzierżawa była wyznaczona do 1890 r., ale przedłużono ją do 1896 r., gdy Gniewosz opuścił Besko.

Władysław Czartoryski herbu Pogoń Litewska[13], przedstawiciel starego, zasłużonego rodu magnackiego o ruskich korzeniach, to ostatni właściciel Beska (nie mylić z dzierżawcami).

Syn Adama Jerzego Czartoryskiego oraz Anny Zofii Sapiehy, jedenasty książę Czartoryski, pan na Klewaniu i Żukowie, był działaczem politycznym na emigracji, emisariuszem dyplomatycznym Rządu Narodowego przy rządach Francji, Anglii, Włoch, Szwecji i Turcji, założycielem Muzeum Czartoryskich w Krakowie, prezesem Towarzystwa Historyczno-Literackiego w Paryżu. Po śmierci ojca, Adama, pełnił rolę faktycznego przywódcy Hotelu Lambert. 1 marca 1855 r. ożenił się z Marią Amparo Muñoz, córką królowej Hiszpanii (Marii Krystyny Burbon) i jej drugiego męża – księcia Rianzareza. Ślub miał miejsce w Malmaison, koło Paryża.

Para ta była rodzicami Augusta, późniejszego błogosławionego. Po śmierci Marii w 1864 r. – 15 stycznia 1872 r. ożenił się ponownie w Chantilly, z Małgorzatą Adelajdą Orleańską, córką Ludwika Karola Orleańskiego, księcia Nemours, i Wiktorii Sachsen-Coburg-Kohary. Małgorzata Adelajda była wnuczką ostatniego króla Francuzów – Ludwika Filipa I[14]. Ze związku tego narodził się kolejny właściciel Beska – Adam Ludwik Czartoryski (1872-1937), polski książę, arystokrata i mecenas sztuki. W 1901 r. poślubił w Warszawie hrabiankę Marię Ludwikę Krasińską (1883-1958), córkę Ludwika Józefa Krasińskiego (znów herbu Ślepowron, to bardzo daleki krewny Zygmunta Krasińskiego, należącego do „opinogórskich” Krasińskich) i Magdaleny Zawisza-Kierżgaiłło. Pozostawili po sobie ośmioro dzieci. Całość majątku objął na kilka lat najstarszy syn, Augustyn Józef Czartoryski (1907-1946), II Ordynat na Sieniawie. Po 1944 r. cały majątek, w tym Besko, przeszło na własność skarbu państwa.

Beskim folwarkiem w imieniu właściciela zarządzali dzierżawcy. Kolejnym, po Antonim Gniewoszu, dzierżawcą Beska, był Józef Łysakowski. Później prawdopodobnie dzierżawcą był niejaki Łastowiecki (lub Łastawiecki). Następnym, już pewnym historycznie dzierżawcą beskiego folwarku, jest Lewicki, doskonały gospodarz, znawca i hodowca koni, które dostarczał wojsku. Po zakupie innego folwarku, odszedł z Beska. Później dzierżawcami beskiego majątku stają się Myczkowscy – najpierw Adam, a potem jego brat, Jerzy (synowie Stefana Myczkowskiego), który był ostatnim dzierżawcą, pamiętanym przez najstarszych, żyjących jeszcze beszczan; w 1939 r. opuścił tutejszy sześćsetmorgowy majątek z dworem, udając się do wojska[15]. Po 1944 r. opuścił Besko.

 

Wielka historia pierwszych dekad XIX w. toczy się jednak jakby obok Beska. Powstanie listopadowe objęło głównie Królestwo Kongresowe; prawdopodobnie bescy włościanie nawet nie zdawali sobie sprawy, że gdzieś na północ od Wisły i Sanu toczą się zacięte bitwy.

Ważną postacią Beska tych czasów był ks. Aleksander Kwiatkowski, proboszcz Beska w latach 1819-1853. Uchodził za dobrego człowieka i równie dobrego gospodarza, ogrodził kościół, koło niego założył ogród, wybudował istniejąca do dnia dzisiejszego dzwonnicę, piwnice, stajnie i budynki gospodarcze.

 

Swoje piętno natomiast odcisnęła na tej ziemi w 1846 r. rabacja chłopska – włościańskie powstanie, które objęło z reguły pogórzańskie i nizinne tereny zachodniej Galicji (głównie Sanockie, Jasielskie, Tarnowskie i Nowosądeckie), połączone z pogromami ludności ziemiańskiej, urzędników dworskich i rządowych; zamordowano kilkudziesięciu księży katolickich, wycinano także szlacheckie oddziały, spieszące na pomoc powstaniu krakowskiemu[16]. Najbardziej znanym przywódcą chłopskich oddziałów był Jakub Szela, chłop ze Smarzowej (obecnie – Smarżowej) k. Brzostka.

 

O! Panie, Panie! ze zgrozą świata

Okropne dzieje przyniósł nam czas,

Syn zabił matkę, brat zabił brata,

Mnóstwo Kainów jest pośród nas.

Ależ, o Panie! oni niewinni,

Choć naszą przyszłość cofnęli wstecz,

Inni szatani byli tam czynni;

O! rękę karaj, nie ślepy miecz!

– bolał Kornel Ujejski w swoim Chorale. Istotnie, inicjatorami rabacji byli Austriacy, a głównie starosta tarnowski Józef Breinl, działający niewątpliwie za przyzwoleniem kanclerza Klemensa von Metternicha, który przy pomocy swych szpiegów i urzędników podburzał ludność wiejską, głosząc, że szlachta planuje przeciwko chłopom akcję zbrojną, której celem ma być ich wybicie. W rzeczywistości chodziło o spacyfikowanie krakowskiego zrywu niepodległościowego rękami samych Polaków, jak też osłabienie warstwy inteligencko-arystokratycznej, najbardziej uświadomionej narodowo.

 

Dziwnym trafem w Besku nie było żadnych wystąpień chłopów wobec dworu, w źródłach nie ma najmniejszej nawet wzmianki o wystąpieniach wobec właścicieli majątku. Świadczy to mimo wszystko albo o bierności, albo też o jakiejś, może podświadomie pojmowanej, mądrości społecznej, „wzmocnionej” pobytem (czasowym?) tutaj oddziału austriackiego. Chłopska rabacja objęła jednak okolice Beska, zwłaszcza Haczów, Wzdów i Nowotaniec; wspominał o tym niejednokrotnie Julian Goslar, jeden z przywódców powstania w ziemi sanockiej, gdzie – wraz z Jerzym Bułharynem – planowali odbić Sanok i Lesko z rąk austriackich. Aresztowany i ciężko pobity przez chłopów w Haczowie, został następnie oddany władzom austriackim w Sanoku. W jednym z listów wspomina:

W Komborni we dworze zastałem kilkunastu uzbrojonych, a gromadę spokojną. Nie tracili tam wiary w lud, mniemając, że w kościele da się przekonać. Przede dniem wróciłem do Haczowa. Tam słyszę, że chłopi postanowili tego dnia nie być w kościele; co robić w takim wypadku? Jednak rano koło godziny 8.00 idę do księdza, by się naradzić. Idąc przez wieś, napotykam po drodze grupy Haczowiaków. Wszyscy patrzyli na mnie z osłupieniem, żaden mnie nie zaczepił. Wchodzę do księdza. Niespodziewanie moje nie sprzeciwia się ogłoszeniu Proklamacji, a gdym mu powiedział, że lud grupami się zbiera, chce do nich wyjść i namawiać ich, by przyszli do kościoła. Podejrzenie mi to było, pomnąc wczorajsze jego przerażenie. Sprzeciwiłem się jego wyjściu, pozwoliłem nareszcie. Nie minęło 10 minut, a już sunie gromada z cepami, widłami, kołami od płotów, siekierami, prosto na plebanię (…). Mnie uważali za najgłośniejszego i nikogo o to nie obwiniali, co mnie. Leżałem. jak nieżywy. Mieli mnie za nieżywego i przestali bić; sami rozpowiedzieli w sąsiednich wsiach, żem zabity i wszystkie kości mam pogruchotane. (…) Trzeciego dnia w poniedziałek rano mają nas wywozić do Sanoka. Mymi sukniami podzielili się chłopi. Jeden z miłosierdzia odział mnie płachtą, drugi kocem, nogi owinął słomą, abym nie umarzł. Zeszła się na pożegnanie gromada cała. Mogłem jeszcze stać o własnej sile. Nikt już nie bił ani nie wyszydzał. Jakiś Żyd plunął mi w twarz, chłop otarł mię płóciennicą swoją. We wszystkich wsiach, przez któreśmy jechali, stało chłopstwo na drodze, witało nas drągami. Dwa razy szczególnie silnie uderzenie dostałem w piersi. Już myślałem, że mam piersi dwa razy złamane. Stanęliśmy w Besku. Tam byli żołnierze, bili kolbami. Przez wieś Milcza drągami wybijali mi oczy. Chcieli je gwałtem wyłupić, a nawet wzroku nie osłabili… żadnej kosteczki nie miałem naruszonej. Miałem apetyt dobry, biegałem i widocznie przychodziłem do zdrowia.[17]

Lata 1846-1847 zapisały się jeszcze w ludzkiej pamięci z innego powodu – wskutek bardzo obfitych opadów zbiory były katastrofalnie niskie, w Besku i na środkowym Podkarpaciu zapanował głód, powodując śmierć wielu osób. Powszechnie sądzono, że to kara boska za zbrodnie rabacji. Przyroda nie oszczędzała także ludzi w następnym roku – w 1848 r. panowała z kolei wielka susza, wg Kroniki parafii Besko ludzie wyciągali słomę z dachów, by tym sposobem nakarmić głodne bydło. W 1849 r. znów, wskutek deszczowej pogody, ziemia nie obrodziła, powodując głód i padanie bydła.[18]

 

Rany zadane przez chłopski bunt na długie dziesięciolecia przeorały polską świadomość, izolując na pewien czas zantagonizowane warstwy społeczne, a jej odległe echo możemy odnaleźć nawet w Weselu Stanisława Wyspiańskiego[19]. Ale zarazem przygotowała grunt pod wielkie wydarzenie, jakim było zniesienie 22 kwietnia 1848 r. pańszczyzny – najwcześniej w podzielonej rozbiorami Polsce[20]. Inicjatorem tego aktu – zanim jeszcze uczynił to rząd centralny (uprzedzając spodziewaną inicjatywę szlachty galicyjskiej) – był gubernator Galicji Franz Stadion, hrabia Warthausen. Często – częściowo słusznie – pomawia się go, że właśnie on „wymyślił narodowość ukraińską”, przeciwstawiając we Lwowie polskiej patriotycznej Gwardii Narodowej zainspirowaną przez siebie Główną (Hołowną) Radę Ruską i dzieląc Galicję na zachodnią – polską i wschodnią – ruską. Od tej pory, tzn. od połowy XIX w. rozpoczął się powoli narastający antagonizm między tymi dwiema nacjami, zamieszkującymi także Besko[21]. Między sobą dzielić się zaczęli także i sami Rusini.[22]

 

Ludność ukraińska (czyli dawna ruska), niedostrzegana w życiu społecznym i politycznym, miała bardzo ograniczone możliwości rozwoju własnej oświaty i kultury. Istniały wprawdzie gimnazja z wykładowym językiem ukraińskim, ale odrębnego uniwersytetu nie mogło zastąpić kilka zaledwie katedr ukraińskich na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie. Językiem urzędowym w dalszym ciągu był polski lub niemiecki, zaś ukraińskim posługiwano się jedynie w samorządzie na stopniu gminnym. O raczej negatywnym stosunku polskiej szlachty do duchowieństwa i rodzącej się inteligencji ukraińskiej pisał, podając liczne anegdoty, Kazimierz Chłędowski[23] w swoich Pamiętnikach. Częściowo były to opinie uzasadnione, gdyż, o ile wśród ludności chłopskiej trudne warunki bytowania przysłaniały ideologiczne spory – o tyle warstwy bardziej wykształcone i świadome swojej odrębności językowej i religijnej, ewoluowały powoli w kierunku secesji.

