I. 6. Hydrografia

Wyobraźmy sobie Besko bez Wisłoka – żadnych urwisk, skał…, przez położoną na nizinie wieś leniwie przepływałyby niewielkie potoczki, z małego pagórka wypływałby wątły strumyk, który dopiero po wielu kilometrach dołączyłby do równie leniwie płynącej skądś rzeczki…

Nieciekawy obraz… Wszyscy mieszkańcy Beska (i nie tylko) zżyli się z Wisłokiem od dzieciństwa; wielu pamięta czasy sprzed budowy zapory w Besku/Sieniawie (o jej nazewnictwie jeszcze będzie mowa), gdy rzeka niejednokrotnie wylewała, zatapiając niższe tereny.

Wisłok, najdłuższy lewobrzeżny dopływ Sanu, jest zarazem jedną z najdłuższych rzek w polskich Karpatach – jego długość wynosi 228 km; jest więc niewiele krótszy od Dunajca (247 km), ale znacznie dłuższy od Soły (89 km), Raby (135 km), Popradu (169 km), Wisłoki (164), Białej Dunajcowej (102 km) czy Ropy (105 km). Jest rzeką górską o bystrym nurcie i skalistym podłożu.

Wisłok przepływa przez trzy główne jednostki geograficzne: Beskid Niski, Pogórze Bukowskie i Dynowskie oraz Nizinę Sandomierską. Jego największymi prawobrzeżnymi dopływami są Pielnica, Stobnica i Mleczka, zaś lewobrzeżnymi: Morwawa i Lubatówka. Powierzchnia dorzecza wynosi 3528 km².

Źródła Wisłoka znajdują się na wschodnim podszczytowym stoku Kanasiówki 823 m w paśmie granicznym Beskidu Niskiego[1]. Schodząc na północ, osiąga wkrótce wieś Wisłok Wielki, Surowicę, Wernejówkę, by wkroczyć w swój najpiękniejszy przełomowy odcinek między Puławami a Beskiem. Po przełamaniu się przez beskie wzgórza, rzeka staje się nizinna, leniwie tocząc się w kierunku Haczowa i Krosna, by – po kolejnym łagodnym przełomie przez Bramę Frysztacką – osiągnąć Strzyżów, Czudec i wreszcie Rzeszów. Tu rzeka zmienia zdecydowanie kierunek na wschodni, mija Łańcut i – meandrując – w okolicy Dębna wpada do Sanu.

Najpiękniejszy, unikatowy w skali kraju przełomowy odcinek zaczyna się za Puławami Dolnymi. Rzeka wpada w skalny wąwóz o wysokich, zbudowanych z odpornego na wietrzenie piaskowca skałach, po czym przełamuje się przez nie, tworząc urokliwy, niezapomniany krajobraz.

A przecież jeszcze 100 tys. lat temu (w skali geologicznej to dosłownie minuta przed północą) wyglądało to zupełnie inaczej. Wisłok płynął z gór Beskidu Niskiego (wtedy jeszcze trochę wyższego) i gdzieś w okolicy dzisiejszej Sieniawy, nie mogąc pokonać skalnych ścian, skręcał na zachód, w kierunku Rymanowa, by tam przejąć wody Taboru i wraz z nim popłynąć na północ.

 

A co zmieniło jego bieg? Otóż, niewielki, ale bystry potoczek spływający ze skał dzisiejszego Jaru Wisłoka i wpadający do Wisłoka. Zmiana biegu rzeki nastąpiła wskutek zjawiska tzw. kaptażu, czyli przeciągnięcia. Drążący piaskowcowe skały potok powoli, lecz nieubłaganie otwierał nowe przejście dla Wisłoka, który około 80 tys. lat temu rzucił się w wyrwę między skałami, a powiększając ją, docierał coraz bliżej ku beskiej równinie. Wreszcie został uczyniony wyłom i Wisłok rozlał się szeroko po obecnych beskich łęgach, żłobiąc sobie nowe koryto.

 

W przełomowym odcinku w Rudawce Rymanowskiej najciekawsza jest tzw. Skała Olzy[2], wysoka na 20 m fliszowa wychodnia skalna, położona tuż obok rzeki. Stanowi zarazem geologiczną ciekawostkę – odkryto tu bogate, największe w polskich Karpatach oligoceńskie złoża łupków menilitowych z wkładkami dolomitów, margli i rogowców (nazwę nadaje im menilit – nieprzeźroczysta, brunatno-czarna odmiana opalu, minerału krzemionkowego). Odnajdziemy je łatwo na zachodnim zboczu wzgórza Horbek, 400 m od drogi. Całe złoże ma długość ok. 300 m, przy wysokości ok. 30 m; jego grubość oblicza się na 200 m. Na powierzchni łupków bez trudu można odnaleźć odciski kopalnych ryb trzeciorzędowych, niekiedy nawet całe dobrze zachowane szkielety.

 

W Mymoniu wisłocki przełom jest najwęższy, a przez to najciekawszy. Z obu stron odsłaniają się wysokie na 50-60 m szare skały piaskowcowe, w części porośnięte lasem mieszanym. Jest to znany Jar Wisłoka. Rzeka tworzy tu niemal zamkniętą pętlę, opływając niewielki cypel wzgórza Cerkiew 335 m. Ścieżka biegnie po obu stronach rzeki, ale najwygodniej i najbezpieczniej jest przejść prawym (orograficznie) brzegiem, którym poprowadzono zielony szlak turystyczny. Rzeka w okresie suszy, nawet w głębszych miejscach, rzadko przekracza 0,5 m; wszystko zmienia się w okresie silnych i długotrwałych opadów, gdy Wisłok często występuje z brzegów, zalewając całe dno doliny w przełomie. Także w Besku Wisłok podnosi się o kilka metrów, niszcząc brzegi (erozja boczna i wgłębna). Erozja boczna przyczynia się zarazem do tworzenia szerokich zakoli rzecznych, które po cofnięciu się wód zamieniają się w rozległe polany – prawy brzeg to właśnie nadrzeczna równina wycięta w skale i wyścielona stosunkowo cienką pokrywą osadów rzecznych (ok. 1 m). Proces erozji wgłębnej byłby znacznie bardziej nasilony, gdyby nie hamujące bieg wody, odporne na erozję, piaskowcowe progi skalne, sterczące prawie prostopadle do kierunku nurtu wody. Prąd Wisłoka tworzy tu małe, szumiące kaskady (szypoty), na których ruch wody jest przyspieszony, a woda burzy się i wzdyma, powodując przydenne wiry; one to właśnie wytworzyły małe kotły eworsyjne. Bystre wody Wisłoka unoszą pokruszony materiał skalny – częściowo jeszcze rozdrobniony i ogładzony – osadzając go w dużej masie tam, gdzie na małej przestrzeni nagle zmniejsza się spadek rzeki, tj. u wylotu przełomu. Tworzy się tu potężny i stale rosnący stożek napływowy, który dużym wachlarzem zasypuje prawie płaskie dno beskiej kotliny.

W zimie Wisłok częściowo zamarza. Jednakże lód na rzece nie tworzy równej tafli, kształtując na progach skalnych fantastyczne czapy lodowe, natomiast bystrza, ze względu na bardzo szybki ruch wody, pozostają wolne od lodu. Wiosną ruszają kry, prowadząc niekiedy do zatorów lodowych. Przyczyną są sterczące progi skalne, zatrzymujące masy lodu. Na szczęście są to spiętrzenia krótkotrwałe; bystry nurt rzeki szybko je rozbija (spadek rzeki[3] w przełomie dochodzi do 10‰).