 

Chłędowski wspomina także swój krótki i niezbyt przyjemny pobyt w Besku, prawdopodobnie w roku 1873, gdy w panowała tu cholera:

Po załatwieniu interesów wróciłem do Lwowa, aby się wziąć znowu do pisania: po drodze przejeżdżałem przez Besko, gdzie jak w wielu innych wsiach na podgórzu sanockim panowała wówczas mocna cholera. Konie musiały popaść w karczmie w Besku, a kupy nawozu i najrozmaitszych gnijących odpadków w sieni nie bardzo miłe robiły wrażenie. Jeść mi się chciało, w karczmie naturalnie cośkolwiek kupić się obawiałem, ale jakoś szczęśliwie powróciłem do Lwowa z tej zapowietrzonej okolicy.[24]

 

Zaraza panowała w Besku od 13 lipca do września i została przywleczona prawdopodobnie z południa (ze Słowacji lub Węgier). Kronika parafii Besko podaje, że zmarło wówczas 76 osób. Zmarłych wożono na specjalny cmentarz (tzw. choleryczny), który prawie na pewno znajdował się na końcu Hrabeni, przy drodze do Milczy, być może gdzieś w okolicach stojącego do dnia dzisiejszego metalowego krzyża na betonowym podmurowaniu. Inni sytuują go na końcu ul. Górskiej, blisko lasu (ale być może chodzi tu o inny cmentarz[25]). Zmarłych, nie wiadomo dlaczego, nie grzebano; dopiero specjalny ukaz władz austriackich sprawił, iż dokonano pochówku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Natomiast wspomniana przez Chłędowskiego karczma była jedną z trzech istniejących wtedy w Besku: przy wylocie ul. Podgórskiej i Tarninowej, przy starej kładce w Besku (na prawym brzegu rzeki) oraz w Gniewoszówce, przy drodze do Sieniawy (tzw. Ślepa Karczma). Prawdopodobnie chodzi o tę pierwszą karczmę, żydowską, która istniała na terenie, gdzie dziś znajduje się zajazd „U Kowala”.

 

 

 

 

Lata 60. i 70. zawierają mnóstwo wpisów o klęskach żywiołowych nawiedzających Besko i okolice. Srogie zimy, deszczowe lub suche lata były przyczyną głodu, chorób, nędzy, czasem emigracji. Kronika parafii Besko ujmuje to tak:

Rok 1862 (…) był to rok wielkiej suszy, do tego stopnia, że rzeka, źródła i studnie powysychały, a przez 2 miesiące nie padła kropla deszczu (…) Dla ludzi był to pamiętny rok posuchy – wiele się nabiedowali i z Beska aż pod Mymoń jeździli końmi po wodę – z Milczy do Rudzin i Ladzina – z Jaćmierza pod Dębinę – a dwór jaćmierski udzielał wody u stawu garncami według ilości bydła. Do jednej nędzy doszła druga, bo wśród dzieci zapanowała angina, tak że w trzech miesiącach wymarło 30 dzieci.

Następny rok 1863 niewiele lepiej się zapowiadał od poprzedniego, bo już od wiosny (kwietnia) aż do połowy września nie padał deszcz – brakło paszy, tak że na jesieni wielu gospodarzy musiało się wyzbyć bydła, którego nie było nadziei przetrzymać przez zimę. (…)

Zielone Świątki w 1864 roku wypadły 15 maja, ale „natenczas liście na drzewach nie były jeszcze rozwinięte, przeto i kościół nie mógł być umajony. Cały maj był zimny – padał śnieg, były przymrozki”. (…)

Do Beska przyjeżdżali kupcy z Węgier po zboże, gdyż tam nad Cisą była jeszcze większa nędza po suszy roku poprzedniego. I znów przeszła nowa klęska przez Besko; jak maj był zimny, tak czerwiec i lipiec były ulewne. 10 lipca przyszło oberwanie chmury i nagły przybór wody. „Wisłok wylał, przymulił zboża na Młynickich pod Porębami i pozamulał łąki, porobił szkody w tartakach i młynach, niezliczoną ilość mostów zabrał i ponad rzekami leżące pola pozatapiał”. (…)

Rok 1867 – 10 lipca jeszcze większa powódź, aniżeli w 1864, zatopione były Poręby i Bzianka. Woda sięgała do pował. „Zima roku 1867 była nader dokuczliwa – zawczasu zaczęła – bowiem od 1 listopada zaczęły zadymki; śniegi spadły niepamiętane w Besku. Dwie chałupy zasypały zadymki, iż ludzi musiano odkopywać, drogi nieprzebyte – zadymki trwają do lutego”. Między ludem panował niedostatek i głód. Ale już 1 marca lody na rzece Wisłok puściły i zerwany został most na rzece, a z nim i komunikacja. (…)

W Besku spokój, jedynie zamącony trochę w 1872 r. 28 stycznia odwilżą, która spowodowała spiętrzenie lodów i zerwanie po raz drugi mostu na Wisłoku. (…)

[Na wiosnę – Z.B.] (…) klęski ustawicznych prawie deszczów trwających od czerwca do września. Wszystko wygniło – nawet kapusta. (…)

Następny 1873 rok ciężki dla ludzi z powodu nieurodzajów roku poprzedniego. Od 13 lipca do września panuje cholera przywleczona z Węgier. W Parafii zmarło na nią 76 osób. Opisuje ks. Flaiszman[26]: „W roku 1875 przypadła Wielkanoc 28 marca – jeździłem w Wielką Sobotę święcić święcone saniami. Dla wielkiej burzy i śniegu nie można było procesji odprawić. Zima rozpoczęła się od połowy listopada; śniegi spadły wielkie i stopniały, a znowu w pierwszych dniach stycznia spadły śniegi i te leżały do połowy kwietnia.” (…)

Rok 1880 (…) Z wielkiej nędzy wybucha w czerwcu i lipcu czerwonka. Dużo ludzi a zwłaszcza dzieci pomarło. Następny rok (1881) mokry.[27].

 

Podobne, przeplatające się klimatyczne zmiany obserwujemy także w latach następnych – w 1874 r. znów susza nawiedziła te strony, w 1875 r. był z kolei bardzo ostra i śnieżna zima, zaś poprzedzone słonecznym czerwcem lato (lipiec i sierpień) – dżdżyste. Wczesny mróz ściął jesienne plony, w tym ziemniaki, stanowiące podstawę chłopskiego jedzenia. To znów zapowiadało ciężki przednówek i kolejny głód. W 1876 r. śniegi były jeszcze w maju, a zima przyszła bardzo wcześnie. W 1977 r. zima znów była długa i ciężka, a burze zrywały z domów dachy. Lata 1878 i 1879 były suche i lekkie.

 

Zniesienie pańszczyzny w 1848 r. nie oznaczało jeszcze całkowitego uzdrowienia kwestii agrarnej. Chłopi byli co prawda wolni i zniesione były ich powinności wobec dworu, ale wielu było nadal bez środków do życia. Ziemię na własność zachowali ci, którzy byli jej posiadaczami (czyli około połowy ludności Beska), zdolnymi zarazem płacić podatki z racji jej posiadania i użytkowania. Reszta musiała zadowolić się wyrobnictwem lub emigracją – nawet za ocean (wpis w Kronice parafii Besko: „Rok 1880 wędrują ludzie do Ameryki”).

 

Znaczna liczba wiernych parafii Besko wyemigrowała w XIX w. Przyczyną zmiany przez nich miejsca zamieszkania był najczęściej niedostatek; przenosząc się na nowe miejsce, często z całą swoją rodziną, liczyli na polepszenie warunków życia. W latach 50. XIX w. znaczna część rodzin z Beska i okolicy wyemigrowała na Podole. Przyczyną tego zjawiska był głód oraz liczne w tamtym okresie klęski żywiołowe, dotykające obszar Beska.

W latach 80. i 90. XIX stulecia wielu mieszkańców gminy wyjechało do Ameryki (Stany Zjednoczone, Kanada, Brazylia) w celach zarobkowych. Niektórzy powracali stamtąd po latach ze sporym, jak na ówczesne czasy, majątkiem, często za szczęśliwy powrót fundując coś do kościoła lub jakąś kapliczkę. Trudno jest określić dokładnie liczbę emigrantów z parafii Besko – wydaje się, że była ona dość duża, gdyż bardzo wiele rodzin w okresie międzywojennym było wspieranych materialnie przez swoich krewnych z Ameryki (jak wspomina ks. Andrzej Witko). Dokładne dane dotyczące liczby emigrantów z przebadanego terenu posiadamy z roku 1914. Wyjechało wówczas poza obszar parafii[28] ok. 100 osób, co stanowiło ok. 4% wszystkich wiernych. Trzy lata później (1917) liczba emigrantów obniżyła się o połowę i wynosiła 50 osób. Stanowiło to ok. 2 % liczby wiernych. Trudno jest jednak dokładnie określić wielkość tego zjawiska w latach międzywojennych, gdyż schematyzmy diecezji przemyskiej obrządku łacińskiego z lat 1918-1938 nie podają liczby emigrantów z parafii Besko. Także w księgach parafialnych nie były one podawane. Z obliczeń wynikających z porównania przyrostu naturalnego i stanu ludności parafii Besko można stwierdzić, że w ciągu 21 lat z parafii tej „ubyło” ok. 1065 wiernych. Biorąc pod uwagę te liczby, należy powiedzieć, że zjawisko emigracji, szczególnie zarobkowej, w parafii Besko w latach 1918-1939 było bardzo powszechne. Z reguły emigrowały osoby młode, co automatycznie wpływało hamująco na przyrost naturalny.[29]

Po raz pierwszy chłopi „emigrują” także do miast, tam szukając jakiegokolwiek zatrudnienia. Nie znając realiów życia miejskiego, szybko zasilają szeregi zdemoralizowanej miejskiej biedoty lub lumpenproletariatu; bardziej uświadomieni stają się członkami pierwszych organizacji socjalistycznych.

 

Uwłaszczenie chłopów także szlachcie mimo wszystko przyniosło korzyści. Co prawda, na uwłaszczonych gruntach, znajdujących się obecnie w posiadaniu chłopów, dziedzic nie mógł już polować, wypasać bydła, zbierać ziół ani też w jakikolwiek sposób ich użytkować, ale zarazem został zwolniony od obowiązku wspierania włościan, zakładania ksiąg gruntowych dla poddanych, kosztów ich leczenia, budowy i utrzymania mostów, kościołów i szkół.

 

W tzw. Tekach Schnaidera w Krakowie[30] zachowała się lista 320 domostw (zawierających 1859 „dusz”) z Beska za rok 1867. Ciekawy jest rozdźwięk majątkowy pomiędzy Polakami a Rusinami – na ok. 80 mających ziemię Polaków przypadało aż ponad trzystu Rusinów, właścicieli ziemi! Wskaźnikiem jest podatek od domu, gruntu, dochodowy, zarobkowy (od rzemieślników) z podsumowaniem całości. Podatek był płacony w złotych reńskich, krąjcarach i złotych polskich, później już tylko w złotych reńskich (po zamianie w stosunku 1:4). Na liście znajdziemy olbrzymią ilość nazwisk, w tym wiele notowanych dzisiaj, także w postaci obocznej (m. in. Białas, Biernaszkiewicz, Bobak, Borkowski, Ciepły, Czapor, Demków i Dynko – późniejsze Deńko, Fedio, Fiedlar – później Fidler[31], Frydrych, Gierlicki, Granatowski, Iż, Jasiński, Jędrzejec, Józefczyk, Kapłon, Kielar, Kijowski, Kochański, Kołodziej, Kornasiewicz, Kott, Kozak, Krężel, Królicki, Krupianik, Kuńka, Kwiatkowski, Leszczyński, Majnosz, Marszałek, Mazur, Mermer, Milan, Nycz, Pasternak, Pelczarski, Płatek, Prajsner, Roman, Skubel, Smolik, Stapiński, Szafrański, Szajna, Szałankiewicz, Szmyd, Szul, Szypka – dziś Szybka, Teleżyński, Tutak, Wacław, Wojnar, Worona, Wróbel, Ziemiański).

Wspomniani na liście Marcin Fiedlar (Fidler) to ojciec Bartłomieja Fidlera (1865-1920), zasiadającego w austriackiej Radzie Państwa, zaś Onufry Milan – ojciec Grzegorza Milana (1850-1932), wójta Beska, posła na Sejm Krajowy we Lwowie (zw. także Sejmem Galicyjskim).

Ponadto znajduje się tutaj szereg innych drobnych dokumentów (po polsku), traktujących skrótowo o Besku, np.:

Besko wieś i gmina, parafia w pow. Sanok z przysiółkiem Poręby. (1834) (…)

Besko – wieś z obszerną włością w urodzayna i łąki rozlegle dziedzina J. P. Adama Urbańskiego. (…)

Besko – wieś, cyrkuł Sanocki, nad Wisłokiem grunty urodzajne, łąki obszerne, osada majętnych tkaczów pół mili od Rymanowa tyleż do Jaćmierza. Roli górskiej morgów 189, łąk 176, pastwisk 43, lasów 773. Dzieliło się Besko na Królewskie, które płaciło kwarty z Porębami i Przyległościami 9212 złp i Szlacheckie (…).

Karta legitymacyjna dla W.P. Wiktora w Zarszynie jako pełnomocnika Adolfa Hildebrandta z zaproszeniem do wyboru trzech posłów do sejmu krajowego, który to wybór w ciele wyborczym właścicieli większych majętności w Sanoku 3 kwietnia 1861. (…)

Włościanie z tej gminy podali petycja do sejmu w roku 1866 na dwór, dotyczy o zabraniu łąki Rudziny pod Połowinkami. (…)

Besko wielka osada w Sanockim przy gościńcu bitym u skalnego wyłomu Wisłoka, który odtąd po raz pierwszy rozwartą sanockimi dołami zwaną równiną płynąć poczyna. Besko ma kościół i cerkiew, ludność przeto co do obrządku mieszana, lecz co do mowy niemal zupełnie polską.[32]

 

Mimo że Besko było dużą wsią, nadal nie było tam poczty. Były natomiast dwie szkoły parafialne (powszechne), oczywiście drewniane, z tego jedna ruska, znajdująca się przy ówczesnej cerkwi. W szkołach uczyli oddzielni nauczyciele oraz księża (odpowiednio: rzymsko- i greckokatolicki) i organista. Szkoła polska znajdowała się na dzisiejszym terenie domu zakonnego sióstr felicjanek, ale zlokalizowano ją bliżej Wisłoka. W 1862 r. ówczesny proboszcz, ks. Ludwik Flaiszman, świetny organizator i administrator, człowiek niezwykle gospodarny (m. in. założyciel szkoły w Milczy), przenosi szkołę na dzisiejsze miejsce (ob. przedszkole) i przebudowuje ją, by w 1868 r. oddać gotowy budynek. W 1871 r. obie szkoły zostały organizacyjnie (ale nie lokalowo) połączone w jedną, pod kierownictwem Piotra Świątkiewicza (1835-1903), który był kierownikiem beskiej szkoły do 1892 r. Warto odnotować, że szkoły powszechne w zaborze austriackim były koedukacyjne.

W 1881 r. na wzgórzu przy drodze głównej zostaje zbudowana (lub odnowiona czy też przebudowana[33]) drewniana cerkiew pw. Narodzenia Przenajświętszej Bogarodzicy. Inicjatorem przebudowy jest ówczesny proboszcz greckokatolicki, ks. Emilian Konstantynowicz (1834-1886), który objął tę placówkę w 1877 r.

Z przytoczonych zapisów widać, że beszczanie – Polacy i Rusini (Ukraińcy) używali w stosunkach między sobą języka polskiego, jako urzędowego obok języka niemieckiego, nieznanego przez chłopów. Wydaje się, że znajomość polszczyzny jakoś nobilitowała, także społecznie i towarzysko. Z reguły także Polacy (lub spolszczeni Rusini, jak Milan) zostawali radnymi czy posłami (choć z kolei wójtami często zostawali Rusini: Fedko Bobak, Jurko Kozak, Grzegorz Milan). Oni też pełnili we wsi różne ważne funkcje. Pod jedną z list wyborczych z 1868 r. w Tece Schnaidera widnieją trzy nazwiska: ks. Ludwika Flaiszmana (proboszcza Beska), Johana Lewickiego (prawdopodobnie dzierżawcy majątku dworskiego; z tym samym nazwiskiem i funkcją spotykamy się też w XX w.) i Piotra Świątkiewicza (pierwszego kierownika szkoły wspólnej – polsko-ruskiej).

 

Cała własność rolna w Galicji, więc także i w Besku, dzieliła się na dwie zasadnicze grupy: tzw. własność tabularną (czyli obszarniczą, zwaną tak z powodu zapisania w 1780 r. gruntów w tabuli krajowej we Lwowie, a potem w osobnych księgach hipotecznych) i własność rustykalną (chłopską, wiejską). Właścicielami większości dóbr tabularnych była przeważnie szlachta i arystokracja rodowa – w większości Polacy, choć była także grupka Ukraińców i Niemców. Ok. 10% majątków obszarniczych znajdowało się w rękach kapitalistów żydowskich, zaś ok. 5% – w rękach Kościoła, i to zarówno rzymsko- jak i greckokatolickiego. Wreszcie kilkanaście procent stanowiło własność skarbu państwa i różnych fundacji. Do własności tabularnej należała ponadto ogromna większość lasów.

Dokładne dane spisowe o zaludnieniu i ilości użytkowanego gruntu w Besku podają tzw. skorowidze – Karola Wilda, Jana Bigi i Konrada Okszy Orzechowskiego, wydane we Lwowie w 2. poł. XIX w.

W roku 1868 spis Jana Bigi podaje dokładne dane nt. ludności i własności rolnej w Besku i Porębach. Wieś z przysiółkami zamieszkuje 1859 osób, ziemia użytkowana dzieli się na własność większą (dwór) i mniejszą (pola chłopskie), z tego podane w morgach grunty orne – własność większa: 773, własność mniejsza: 1811, łąki i ogrody – własność większa: 636 i mniejsza: 659, pastwiska – własność większa: 70 i mniejsza: 20, lasy – własność większa: 388 i mniejsza: 1. Ogółem: 4539 morgów. Właścicielem wsi jest Adolf de Hildebrand. Cztery lata później (1872) kolejny spis Konrada Okszy Orzechowskiego podaje identyczne dane w użytkowaniu ziemi – zmniejszeniu natomiast uległa liczba ludności Beska i Poręb, która wyniosła 1025 osób; nie wiadomo, skąd taki ubytek: z powodu chorób, emigracji czy też, co prawdopodobne, innego sposobu ewidencjonowania osób. [Teki Schnaidera 85-86]

Wg schematyzmu z 1903 r. demografia wyznaniowa wygląda następująco:

Wierni cerkwi w Besku 1589 dusz, w Porębach 3, w Mymoniu 45 dusz, Zmienica, Buków, Wzdów, Trześniów, Haczów, Jasionów 7. Razem w parafii ruskiej 1644 dusze. Łacinników (Polaków) w Besku 966, w Porębach 131, żydów 43 dusz.[34]

 

Dla ilustracji przytoczmy jeszcze jeden spis, dużo późniejszy, bo z 1911 r. (tzw. „Skorowidz Powiatu Sanockiego”):

Miejscowość: Besko. Ordynat X. Czartoryskiego – 983 ha, gmina – 102 ha, włościanie – 1666 ha. Wyznanie: rzymskokatolickie – 1538, greckokatolickie – 1352, izraelskie – 31. Język polski: 1687. Język ruski: 1234. Szkoła: dwie klasy żeńskie, dwie klasy męskie, ochronka dla dzieci niżej wieku szkolnego, samoistne okręgi polowania: 3 wsie (Besko, Mymoń i Milcza). Parafia rzymskokatolicka w Besku obsługiwała wtedy 4 wsie: Besko, Milczę, Mymoń i Odrzechowę, greckokatolicka zaś Besko i Mymoń. Posterunek komendy c. k. żandarmerii znajdował się wtedy w Zarszynie. Nieliczni, mieszkający w Besku Żydzi mieli swoją gminę w Rymanowie.[35]

 

Jak widać, żywioł polski wziął górę nad ukraińskim, także część ludności ukraińskiej częściej posługiwała się na co dzień językiem polskim.

Tak zaś krótko charakteryzuje Besko Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich:

Besko, wś. pow. sanocki, nad Wisłokiem, o 6 kil. od Zarszyna, ma parafię obu obrządków w miejscu. Własność banku galicyjskiego. Ma przysiołek Porębę. Parafia katol. dek. sanockiego, założona 1594 przez Zygmunta III, liczy 1214 wiernych.[36]

 

 

 

 

 

 

W latach 80. XIX w. w Besku powstaje dom zakonny Zgromadzenie Sióstr Świętego Feliksa z Kantalicjo. Idea ta przyświecała od dawna beskiemu proboszczowi ks. Ludwikowi Flaiszmanowi, który w swym testamencie zapisał na ten cel 5700 złr. Wykonawcą testamentu został następny proboszcz – ks. Franciszek Stankiewicz, któremu dopomogła rada gminy z wójtem Jurko Kozakiem i radnymi: Marcinem Fidlerem i Pawłem Kielarem.

Niestety, zapisanych w testamencie pieniędzy nie starczyło na całkowitą realizację ambitnego dzieła, toteż ówczesny właściciel wsi, Władysław Czartoryski, wraz ze swoim dzierżawcą, Antonim Gniewoszem wybudowali na tzw. Zakąciu murowany piętrowy dom z kaplicą, zaś pierwsze siostry przybyły tutaj pod koniec września 1883 r. Czartoryscy także, jako ludzie bardzo religijni, pokryli wszelkie koszty aprowizacyjne i opłaty za prowadzenie budynku.

Gniewoszowie, wraz z księdzem kanonikiem Franciszkiem Stankiewiczem, starali się także od 1884 r. otworzyć w Besku szkołę żeńską pod kierownictwem sióstr felicjanek, co stało się możliwe w roku 1892, gdy Rada Szkolna Krajowa zgodziła się utworzyć w Besku jednoklasową szkołę żeńską.

 

Gdzieś w 1. poł. XIX w. władze austriackie zmieniły trasę dawnej drogi królewskiej, prowadząc ją przez Wolę i dalej przez Sieniawę do Rymanowa. Droga ta już istniała w 1852 r., jak to widać na ówczesnej mapie katastralnej. Taki układ komunikacyjny pozostał do chwili obecnej.[37]

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przełomowym jak na ówczesne czasy było poprowadzenie przez Besko trasy Cesarsko-Królewskiej Galicyjskiej Kolei Transwersalnej (k. k. Galizische Transwersalbahn). Istnienie kolei było oknem na świat; możliwość szybkiego dotarcia do Sanoka, Krosna czy Lwowa dawało szansę nie tylko na znalezienie dobrze płatnej pracy, ale także otwierało ambitnym i przebojowym beszczanom salony dyplomatyczne (Milan, Fidler).

Budowę rozpoczęto w 1872 r., zakończono w 1884 r. Całą linię poprowadzono podnóżem Karpat, równolegle do istniejącej od niespełna 20 lat Uprzywilejowanej Kolei Galicyjskiej Arcyksięcia Karola Ludwika (z Krakowa do Lwowa). Jej istnienie miało dwojaki cel – przyspieszyć aktywizację gospodarczą zapóźnionych zakątków oraz stanowić alternatywę dla linii Kraków – Lwów na wypadek wojny i nieuchronnej w takiej sytuacji potrzeby zwiększenia intensywności przewozów wojskowych. Poza tym myślące perspektywicznie władze w Wiedniu pragnęły połączyć w zwarty i funkcjonalny organizm istniejące już, ale odseparowane od siebie i nierentowne odcinki linii prywatnych, takich jak: Kolej Leluchowska (Tarnów – Leluchów) czy Pierwsza Węgiersko-Galicyjska Droga Żelazna (Michalany – Zagórz – Chyrów – Przemyśl), która w Chyrowie łączyła się z Uprzywilejowaną Koleją Dniestrzańską. Linią tą można było dojechać także do stolicy województwa – Lwowa (przez Zagórz, Chyrów i Sambor).

Budowa linii ze stacji kolejowej Rymanów (dziś: Wróblik Szlachecki) do Zarszyna (przystanku w Milczy i w Besku wtedy jeszcze nie było – przystanek w Besku wybudowano w 1900 r., a przystanek w Milczy dopiero w 1978 r.) nie była skomplikowana. Na ogół biegła ona (poza odcinkiem Wróblik – Milcza) prostym nizinnym terenem, na którym należało jedynie usypać niezbyt wysoki nasyp i zbudować kilkanaście mostków i przepustów. Prawdziwym wyzwaniem jednak była budowa dużego mostu kolejowego na Wisłoku. Wszystko to zapewniło pracę wielu beszczanom, przyczyniając się do rozwoju wsi. Tak ujmuje to zapis w Kronice parafii Besko:

Z wiosną [1872 r. – Z.B.] postępują prace przy budowie drogi kolejowej na trasie Zagórz – Stróże. Wielu ludzi znalazło pracę i w ten sposób częściowo zażegnali nędzę, wynikłą z klęski ustawicznych prawie deszczów, trwających od czerwca do września. (…) Budowa kolei trwa przez lat 12.[38]

 

W ciągu dnia odchodziło kilka pociągów w obu kierunkach – Jasło i Zagórz. Przykładowo, w roku 1895 r kierunku zagórskim jeździło 3 pociągi (do Lwowa i Przemyśla), tyleż samo do Jasła.[39]

Dzięki linii kolejowej ropa przetwarzana w galicyjskich rafineriach mogła liczyć na cesarski rynek zbytu, a ludność z Beska i okolic uzyskała łatwy dostęp do miast – najczęściej do Sanoka i Krosna, a także do Rymanowa, gdzie odbywały się targi. Niestety, należało najpierw dotrzeć pieszo, rowerem lub furmanką do stacji kolejowej w Zarszynie (ok. 5 km).

 

Wspomniani wcześniej wiejscy działacze – Grzegorz Milan i Bartłomiej Fidler – to niewątpliwie najbardziej znani beszczanie XIX w.; obok nich jednak na lokalnych przywódców ruchu ludowego wyrastają inni, m. in. Franciszek Mermer i Józef Trzaskoś (późniejszy uciekinier z armii austriackiej).

Ale działalność tych wiejskich liderów zapewne nie zaistniałaby, gdyby nie kilka faktów.

Jedną z przyczyn, była aktywizacja wsi i gminy w 2. poł. XIX w., spowodowana m. in. budową kolei transwersalnej i pewną ogólną poprawą bytu chłopów; także powstanie kas spółdzielczych i sklepów spółdzielczych przyczyniło się do stopniowego uniezależnienia się od handlu żydowskiego – taki sklep powstał w 1873 r. w Besku.

Drugim elementem była polityczna emancypacja narodów, tworzących wielonarodową i wielokulturową rozległą monarchię austriacką – w tym Rusinów – oraz wybicie się Węgrów na niepodległość. Także Galicja staje się krajem autonomicznym – powstaje po raz pierwszy dosyć niezależny Sejm Galicyjski z siedzibą we Lwowie, a wiedeński parlament gości w swoich ławach także posłów galicyjskich.

Ale najważniejszą jednak wydaje się być działalność ks. Stanisława Stojałowskiego, propagowana w pismach dla chłopów „Wieniec” i „Pszczółka”, oraz Bolesława Wysłoucha z jego pismem „Przyjaciel Ludu”, którego wydawanie kontynuował urodzony w Krośnie Jan Stapiński (skłócony ze Stojałowskim).

W 1896 r. ks. Stojałowski przybył do Sanoka, by odbyć poufne zebranie z chłopskimi delegatami, m. in. z Zarszyna, Beska i Lisznej. Wcześniej kontakty z chłopami powiatu sanockiego nawiązał też Jan Stapiński, który w 1895 r. przyjechał do Zarszyna (gdzie działał Stanisław Porawski i wójt Nikodem Dracz), by przemówić na wiecu ludowym.[40] W tym roku także powstała druga (po Związku Stronnictwa Chłopskiego) partia ludowa w Galicji – Stronnictwo Ludowe, założone w Rzeszowie przez niezależnych działaczy chłopskich (m. in. Jana Stapińskiego i Jakuba Bojkę), lewicowo-ludową inteligencję (wspomnianego Bolesława Wysłoucha i jego żonę, Marię), część działaczy Związku Stronnictwa Chłopskiego oraz środowisko skupione wokół ks. Stanisława Stojałowskiego. Prawdopodobnie w 1895 r. także w Besku działało Stronnictwo Ludowe, w którym działali m. in. Milan i Fidler. Jeszcze w 1897 r. z ramienia Stronnictwa zasiedli w austriackim parlamencie w Wiedniu pierwsi posłowie niezależnego ruchu ludowego.

 

Dla Beska, ale także całej Galicji, przełomem był rok 1896 – 30 października tegoż roku, w wyniku powszechnej mobilizacji chłopów galicyjskich, w wyborach uzupełniających[41] do Sejmu Krajowego we Lwowie z powiatu sanockiego dostał się Grzegorz Milan z Beska. Sukces ten powtórzył 6 lata później, w 1901 r. Chłop z Beska zastąpił szlachcica i zasiadł obok biskupów, książąt i rektorów uniwersytetów!

Jeszcze wyższe stanowisko zajął inny beszczanin, wójt gminy Bartłomiej Fidler, który w 1907 r. z powiatu sanockiego uzyskał mandat aż do wiedeńskiego parlamentu, zasiadając w cesarskiej Radzie Państwa.[42]

Nie zawsze jednak społeczność wiejska rozumiała właściwie sens solidarnego działania. Tak oto prawybory w Besku w 1897 r. streszcza (nieco zgryźliwie) „Gazeta Sanocka” (28.02.1897):

Prawybory w Besku, miejscu zamieszkania posła Milana, odbyły się w ubiegły poniedziałek wśród niebywałego dotąd tamże roznamiętnienia umysłów, spowodowanego zajęciem wrogiego stanowiska przez zamieszkujących w połowie w tej gminie Rusinów względem tamtejszej ludności polskiej. Świadkowie naoczni a wiarygodni donoszą nam, że tylko nożów brakowało – a byłaby się bratnia krew polała. Rozdwojenie to w zgodzie dotąd żyjących bratnich szczepów spowodował głównie – jak nam donoszą – tamtejszy proboszcz obrz. gr. Ksiądz Zubrzycki, który wprawdzie w poprzedzającą dzień prawyborów niedzielę wcale mszy nie odprawiał – zapewne z powodu braku czasu potrzebnego mu na agitacyę przedwyborczą – ale za to zaraz drugiego dnia w poniedziałek od świtu do zmroku z godną podziwu wytrwałością, a nawet poniżeniem swojej duchowej godności – prowadził poburzone i roznamiętnione przezeń owieczki swoje na miejsce wyborów. Agitować każdemu wolno – ale wszystko ma swoje granice – a jako przestrogę przypominamy, że „kto wiater sieje, ten burzę zbiera”.[43]

 

Jan Stapiński w listach niejednokrotnie wspomina swoich beskich przyjaciół; w liście do Bolesława Wysłoucha, pisanym z Leska 26 maja 1898 r., odnotowuje:

(…) a tu jutro (29 maja) muszę być w Sanoku na wiecu ruskim, 28 maja w Dobrej Szlacheckiej, 30 maja Dobromil, 31 maja Brzozów, Izdebki, 1 czerwca Jasienica, 2 czerwca Dukla, 3 czerwca Świątkowa, 5 czerwca Żeglce, 6 czerwca Brzozów. Na Pakoszówkę i Dobrą Szlachecką, gdzie pojadę z Milanem i Fidlerem, potrzebuje furmanki 10 złr razem 15 złr.[44]

 

Zaś w innym liście do Karola Lewakowskiego 26 maja 1899 r. wspomina:

W Panu Stronnictwo nasze wzrośnie w powagę i zyska pracownika, strasznie nam tj. Klubowi w Radzie Państwa potrzebnego, dodać muszę, że żadnego innego w obecnym składzie rzeczy nie miałbym pomocy w Radzie Państwa, a zresztą wybór włościanina, choćby Milana, byłby trudniejszy, bo inteligencja byłaby temu przeciwną, a lud światlejszy także uznaje, że w małej grupce naszej nie ma miejsca na „posłów głosujących”. Kontrkandydatami są ruski (ks. Kałużniacki[45] albo ks. Jasienicki moskalofile), polsko pański hr. Jan Potocki z Rymanowa albo Urbański z Haczowa.[46]

 

Zaś w swoich Pamiętnikach Stapiński tak wspomina Grzegorza Milana, już jako posła:

Na 16 kwietnia 1898 roku jako kandydat na posła zwołałem zgromadzenie przedwyborcze do Warzyc koło Jasła. Na ten sam dzień zapowiedział tam przyjazd ks. Stojałowski z adwokatem dr Włodzimierzem Lewickim z Krakowa, kontrkandydatem z jego ramienia. Zgromadzenie odbywało się w stodole gospodarza Sanokowskiego. Większość stanowili ludowcy, których byłem kandydatem. Skoro to zauważył ks. Stojałowski, że jego strona jest w znacznej mniejszości, rozkazał bojówce uzbrojonej w kije uderzyć na nas. Dla uniknięcia bijatyki dałem hasło naszym do opuszczenia stodoły i wyjścia na sąsiednie łąki. Nasz poseł sejmowy, Grzegorz Milan, chłop z Beska pow. sanockiego, opuszczając stodołę powiedział ks. Stojałowskiemu gorzkie słowa prawdy. Na to ksiądz Stojałowski krzyknął do p. Milana: „Ty mnie popamiętasz, zobaczysz, ja cię zniszczę”. Chłopi ludowcy, świadkowie tych brutalstw, roznieśli o nich wieść po całym okręgu wyborczym. Następnego dnia, 17 kwietnia, na zgromadzeniu w Suchodole koło Krosna, a 18 kwietnia w Sanoku oburzenie z powodu gwałtu w Warzycach było tak silne, że ks. Stojałowskiego wyproszono za drzwi.[47]

 

Zarówno Milan, jak też Fidler, początkowo związani z ks. Stojałowskim, a potem ze znacznie radykalniejszym Janem Stapińskim, byli prawdziwymi koryfeuszami gminy – odważni, elokwentni, oczytani, dobrze znający się na prawie i zorientowani w chłopskich sprawach, stanowili niepodważalne autorytety w swoim środowisku, a ich znaczenie wybiegało daleko poza Besko.

Niestety, wkrótce bardzo się poróżnili. Fidler, idąc bardziej w kierunku umiarkowanym i katolickim, śmiertelnie skłócił się ze Stapińskim (na którego wiece przychodzili „towarzysze spod czerwonego sztandaru”, jak ich określiła „Gazeta Sanocka” w numerze z 12 maja 1907 r.), zwłaszcza podczas wyborów; natomiast Milan pozostał wierny swemu dotychczasowemu mentorowi (Stapińskiemu), udzielając mu zresztą wsparcia podczas całej walki wyborczej.

Wybory do sejmu galicyjskiego odbywały się w czterech osobnych kuriach: I kuria obejmowała wielką własność ziemską (44 posłów), II kuria – izby przemysłowo-handlowe (3 posłów), III kuria – większe miasta (najpierw 23 posłów, od 1896 r. – 26, a od 1900 r. – 31 posłów); IV kuria to mniejsze miasta i gminy wiejskich – tu wybierano 74 posłów; liczba prawyborców wynosiła od 500 to 650 tys. osób, co daje ok. 7-9 tys. prawyborców na 1 mandat. Okręg wyborczy, z którego wybrano Fidlera, był olbrzymi – swym zasięgiem obejmował tereny Sanoka, Leska, Ustrzyk Dolnych, Rymanowa, Zarszyna, Bukowska i Dukli. Można więc sobie wyobrazić, ileż tysięcy głosów z iluż wsi i miasteczek potrzeba było, by zostać wybranym do Sejmu Krajowego w Galicji czy Izby Poselskiej Rady Państwa w Wiedniu. W trakcie wyborów Rusin Kuryłowicz otrzymał 14868 głosów, Fidler – 7957, zaś Stapiński – tylko 3872 (co automatycznie przekreśliło jego szanse).

 

Wg spisu z roku 1900 wynika że liczba mieszkańców Beska powiększyła się. W Besku mieszkało wówczas 2612 osób, z niewielką przewagą grekokatolików (1301); rzymskich katolików było 1271, zaś Żydów – 40.

 

 

 

 

 

 

Przełom XIX i XX w. to czas politycznej aktywizacji mieszkańców wsi. Za czasów wójtostwa Fidlera powstaje (1893) – istniejąca do dnia dzisiejszego – Ochotnicza Straż Pożarna. Przybyli do Beska w XIX w. Gieradowie założyli w 1908 r. na Wisłoku tartak (podobnie i w Odrzechowej). W tym też czasie zostaje dokonana regulacja brzegów Wisłoka, który – pomimo uregulowania – nadal często po ulewach zmieniał koryto, być może wskutek nadal istniejącego w Suchej Wsi resztek sztucznego progu. Z tego czasu mamy do dziś widoczne w terenie starorzecze. Mamy informację (niezbyt pewną!), że ok. 1863 r. Wisłok zupełnie wysechł, ale za to w 1868 jego wzburzone wody zniosły pierwszy, drewniany jeszcze most; podobna sytuacja miała się powtórzyć w 1872 r., gdy rzeka „zerwała po raz drugi most na Wisłoku”, jak relacjonuje ks. Mikosz w swej Kronice parafii Besko. Stan ten istniał do 1873 r., gdy budujący w Besku linię kolejową austriaccy inżynierowie, pragnąc zabezpieczyć swe dzieło przed żywiołem, wysadzili prawdopodobnie pozostałości progu i poprawili koryto rzeczne.

 

Na przełomie wieków w Besku mieszkał Jan Męski, zarządca w rozległych dobrach Wiktorów, którzy byli właścicielami Zarszyna, Posady Zarszyńskiej u Długiego.[48] Jan i jego żona Julia mieli ośmioro dzieci (co w ówczesnych czasach było wręcz normą: m. in. Tadeusza, Zygmunta, Jadwigę, Marię, Stanisławę, Genowefę, Lucynę[49]). Zmarły w 1906 r. Jan Męski spoczywa na beskim cmentarzu, ale jego potomkowie nadal mieszkają w Besku.

 

W 1910 r. została w Besku utworzona „Kasa Stefczyka” – wiejska spółdzielnia oszczędnościowo-pożyczkowa, skupiająca drobnych rolników, świadcząca niskooprocentowane pożyczki i kredyty swoim członkom; pożyczek udzielano na zapis hipoteczny bądź skrypty dłużne za dwoma poręczycielami. Pierwszą tego typu spółdzielnię założył w 1890 r. Czernichowie pod Krakowem Franciszek Stefczyk (po jego śmierci w 1924 r. kasy te nazwano jego imieniem). Inicjatorem jej założenia w Besku był niestrudzony wójt Fidler. Pierwsze zebranie odbyło się 17 kwietnia 1910 r.; zwołał je wójt, a prowadził Piotr Ziemiański. Członkami zarządu zostali: Paweł Kielar, Stanisław Kędra, Tomasz Szałankiewicz, Jakub Mermer, Ignacy Adamek, Franciszek Kapłonik (Kapłon), Mikołaj Bobak, zaś członkami Rady Nadzorczej byli: Bartłomiej Fidler (przewodniczący), Wawrzyniec Mermer (zastępca), Grzegorz Nycz, Mikołaj Ciepły, Michał Tutak, Piotr Mermer, Stanisław Mermer, Paweł Kornasiewicz. Kasjerem został Piotr Ziemiański, którego wynagrodzenie wynosiło 5 koron. 16 czerwca 1912 r. na wniosek Grzegorza Milana przekazano dwa udziały na składnicę Kółek Rolniczych w Rymanowie. 20 kwietnia 1913 r. kasa liczyła 42 członków, do jej zarządu weszły nowe osoby: Adam Nowakowski, inż. Józef Pruchnik i Mikołaj Zubik. „Kasa Stefczyka” uwolniła chłopa od lichwiarskich pożyczek, dokonywanych u żydowskich karczmarzy. Beski oddział działał przy Kółku Rolniczym aż do 1949 r., gdy z przyczyn ideologicznych zniszczono autentyczną przedwojenną spółdzielczość.

 

Do Beska zaczynają także docierać nowinki o nowych organizacjach, integrujących często rozwarstwioną i zatomizowaną ludność wiejską. Jedną z nich były działające na wzór wojskowy Drużyny Bartoszowe (założone w 1908 we Lwowie z inicjatywy Wawrzyńca Dayczaka), powstałe za kadencji wójtowskiej Bartłomieja Fidlera, z własną orkiestrą. W 1910 r., w czasie obchodów pięćsetnej rocznicy obchodów bitwy grunwaldzkiej do Sanoka udała się liczna delegacja beskich Drużyn Bartoszowych, w strojach racławickich kosynierów, wiodąc ze sobą drewnianą armatę zaprzężoną w szóstkę koni.

Bardzo ciekawie ten czas wspomina Stanisław Kornasiewicz w swoim spisanym pamiętniku:

Kornasiewicz Stanisław, syn sp. Wincentego i Hanny z Szałankiewiczów ur. 28 X 1893 w Besku, religii rzym. kat., zawodowo rolnik wychowany przy rodzicach i pracujący na roli. W roku 1908 wstępuję w szeregi Drużyn Bartoszowych, w tym to roku zorganizowanych. W roku 1909 tworzymy w tej to drużynie w Besku orkiestrę dętą składająca się z 25 muzykantów. Rodzice bogaci kupują dla swych synów instrumenta, ja otrzymuję instrument kupiony za 90 koron Austryjackich zwany „Waldhorn” od śp. dziadka, Pawła Kornasiewicza.

W krótkim czasie orkiestra nasza wstaje na pierwszym miejscu w powiecie dzięki założycielom i kierownikom, a to śp. Bartłomiejowi Fidlerowi, księdzu kanonikowi Knapowi Stanisławowi.

Kapelmistrzem, czyli nauczycielem był drogomistrz kolei państw. Hanak, pochodzenia Czech. W 1910 jako 500 letnia rocznica bitwy pod Grunwaldem z Krzyżakami obchody czyniono w całej Galicji, czyli Małopolsce, na co zezwolił nam panujący Cesarz Austrii Franciszek Józef. Orkiestra nasza występuje na tych obchodach. Jedziemy na podobny obchód do powiatu jarosławskiego, a to do Sieniawy – majątku książąt Czartoryskich. I tak mile spędza się czas 18 letnich lat, ćwiczenia w drużynach i graniu na instrumencie. I tak aż do roku 1914.[50]

 

Członkowie Drużyn Bartoszowych weszli później w skład powstających formacji wojskowych, uczestnicząc w I wojnie światowej oraz w wojnie polsko-ukraińskiej i polsko-sowieckiej.

 

Radykalizm ówczesnych działaczy ludowych nie dziwi, gdy się spojrzy na powszechny analfabetyzm i trudne warunki bytowe chłopów; choć w porównaniu do poprzednich dekad uległy one pewnej poprawie, opisy życia mieszkańców wsi końca wieku XIX są tragiczne w swym realizmie.

Mimo zniesienia pańszczyzny w Besku właściwie do I wojny światowej przetrwały jeszcze kurne chaty, a w zatłoczonych i ciemnych izbach niejednokrotnie ludzie mieszkali razem ze zwierzętami, a Kościół, szkoła czy co bardziej oświeceni chłopi nie zdołali wykorzenić pleniących się przesądów. Dwór żył swoim życiem, odległym od chłopskich spraw.

Klęską wsi były karczmy, prowadzone lub dzierżawione (za zgodą właściciela wsi) przeważnie przez Żydów; oni też z reguły opanowywali drobny handel, dawali kredyty, ściągając je głównie w zbożu i płodach rolnych. W wiejskiej karczmie – a w Besku były ich aż trzy – odbywały się wszystkie wiejskie transakcje, tu „zapijano” całe życie chłopa od narodzin aż po śmierć… Na ilość karczem i ich negatywny wpływ zwracał uwagę już w XVIII w. ks. Stanisław Staszic w swoich Przestrogach dla Polski:

Wyrzeka szlachcic, że chłop polski straszny pijak. A każdy szlachcic w swojej wsi, w swoim miasteczku po pięć, po sześć karczem wystawia, właśnie gdyby jakie sidła na złowienie owego chłopa. W tych karczmach osadza, dobiera najbieglejszych Żydów, którzy by mu jak najwięcej zapłacili, to jest, którzy by umieli jak najsztuczniej zwodzić i rozpijać chłopów.[51]

 

Pomimo podejmowanych przez Kościół akcji trzeźwościowych, pijaństwo zbierało, głównie po wsiach, obfite żniwo.

Jako ilustrację tego stanu rzeczy, warto przytoczyć fragment biograficznej książki Krzysztofa Dunin-Wąsowicza o Janie Stapińskim:

Produkty mleczne nie istnieją, idą na sprzedaż. Kobiety zbywają je na rynkach miejskich, a za pieniądze otrzymane z tego źródła kupują sól, świece itd. Zamożniejsi włościanie kupują sobie nadto mydło, farbkę do prania chustek i lepszej bielizny. Pieniądze zaś otrzymane ponad te potrzeby idą na odzież i podatki. Ażeby mieć jakiś grosz – czytamy u Kolberga – lud galicyjski oszczędza na jedzeniu, żywi się bardzo licho. Chleb żytni piecze tylko wtedy, gdy najmuje robotników do budowy domu lub w razie wesela. Zwykle zaś piecze się tzw. placki z mąki jęczmiennej i je na gorąco, gdyż szybko czerstwieją i robią się niesmaczne. Mięso niesłychanie rzadko pojawia się na stole włościanina. Nawet podczas wesela podaje się w nadzwyczaj skromnych porcjach. Tylko w mieście lub w karczmie włościanie raczą się niekiedy mięsem gotowanym w zupie, kiełbasą lub słoniną. W domu zaś mięso jedzą tylko trzy razy do roku podczas świąt uroczystych: na Wielkanoc, Zielone Świątki i Boże Narodzenie. Włościanie galicyjscy zazwyczaj sprzedają tuczone wieprze rzeźnikom, sami zaś kupują od nich poślednie gatunki mięsa, nawet pochodzącego od zwierząt chorych i padłych. Produkty mleczne od krów swoich sprzedają w zupełności, sami zaś spożywają serwatkę i maślankę. Produkty te są dla nich nieraz okrasą zamiast słoniny. W zimie kartofle i kapusta są głównym pożywieniem włościan galicyjskich. W piątki i soboty, jak przez cały post wielki, również jedzą tylko te dwa produkty, lecz żadnej okrasy, toteż cherlactwo wśród tego ludu szerzy się coraz bardziej, o czym wymownie świadczy stały wzrost procentu niezdatnych do służby wojskowej.[52]

 

Trudne warunki bytowe zarówno Polaków, jak i Ukraińców oraz wspólnota gminnych interesów (często nastawiona antagonistycznie wobec dworu) godziły zamieszkujące Besko obie grupy narodowościowe. Ksenofobia nie istniała. Pomiędzy Polakami a Rusinami nie było zatargów, gdyż ich wspólny los zależał od właściciela ziemskiego, cesarskich urzędników czy natury, często bezlitośnie chłoszczącej tych najbiedniejszych. Stosunki między obiema grupami były więcej niż poprawne, a międzysąsiedzkie – często wzorowe, o czym może świadczyć dość duża ilość zawieranych małżeństw, w których nie tyle zwracano uwagę na narodowość czy obrządek wyznaniowy, ile na posag narzeczonej czy majątek narzeczonego; wygląd czy uroda były na ostatnim miejscu na liście priorytetów przyszłych małżonków. Wspólne święta w takich rodzinach, z uwagi na trzynastodniową różnicę między kalendarzem gregoriańskim a juliańskim[53], wydłużały się; tym samym Polacy nie pracowali w święta ruskie, zaś Rusini – w polskie. O stosunkach obu narodowości czytamy w kronice kościoła:

Do całości kroniki należy wspomnieć o stosunkach, jakie się utrzymywały między ludźmi dwu obrządków: grekokat. i rzym.-kat. na terenie parafii Besko. To, co piszę, przekazał ks. Andrzej Witko, który jeszcze mógł coś powiedzieć z „kroniki”, która zaginęła w czasie wojny (nie była to ścisła kronika, ale różne dokumenty) i co sam zaobserwował. Przed pasterzowaniem ks. Knapa proboszcze obu obrządków odnosili się do siebie z wielką przyjaźnią i życzliwością. Ten przykład z góry nie był, lecz wpływu na całą parafię – nie było żadnych antagonizmów. Ponieważ żenili się dość często Rusini z Polkami i na odwrót, stąd po rodzinach obchodzono ku wielkiej uciesze podwójnie święta kościelne, wzajem sobie pomagano, mówiono i po polsku, i po rusku. Ludzi obrządku greckiego nazywano Starorusinami.[54]

 

Pierwsza dekada XX w. także nie była spokojna. W Kronice parafii Besko mamy odnotowane najważniejsze wydarzenia:

Rok 1908 dość dziwny; zima zaczęła się w całej Europie dopiero w lutym. 28 czerwca pokazała się zorza polarna, która jako zjawisko rzadkie dała ludziom sposobność do „prorokowania” o nieszczęściach. W nocy z 30 czerwca na 1 lipca przyszedł silny przymrozek i zwarzył wszystko. Od 15 lipca do 15 września padał deszcz. Ziemniaki wygniły, zebrane zboża dawali ludzie bydłu na podściółkę. Z pomocą przyszedł Rząd i sprzedawał zboże po zniżonych cenach. (…) Już 20 października 1908 r. spadł śnieg – na św. Jana Kantego

Rok 1909 w maju padał deszcz. 16 czerwca spadł śnieg i znów lało – ale zbiory, za łaską Bożą, były ładne. Listopad śnieżny i mroźny, a już w grudniu (7) przyszło ciepło, pogodnie, pokazała się tęcza, ludzie chodzili na bosaka.

Na Wielkanoc 1912 r. szalała (7 kwietnia) straszna wichura, która łamała drzewa. Stąd na rezurekcji w kościele ludzi była garstka. Na drugi dzień padał śnieg. Przyszedł on także wcześnie w jesieni, w tym samym dniu, co przed czterema laty (20.10) – wiele kartofli nie zebrano, zwłaszcza po dworach.

Tegoż 1913 roku była wspaniała pogoda na święta Wielkanocne, które wypadły 23 marca, 18º ciepła. Biedniejsi ludzie do kościoła przyszli boso, ale kwiecień i maj były zimne, śnieżne i z przymrozkami. Od lipca do września lało tak, że nie można było zrobić żniw. Zaczęły się one we wrześniu – bydło chorowało z powodu złej paszy.

Przyszedł pamiętny 1914 rok, rok pięknego urodzaju, ale też i początku ogólnoludzkiej katastrofy, przepowiadanej przez ludzi. 28 lipca wybucha wojna światowa.[55]

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I wojna – później zwana światową – przeorała nie tylko geografię Europy, ale także ludzkie sumienia. Dla Podkarpacia okazała się bardziej niszczycielska niż następna – II wojna światowa. Lokalny konflikt środkowoeuropejski, którego powodem było zabójstwo w Sarajewie 28 lipca 1914 r. arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga i jego małżonki Zofii, po miesiącu przerodził się w wojnę, która ogarnęła trzecią część świata. 28 lipca 1914 Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii; ruszyły polityczno-militarne kostki domina, które ogarnęły Europę, Japonię, Stany Zjednoczone i kolonie.

Mobilizacja w roku 1914 wyludniła wieś – na front odeszło około pół tysiąca mężczyzn, co stanowiło prawie czwartą część wsi (wg spisu w 1914 r. w Besku mieszkało 2675 osób).

W II brygadzie legionów Józefa Piłsudskiego znalazł się – obok Jana Szałankiewicza i Stanisława Mermera – wspomniany Stanisław Kornasiewicz, opisujący w swoim pamiętniku długą, kilkuletnią, wojenną odyseję w dalekich Karpatach Wschodnich:

 


Rok wielkiej wojny światowej 1914.

Nasi polscy patrioci myślą o tworzeniu Wojska Polskiego. Związki polskie, a to Drużyn Bartoszowych, Strzelca, Sokoła, skatckie [skautowskie – Z.B.] harcerzy itp. tworzą Legion zwany Wschodnim. Dowodzi Józef Haller, późniejszy generał.[56] Wstępuję do Legionu i w tego szeregach pozostaję do września 1914. W Mszanie Dolnej zostaje nasz Legion rozwiązany (na tle przysięgi). jedni wstępują do pułków austriackich, małoletni legioniści tworzą bataliony robocze i wyjeżdżają na Węgry. A jeszcze inni tworzą II-gą Brygadę. A jej dowódcą generał Józef Haller. I tak górami, lasami, po stronie Węgier docieramy na front, na wprost Stanisławowa, Kołomyi, Delatyna. Następnie w roku 15, w jesieni, przechodzimy na front Styru rzeki (Kotki, Majdan, Komarno, Czartorysk).


W 1916 odwrót do rzeki Stochodu w okolicach Smolar, Cerkówki, Powurska. W 1917 zawieszenie broni, koniec wojny z Moskalami. Odjeżdżam na front [nieczytelne – Z.B.] w 1918 marcu i tam pozostaję do końca wojny. I [nieczytelne – Z.B.] 18 listopada do domu chory na malarię. Żenię się 20 stycznia 1919, powołują w 1920 roku na wojnę z bolszewikami i znów 3 miesiące w 3 pułku Strzelców Konnych w Tarnowie.[57]

Inne gospodarstwa zobowiązane były dostarczyć wóz i furmana, którym był mężczyzna niezmobilizowany lub w wieku powyżej 42 lat. Warto zauważyć, że w 1912 r. Austria urządziła wielkie manewry cesarskie, na które należało dostarczyć pewną ilość dwukonnych furmanek, zaś chłopom, którzy dostarczyli owych podwód, dobrze zapłacono, stąd tzw. wyjazd na forszpan po ogłoszeniu mobilizacji w 1914 r. przebiegał nawet sprawnie – tylko że te „manewry” przeciągnęły się o cztery lata…[58]

 

Po początkowych zwycięstwach, gdy wojska cesarskie zajmują prawie całą dawną Rzeczpospolitą, rozpoczyna się odwrót armii austriackiej, która 27 września 1914 r. osiąga Wisłok. Besko znalazło się w strefie przyfrontowej, a rzeka stała się linią obrony. Wojska rosyjskie rozlokowały się w Zarszynie, Długiem i Nowosielcach. Wzdłuż brzegów Wisłoka wykopano rowy strzeleckie, z których żołnierze wielonarodowej armii austriackiej ostrzeliwali pozycje rosyjskie w rejonie Wzdowa, Jaćmierza i Bażanówki. Być może wtedy Austriacy zarekwirowali trzy dzwony z beskiego kościoła.

7 października Austriacy przeszli do kontrnatarcia i na krótko odrzucili Rosjan daleko na wschód; ale już późną jesienią, 11 listopada, wojska rosyjskie znów powróciły na Podkarpacie, by w 2. poł. grudnia powtórnie odsunąć się na linię Rymanów – Sanok. Ostatecznie linia frontu ustaliła się na linii Karpat. Nowa broń, jaką były karabiny maszynowe, armaty, moździerze, granaty oraz gaz bojowy, siały niewiarygodne spustoszenie w szeregach obu walczących stron. W walkach wykorzystywano każde nierówności terenu, mające na celu opóźnienie przemarszu wojsk, a Beskidy znakomicie nadawały się na naturalną linię obrony.

Prawie cała Galicja, poza zachodnimi skrawkami, jest już stracona dla Austrii. Car Mikołaj II nie ukrywa, że zdobyte tereny są już własnością Imperium Rosyjskiego. Gdyby wojskom carskim udało się przedrzeć przez Karpaty na szerokie równiny Niziny Węgierskiej, gdzie mogłyby wykorzystać swą liczebną przewagę i świetną konnicę, los państwa Habsburgów byłby przypieczętowany, a historia Europy i Polski potoczyłaby się zupełnie inaczej.[59]

Ale los chciał inaczej. W początkach kwietnia dowództwo austriackie poprosiło o pomoc swego niemieckiego sojusznika, który skierował tu osiem swych dywizji, wśród nich elitarny korpus gwardii pruskiej. Całość dowództwa nad 11 Armią powierzono gen. Augustowi von Mackensenowi. Tzw. operacja gorlicka rozpoczęła się 2 maja 1915 r., przynosząc całkowitą zmianę w układzie frontów; kolejno w ręce niemiecko-austriackie przechodziły Jasło, Tarnów, Krosno, Rzeszów, Przemyśl. W ciągu dwóch tygodni udało się przesunąć front kilkaset kilometrów na wschód – za Złoczów, Tarnopol i Pińsk. Za frontem pozostały ruiny i zgliszcza.

 


W Besku i Mymoniu rzeka Wisłok dwukrotnie stała się linią frontu – w 1914 i 1915 r. Podczas operacji gorlickiej walki trwały tu od 9 do 11 maja 1915 r. Walkę rozpoczął ostrzał ciężkiej artylerii z Rymanowa na Zarszyn (gdzie spaliło się aż 230 domów i kościół), Posadę i Długie (tu spaliły się 92 domy). Od ognia artyleryjskiego bardzo ucierpiało także Besko.

 

Tak odnotowuje te tragiczne dni roku 1915 beska Kronika parafii Besko:

Front wojny przechodzi 9, 10 i 11 maja przez Besko. Besko się pali. Po przełamaniu linii frontu pod Gorlicami przez Niemców, ścigani Rosjanie stawili opór na linii Beska, aby nieco powstrzymać napór nieprzyjaciela. Austriacy szli 3 razy na bagnety, zginął dowódca 77 pułku piechoty – major austriacki, który ten pułk do ataku na czele prowadził. Bitwa trwała przez cały dzień 9 maja. Zapalone ogniem artylerii spłonęły wszystkie budynki gospodarcze plebańskie i cały inwentarz żywy – 15 krów i koni. Z pożaru ocalał kościół i plebania.[60]

A tak opisuje to Stanisław Banek:

Mój ojciec miał wtenczas 12 lat, przez całe życie wspominał więc I wojnę. (…) Ponieważ I wojna była dla cywilów stosunkowo humanitarna, ojciec z kolegami mogli dużo widzieć. Toteż mogłem słuchać niekończących się opowiadań. O tej wojnie słuchałem w domu i u sąsiadów, najczęściej u Szałankiewicza (Górskiego), gdzie co wieczór, zimową porą, schodzili się gospodarze, radząc i wspominając. Słuchałem więc o „tuszonce”, beczkach pełnych masła, prasowanej kawie z cukrem, pięknej broni, pięknych koniach, doskonałym wyposażeniu i całych krowach gotujących się w kotłach. Wojsko rosyjskie stacjonowało we dworze, a chłopcy mówiący po rusku doskonale się z Rosjanami rozumieli.[61]

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Szczególne natężenie walk miało miejsce 9 i 10 maja; po całodniowej walce, w której doszło nawet do walki wręcz (na białą broń), mieszkańcy Mymonia słyszeli przez całą noc jęki ciężko rannych, proszących o dobicie. W czasie tej walki zginął dowódca 77 pułku piechoty. Trzykrotny szturm niemiecko-austriacki przełamał w końcu obronę rosyjską, tak w Mymoniu, jak też w Besku. Nastąpiła rzeź. Strzelający z budynków folwarcznych Rosjanie (głównie dońscy kozacy) zostali okrążeni i rozsiekani szablami, podobny pogrom nastąpił na polach za dworem, gdzie doszło do walki wręcz na bagnety.


Po bitwie naliczono około pięciuset zabitych, których pochowano w pięciu zbiorowych grobach (w trzech spoczywają żołnierze armii austriacko-niemieckiej, w tym Bośniacy, w dwóch zaś – rosyjskiej; każda mogiła liczy od 70 do 100 zabitych) na cmentarzu w Besku i na wojskowym cmentarzu w Lesie Mymońskim, który – przez wiele lat zaniedbany i zarosły lasem – udało się ostatnio, dzięki dotacji z Urzędu Marszałkowskiego w Rzeszowie, odrestaurować; postawiono też na nim wysoki żelazny krzyż.


Trochę dziwi fakt, że nie mamy żadnej informacji o beskich Rusinach, którzy byliby internowani w obozie w Talerhofie k. Grazu, przez który wszak przewinęło się około 14 tys. osób, a blisko 2 tys. zmarło. Powodem może być jednak fakt, że Rusini z Beska identyfikowali się raczej z Ukrainą, aniżeli z Moskwą. Pomimo bliskiego pokrewieństwa językowego z obecnymi tu w czasie wojny Rosjanami, bescy Rusini nie byli moskalofilami. Nie było tu także jawnych Ukraińców, nawołujących do oderwania się od Galicji i utworzenia „samostijnej Ukrainy”. Stąd władze austriackie, skądinąd pilnie śledzący wszelką irredentę, nie znalazły podstaw, by kogokolwiek z beskich Rusinów zesłać do Talerhofu – pierwszego obozu koncentracyjnego w Europie.

Przedłużająca się wojna i bezsens ciągłych ataków, w czasie których w bratobójczych walkach ginęły po obu stronach tysiące Polaków, Rusinów i Słowaków, wywoływały zniechęcenie i pragnienie jakiejś stabilizacji. Ucieczki z armii zaczęły przybierać wręcz masowy charakter. Do ustnej legendy urosła obfitująca w różne przygody ucieczka z armii austriackiej trzech beszczan, Wiktora Płatka, Józefa Kopeckiego i Józefa Trzaskosia. Myśleli, że w rodzinnej miejscowości zdołają się ukryć i przeczekać trudny czas – nie wiedzieli, że właśnie tutaj dosięgnie ich największe zagrożenie… Ale dzięki łutowi szczęścia, własnej przemyślności i rodzinom, które w największej tajemnicy udzielały im wsparcia, przeżyli i doczekali wolnej Polski. Historia Wiktora Płatka i jego kolegów, obfitująca w liczne anegdoty, a obecnie zapomniana, warta jest filmowego scenariusza!

Zaraz po zakończeniu wojny Besko opuścili – niestety, przymuszeni przez kilku uzbrojonych mieszkańców (w czasie wojny zagrożonych denuncjacją) – prawie wszyscy Żydzi. Trudno teraz oszacować ich liczbę – prawdopodobnie było to 40-50 osób, czyli 6-7 rodzin.[62] Powodem była nie tyle ludzka zawiść i zwykła grabież – lub sprzedaż po zaniżonej cenie – żydowskiego majątku (mieszkali przeważnie w budynkach murowanych, niektóre z nich, odrestaurowane, stoją do dziś), a postawa niektórych Żydów w końcowych miesiącach I wojny światowej, jawnie współpracujących z władzami austriackiej żandarmerii wojskowej, polującej na dezerterów z armii. W warunkach ówczesnego rozprzężenia racja było po stronie silniejszego i uzbrojonego. Bescy Żydzi, po szybkiej sprzedaży swych domów, załadowali na wozy swe mienie, udając się najczęściej do najbliższych miejscowości (np. Arie Bobik, osiadł we Wróbliku, gdzie założył karczmę).[63] To także było powodem, iż w Besku w czasie II wojny światowej nie było rodzimego żydowskiego holocaustu…


Pożydowską karczmę (stojącą na miejscu dzisiejszego zajazdu „U Kowala”) po I wojnie światowej zakupił Rusin Andryc i przerobił na mieszkanie z zapleczem gospodarczym. Przy karczmie stała również murowano-kamienna kuźnia. Po wyjeździe z Beska Ukraińców, budynek dawnej karczmy przejął przybyły ze Wschodu osadnik Wróbel.

 

Czas wojny doprowadził do obniżki wydajności z hektara, a ciągła konfiskata mienia (w tym koni, bydła i nierogacizny) do dalszego zubożenia ludności (nowością stała się na wsi rekwizycja żaren). Kwaterujące wojska wprowadzały obowiązkowe dostawy zboża oraz ograniczały jego przemiał w młynach.

 

Besko, Mymoń i Poręby wchodziły do II Rzeczypospolitej jako wioski biedne, wyniszczone przez wojnę i powszechne ubóstwo.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

[1] Bętkowski Walerian, op. cit. s. 31.

[2] Fras Zbigniew, Galicja. Wrocław 2002, s. 298.

[3] Rymar Stanisław, Haczów, wieś ongiś królewska (1350-1650). Komitet Obchodu 1000-lecia Polski i 600-lecia Haczowa, Kraków 1962.

[4] Mam także informację, że swoją kronikę, ale w sposób rocznikowy, pisał także pochodzący z Mymonia franciszkanin w Krośnie, ks. Stanisław Szałankiewicz (o. Nikodem) (1910-1979), który na niej opierał swoją świetną wiedzę o dziejach beskiej parafii (co wykorzystał podczas znakomitej homilii 14 września 1966 r. w czasie uroczystości milenijnych); być może ks. Mikosz korzystał także z tego źródła. Jakąś formę kroniki zostawił ks. dr Michał Pelczar (katecheta w Besku w latach 1947-1955), niestety, została ona wypożyczona przez nieznaną kobietę na potrzeby pracy naukowej, po czym nie zwrócono jej.

[5] Setki nazwisk z XVIII w. wypisał dr Mieczysław Dunin-Wąsowicz, korzystając z ksiąg parafialnych, wypożyczonych przez ks. proboszcza Stanisława Knapa. Zob. „Miesięcznik Heraldyczny. Organ Towarzystwa Heraldycznego we Lwowie”, nr 1-3, Lwów 1908.

[6] Ks. Szymon Urbański, brat Adama, przyszedł na stanowisko proboszcza do Beska w 1787 r. Duszpasterzował w Besku do 1810 r. Za jego kadencji założono księgi parafialne. Związany z Haczowem ród Urbańskich żył tam aż do roku 1944, tj. do śmierci ostatniego męskiego potomka, 93-letniego Mieczysława Urbańskiego, który testamentem swym przekazał gminie Haczów i parafii zarówno folwark, jak fundację Nieczujów Urbańskich.

[7] Herbarz Polski Kaspra Niesieckiego SJ powiększony dodatkami późniejszych autorów, rękopismów, dowodów urzędowych i wydany przez Jana nep. Bobrowicza. Tom VI, Lipsk 1841, s. 335. Wiadomości o herbach można znaleźć także w: Brűckner Aleksander, Encyklopedia Staropolska. Nakładem Księgarni Trzaski, Everta i Michalskiego. Warszawa 1939. Dokładny opis herbów w: Gloger Zygmunt, Encyklopedia Staropolska. Druk P. Laskauera i W. Babickiego. Warszawa 1901.

[8] Rymar Stanisław, op. cit.

[9] Mikosz Jan, ks., op. cit.

[10] Kłopotowscy mieli też inny herb: Ślepowron (w polu błękitnym na krzyżu maltańskim zdobiącym podkowę – kruk czarny z pierścieniem złotym w dziobie; nad hełmem w koronie taki sam kruk z pierścieniem). Prawdopodobnie chodziło jednak o inną linię Kłopotowskich. Herbem Ślepowron pieczętował się także gen. Truskolaski, spoczywający na cmentarzu w Besku, a także… – gen. Wojciech Jaruzelski, były I sekretarz PZPR, minister obrony narodowej (odpowiada za wejście jednostek polskich do Czechosłowacji w 1968 r. oraz za masakrę robotników w grudniu 1970 r. na Wybrzeżu) i niechlubny przew. WRON; 13 grudnia 1981 r. ogłosił wprowadzenie stanu wojennego w Polsce.

[11] Schematismus Universi Venerabilis Clerici, Saecularis et Regularis Dioeceseos Ritus Latini Premisliensis pro Anno Domini 1862. Jasło 1861, s. 45. (Rok wydania podano prawidłowo – tak na stronie tytułowej)

[12] Mikosz Jan, ks., op. cit.

[13] Właściwie Besko mogłoby nosić ten właśnie herb – jest powszechnie znany: jeździec na koniu z tarczą i mieczem, nad nim korona z krzyżem.

[14] Czyż ktoś w Besku mógłby przypuszczać, że wieś może poszczycić się związkami zarówno z późniejszym świętym salezjaninem Augustem Czartoryskim, jak też – przez pierwszą żonę Władysława – z królem Hiszpanii, Ferdynandem VII, a poprzez drugą żonę – z samym królem Francji, Ludwikiem Filipem I!?

[15] Lesław Myczkowski, autor Mojej drogi do adwokatury, pisze na s. 21., że Besko gdzieś do czasu I wojny światowej należało do Truskolaskich (krewnych ze strony matki) (Myczkowski Lesław, Moja droga do adwokatury. Zielona Góra, bdw.); brak jest jednak jakichkolwiek źródeł czy nawet ustnych przekazów, potwierdzających ten fakt. Natomiast Truskolascy (np. Janina Truskolaska) mieszkali w dworze beskim. Jedynym śladem po nich jest grób na beskim cmentarzu…

[16] Ciekawostką jest, że wg Stefana Kieniewicza ani jeden Żyd nie padł ofiarą zrewoltowanych chłopów, podobnie też nie ucierpiał żaden urzędnik czy osadnik niemiecki (Stefan Kieniewicz, Ruch chłopski w Galicji w 1846 roku. Wrocław 1951.).

 

[17] Rymar Stanisław, op. cit.

[18] Mikosz Jan, ks., op. cit.

[19] Warto tu wspomnieć, że Stanisław Wyspiański dwukrotnie bawił w pobliskim Rymanowie Zdroju (w 1901 i 1903 r.), lecząc się z pewnej „wstydliwej choroby”, często nazywanej „francuską” [Jakżeż ja się uspokoję – / pełne strachu oczy moje, / pełne grozy myśli moje, / pełne trwogi serce moje, / pełne drżenia piersi moje – / jakżeż ja się uspokoję… – wiersz ten powstał ok. 1902 r.; wg Wilhelma Feldmana, przyjaciela poety, wieszcz napisał go, gdy dowiedział się, że jest chory wenerycznie, co wówczas oznaczało – nieuleczalnie. A napisał ten utwór w określonym celu – w taki bowiem sposób powiadomił swą ciotkę Stankiewiczową o grożącej mu rychłej śmierci. Wiersz zawierający te aluzje położył na stoliku w mieszkaniu ciotki – wg: J. Dürr-Durski, S. Durski, Wyspiański, jak się o nim nie mówi. „Przegląd Humanistyczny” 1969, nr 6.]. Tu, w Rymanowie Zdroju, 24 sierpnia 1901 r. powstał słynny wiersz: Hej, las rymanowski za mgłą, / a mnie dzisiaj jechać do Krakowa….

[20] Dla porównania, pańszczyzna w Badenii została zlikwidowana w 1783 r., w Danii – w 1788 r., we Francji – w 1789 r., w Prusach – w 1807 r. (w Wielkim Księstwie Poznańskim – w 1823 r.), w Bawarii – w 1808 r., zaś w Rosji – aż w 1862 r.; w Królestwie Kongresowym jeszcze później, bo po upadku powstania styczniowego, w 1864 r.

[21] Nie wiemy, czy w Besku, wzorem innych wsi łemkowskich, w 1848 r. odbył się uroczysty „pogrzeb pańszczyzny”, z trumną zawierającą powinności wobec dworu, chorągwiami i procesją. Wieś była co prawda w połowie zamieszkała przez Rusinów, ale w dużej mierze spolonizowana, a bilingwilizm był powszechny. Nie ma także w Besku znanego z innych wsi „krzyża pańszczyźnianego” (naruszenie takiej kapliczki w Bóbrce k. Soliny spowodowało aż wybuch tzw. powstania leskiego w 1932 r.).

[22] Na historii karpackich Rusinów w pocz. XX w. zaważyło głównie pojawienie się wśród nich odrębności narodowej, a co za tym idzie – świadomości narodowej. Pierwsze jej oznaki pojawiają się już w poł. XIX w. W 1843 r. Michał Łuczkaj spisał pierwszą Historię Rusinów Karpackich, zaś w 1847 r. Aleksander Duchnowycz wydał pierwszy rusiński elementarz. On także jest twórcą wiersza, który stał się hymnem Łemków (Podkarpatsky Rusyny, ostawte hłubokyj son… – Podkarpaccy Rusini, przebudźcie się z głębokiego snu). W tym czasie stał się również wyraźny etnograficzny podział ludności ruskiej na Łemków, Bojków i Hucułów.

[23] Urodzony w Lubatówce w 1843 r. Kazimierz Chłędowski, późniejszy właściciel pobliskiego Wietrzna k. Dukli, zasłynął przede wszystkim jako autor dwutomowych pamiętników (Pamiętniki. Galicja i Wiedeń, obejmujące lata 1843-1901. Poza tym pisał poczytne w swoim czasie powieści obyczajowe i kryminalne, lecz przede wszystkim zajmował się relacjami stosunków polsko-włoskich na przestrzeni wieków (Królowa Bona, Dwór w Ferrarze, Rzym, ludzie Odrodzenia, Rzym, ludzie Baroku, Rokoko we Włoszech, Historie neapolitańskie, Ostatni Walezjusze). Wierny poddany monarchii austro-węgierskiej (urzędnik, później minister ds. Galicji) był przeciwnikiem powstania styczniowego. Zmarł w 1920 r. w Wiedniu.

[24] Chłędowski Kazimierz, Pamiętniki. Galicja (1843-1880), Wiedeń (1881-1901). T. I-II. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław, 1957.

[25] Dziś w górnej części ul. Górskiej stoi nowa, kapliczka słupowa z Matką Bożą, postawiona na miejscu starszej, stojącej kiedyś na końcu wsi za zabudowaniami. Czy jednak wskazuje miejsce cmentarza?

[26] W swojej Kronice parafii Besko ks. Mikosz tak zawsze zapisuje jego nazwisko (być może idąc za autografem ks. Flaiszmana z jego kroniki). Taki też zapis nazwiska beskiego proboszcza, w latach 1854-1881, znajduje się na tablicy nagrobnej (Flaiszman). Stąd też, w niniejszym opracowaniu przyjęto taką właśnie pisownię nazwiska księdza.

[27] Mikosz Jan, ks., op. cit.

[28] Należy pamiętać, że ówczesna parafia rzymskokatolicka obejmowała obszar Beska (z przysiółkiem Poręby), Mymonia, Milczy i Odrzechowej z Pastwiskami.

[29] Podaję za: Płatek Ryszard, ks., Parafia Besko obrządku łacińskiego w latach 1918-1939. Praca magisterska z historii Kościoła napisana pod kierunkiem ks. dra Tadeusza Śliwy w ramach umowy z Wydziałem Teologicznym Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Przemyśl 1998, s. 25.

[30] Antoni Schnaider (1825-1880), polski urzędnik, dokumentalista i kolekcjoner dziejów Galicji; swe materiały opublikował po raz pierwszy w 1868 r. w założonej przez siebie Encyklopedii Krajoznawstwa Galicji. Po fiasku tego przedsięwzięcia przekazał swe zbiory krakowskiej Akademii Umiejętności. Obecnie kolekcja ta znana jest pod nazwą Teki Schnaidera i dostępna dziś w Archiwum Państwowym w Krakowie na Wawelu. Informacje o Besku znajdziemy w dwóch Tekach… – 85 i 86.

[31] Na grobie znajduje się już nazwisko w nowej, spolszczonej wersji: Marcin Fidler (1830-1895)

[32] Teki Schnaidera. Archiwum Państwowe w Krakowie na Wawelu, nr 85 i 86. Podano wybiórcze, luźne notki, niezwiązane ze sobą.

[33] Wg schematyzmu z roku 1903 cerkiew w Besku była w 1880 r. odnowiona; dopiero młodsze schematyzmy (z roku 1928 i 1936) mówią o zbudowaniu cerkwi (podając rok 1880 i/lub 1881).

[34] Schematyzm. Greko-Katolickie Apostolstwo w Przemyślu. 1903.

[35] Wiadomości zebrane z różnych stron z: Skorowidz Powiatu Sanockiego wydany na podstawie dat zebranych w roku 1911. Nakładem Józefa Barzyńskiego ck sekretarza powiatowego w Sanoku drukiem Franciszka Patały 1911 r.

[36] Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich. Tom I. Warszawa. Nakładem Filipa Sulimierskiego i Władysława Walewskiego. 1880, s. 159.

[37] Nie każdy wie, że w zaborze austriackim obowiązywał na drogach ruch lewostronny (jak w Wielkiej Brytanii), odwrotnie niż w innych zaborach. Dopiero z chwilą odzyskania niepodległości, w dawnej Galicji wprowadzono jednolite zasady ruchu drogowego (prawostronnego).

[38] Mikosz Jan, ks., op. cit.

[39] „Gazeta Sanocka”, nr 35. z 1 grudnia 1895 r., gdzie zamieszczono lokalny rozkład jazdy kolei.

[40] Rok wcześniej, 8 lipca 1894 r. w zarszyńskim kościele ks. Wojciech Janusz podczas kazania zaczął piętnować niektórych zarszynian, nazywając ich drabami i łajdakami, gdyż pomimo zakazu konsystorza biskupiego prenumerowali gazetki ks. Stojałowskiego („Wieniec”, „Pszczółkę” i „Przyjaciela Ludu”). Wtedy z chóru odezwał się gromko Nikodem Dracz: „Tu nie ma drabów!”. Wszczął się ruch, niektórzy wyszli z kościoła, wiele kobiet płakało. (Ciupka Jan, W gminie Zarszyn i okolicy. Informator krajoznawczo-historyczny. Krosno 2003, s. 19.).

[41] Zastąpił zmarłego Jana Duklana Słoneckiego (1859-1896), syn Zenona Słoneckiego (1842-1912) i Marceliny Jaruntowskiej h. Prus III; Jan Duklan Słonecki spokrewniony był z Żeleńskimi, m. in. Tadeuszem „Boyem” Żeleńskim i siostrami Pareńskimi (uczestniczkami słynnego Wesela w podkrakowskich Bronowicach, literacko sportretowanych przez Stanisława Wyspiańskiego).

[42] Znacznie wcześniej, w 1867 r., z okręgu rymanowskiego posłem do austriackiego parlamentu został mieszkaniec pobliskiej Odrzechowej – Stefan Zeńczak.

[43] „Gazeta Sanocka”, nr 100. z 28 lutego 1897 r. Ale w czasie prawyborów zdarzały się także sytuacje zabawne – oto w czasie prezentowania swoich programów wyborczych inny kandydat z Beska, Stanisław Traczewski, mówił o „sługach i włóczęgach, puszczaniu krwi i rwaniu zębów”, tak prezentując brak opieki zdrowotnej dla biedoty.

[44] Albin Janusz, Szaflik Józef Ryszard, Listy Jana Stapińskiego 1895-1918. Wrocław 1977.

[45] Ks. Teofil Kałużniacki, greckokatolicki proboszcz w Zagórzu na przełomie XIX i XX w., zastępca marszałka powiatowego. Nie należy go mylić ze znanym greckokatolickim księdzem Wołodymyrem Kałużniackim, zmarłym w 1934 r.; pochowano go w Bartnem, w którym był proboszczem przez 49 lat. Ks. Wołodymyr to ciekawa postać – znał sześć języków, na plebanii posiadał bogaty księgozbiór, m.in. książki w języku łacińskim, niemieckim, rosyjskim. Po przejściu w latach 1928 -30 znacznej ilości mieszkańców Bartnego na prawosławie, utracił stanowisko parocha. Przeciwstawiał się szerzeniu poglądów ukrainofilskich, dlatego został wyrzucony z plebanii. Odtąd żył w ogromnym ubóstwie, tułając się po wsi, zyskując coś niekiedy od litościwych byłych parafian. Nowy proukraiński i nacjonalistyczny proboszcz nie był tak światły, jak ks. Wołodymyr Kałużniacki, a książki z biblioteki poprzednika wyrzucił pod schody plebanii.

[46] Albin Janusz, Szaflik Józef Ryszard, op. cit.

[47] Stapiński Jan, Pamiętniki. Warszawa 1959.

[48] Helena z Załęskich i jej mąż Kazimierz Ostaszewski pozostawili dwie córki: Franciszkę (wydaną za Ksawerego Czermińskiego) i Ludwikę (żonę Franciszka Niezabitowskiego), ale Zarszyn wraz z dwoma folwarkami (w Posadzie i w Długiem) w 1842 r. przekazał swej wnuczce, Adeli Czermińskiej (1822-1904), poślubionej Janowi Wiktorowi (1812-1877) z Niebocka. Dobra zarszyńskie po Adeli i Janie Wiktorach dziedziczył ich syn, Kazimierz Wiktor (1845–1904), a po nim z kolei jego syn, Jan Wiktor (1878–1944). Po II wojnie światowej cały majątek znacjonalizowano.

[49] Ks. Zygmunt F. Męski, człowiek bardzo aktywny i gorliwy w głoszeniu Słowa Bożego – w 1910 r. poświęcił kamień węgielny pod budowę nowego domu księży saletynów w Dębowcu, gdzie ks. Męski był proboszczem. W homilii ks. Męski, nawiązując do orędzia Matki Bożej z La Salette, wezwał saletynów do jego głoszenia całemu ludowi Podkarpacia. Jednocześnie pełnił funkcję posła do austriackiego parlamentu, był bardzo aktywnym działaczem społecznym – z jego inicjatywy zbudowano szkołę i utworzono Kasę Stefczyka. W latach 1923-1935 proboszcz kolegiaty pw. Bożego Ciała w Jarosławiu. Drugi syn, Tadeusz, był lekarzem i zginął podczas I wojny światowej. Córka, Kazimiera, pracowała jako nauczycielka i dyrektorka szkoły w Posadzie (Sanok); w czasie II wojny światowej pracowała w szkole w Besku. (B. Płatek, Pamięć wieczna jak kamień…).

[50] Kartka z osobistego pamiętnika Stanisława Kornasiewicza (członka Drużyny Bartoszowej i żołnierza legionów), przechowywanego w zbiorach rodziny Kornasiewiczów, której bardzo dziękuję za udostępnienie tego niezwykłego dokumentu. Tekst pamiętnika dostosowano do współczesnej ortografii.

[51] Staszic Stanisław, Przestrogi dla Polski. Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo. Wrocław 2003, s. 196.

[52] Dunin-Wąsowicz Krzysztof, Jan Stapiński, trybun ludu wiejskiego. Warszawa 1969.

[53] W obu kalendarzach co cztery lata następuje rok przestępny, lecz w gregoriańskim istnieje wyjątek: jeśli rok jest podzielny przez sto, a nie jest podzielny przez czterysta, jest wtedy rokiem nieprzestępnym (np. rok 1900 nie był przestępny, ale 2000 – tak). Kalendarz juliański spóźnia się zatem w porównaniu z kalendarzem gregoriańskim o jeden dzień na każde stulecie (z wyjątkiem czterechsetnych). Wprowadzając w 1582 r. nowy kalendarz, papież Grzegorz XIII zdecydował, że po 4 października tego roku nastąpi od razu 15 października – chodziło o to, by równonoc wiosenna przypadała ponownie na 21 marca. Między obu kalendarzami powstało więc od razu dziesięć dni różnicy. Od tego czasu różnica ta zwiększyła się do trzynastu dni, zaś w roku 2100 przybędzie kolejny dzień. O tyleż samo przesunięte są w Kościołach wschodnich święta stałe. Na przykład Boże Narodzenie jest w nich obchodzone 25 grudnia według kalendarza juliańskiego, czyli 7 stycznia według kalendarza urzędowego [Michniewscy Magdalena i Artur, Duda Marta, Cerkwie drewniane Karpat…, s. 38.].

[54] Mikosz Jan, ks., op. cit.

[55] Mikosz Jan, ks., op. cit.

[56] W rzeczywistości pierwszym dowódcą II Brygady od 8 maja 1915 r. do 14 lipca 1916 r. był Ferdynand Küttner. Po nim dowództwo objął Józef Haller (do 19 lutego 1918)

[57] Kartka z osobistego pamiętnika Stanisława Kornasiewicza. Udział swego ojca w legionach potwierdził dodatkowo Jan Kornasiewiczem z Mymonia (wywiad z Janem Kornasiewiczem, przeprowadzony 8 marca 2011 r. przez Justynę Suwałę).

[58] Bętkowski Walerian, op. cit., s. 34.

[59] Tzw. historią alternatywną albo kontrfaktyczną historycy i zwykli ludzie interesowali się od zawsze. Warto np. sięgnąć do opracowania zbiorowego: Gdyby… Całkiem inna historia Polski, wydaną w 2008 r. przez Wydawnictwo Demart czy też książkę Janusza Osicy i Andrzeja Sowy Co by było, gdyby… Historie alternatywne, wydaną w 1998 r. Także literatura piękna sięga od czasu do czasu po takie tematy, np. znakomita powieść Philipa K. Dicka Człowiek z Wysokiego Zamku, przedstawiająca świat po II wojnie światowej, ale… wygranej przez Niemcy i Japonię!

[60] Mikosz Jan, ks., op. cit.

[61] Banek Stanisław, op. cit., s. 103.

[62] Wg schematyzmu z 1903 r. w Besku mieszkało 43 osoby wyznania mojżeszowego. Liczba ta jest zbliżona do podanej w spisie w roku 1900 (40 osób).

[63] Sytuacje żydowskich wypędzeń nie należą, niestety, do odosobnionych, w podobny sposób wypędzono w XVIII w. Żydów z pobliskiego Zarszyna. Przybyli tam ponownie dopiero w 2. poł. XIX w. Takie same akcje antyżydowskie miały też miejsce w pobliskim Jaćmierzu na pocz. lat 20. XX w. Wystarczy choćby prześledzić „Gazetę Sanocką” na przełomie XIX i XX w. lub pamiętnik Anny z Działyńskich Potockiej (Mój pamiętnik, Kraków 1927, s. 225-226), by zauważyć mnóstwo fragmentów dotyczących Żydów (ale nie biedoty żydowskiej), najczęściej z różnych powodów nieprzychylnych im. Czasem ma to charakter stricte antysemicki, znacznie częściej jednak stanowi protest przeciwko pazerności i wyzyskowi (niezależnie od narodowości). Ale są i dobre wspomnienia, np. w grudniu 1938 r., gdy Jerzemu Myczkowskiemu ciężko zachorował syn, kupcy żydowscy sami zaofiarowali mu sumę potrzebną na operacje i leczenie dziecka, nie żądając żadnego pokwitowania ani zastawu (mówiąc mu: „Kiedy pan będzie miał, to pan odda”).