Przełom Wisłoka pod Beskiem powstał w schyłkowym plejstocenie i jest jedynym tego typu przełomem w Polsce. Skały wąskiej doliny wznoszą się na wysokość od 20 do 60 m, niekiedy bardzo stromo (zaleca się ostrożność przy wspinaczce!), szczególnie piękne są jesienią, gdy biel piaskowcowych skał odcina się od całej palety jesiennych barw drzew i błękitnej wstęgi rzeki. Od czasu do czasu zdarzają się niewielkie na szczęście osuwiska poddanych erozji bloków skalnych. Obecnie Wisłok nadal prowadzi swą erozyjną działalność, ale ludzka skala czasu nie obejmuje tak drobnych zmian. Zapewne po kilkudziesięciu lub kilkuset tysiącach lat sam przełom Wisłoka zaniknie, a rzeka, przejąwszy koryta Pielnicy i Granicznika k. Bażanówki, opłynie Strachocinę, Jurowce, Srogów, by koło Trepczy dołączyć do Sanu. Przyroda ma czas…

Jar Wisłoka jest fenomenem przyrodniczym na skalę województwa, a może nawet kraju. Od dawna są plany utworzenia tutaj rezerwatu przyrody, niestety, należałoby wpierw wykupić grunty należące obecnie do mieszkańców Mymonia. Nieprzerwanie ciągną tutaj turyści, zwabieni niepowtarzalnym pięknem, tym bardziej, że od centrum Beska jest zaledwie 15 minut. Długość całego jaru – od Beska do Sieniawy – wynosi ok. 5 km.[4]

 

Dwa kilometry powyżej Jaru Wisłoka wznoszą się potężne betonowe ściany zapory wodnej w Besku.

 

Wisłok od zawsze był rzeką kapryśną i zmienną, od lat powodował – zwłaszcza wiosną i jesienią – groźne powodzie, wyrządzając ogromne szkody. Besko nie raz było świadkiem „wielkiej wody”. Ale szczególnie na jego wylewy, poza Beskiem, narażone były Poręby, Bzianka oraz Krosno. Jednocześnie podczas bardzo suchego lata Wisłok zmieniał się w leniwie cieknący strumyk, utrudniając wykorzystanie wody do celów komunalnych. Tymczasem na dotkliwy brak wody pitnej narzekali mieszkańcy Beska, Haczowa, Krosna, uzdrowiskowego Iwonicza czy Brzozowa. Wszystkie te względy zadecydowały o podjęciu decyzji w sprawie budowy zapory na Wisłoku – w przeciwieństwie jednak do potężnej Soliny, nie przewidziano tu budowy elektrowni, ograniczając tym samym rolę zbiornika do funkcji retencyjnych i dostarczania wody pitnej, w mniejszej mierze – turystyczno-wypoczynkowych.

Założeniem było, by przyszły zbiornik nie wyszedł poza dolinę Wisłoka (czyli w praktyce poza odcinek Besko – Sieniawa), toteż uniknięto, poza kilkoma przypadkami, wyburzeń domów i zajmowania terenów rolniczych. Oczyszczenie dna zbiornika nie przedstawiało większych problemów; wycięto po prostu pewną ilość drzew i wyrównano teren.

A jednak sprawa lokalizacji budziła kontrowersje. Pierwotnie zalew miał powstać nie w Sieniawie, lecz w Besku, nie pozwoliły jednak na to warunki geologiczne – nietrwałe, osypujące się łupki groziły destabilizacją gruntową całej budowli. Poza tym zaraz za Beskiem znajdował się wyjątkowo malowniczy przełom, porośnięty drzewami i krzewami; jego osobliwością są również skalne progi, przecinające koryto rzeki i ogromne głazy wygładzone przez wodę. Wybrano więc miejsce nieco powyżej Beska, w Sieniawie, na 169,5 kilometrze od źródeł rzeki, na bardziej sprzyjającym geologicznie terenie. Ale właśnie dzięki temu ocalało piękno tego przełomowego odcinka Wisłoka.

W 1973 r. generalny wykonawca – Rzeszowskie Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych i Hydrotechnicznych – wykonało pierwsze prace ziemne. Zbudowano zaplecze socjalne: hotel dla pracowników na 130 miejsc, pięć budynków administracyjno-mieszkalnych, pawilon handlowy, warsztaty, kuźnię; powołano do życia laboratorium. Całością budowy kierował inż. Paweł Reis.

30 marca 1975 r. zakończył się etap wstępny budowy. Ale trudności zaczęły się nieco później; ze względu na trudności w dostawie materiałów budowlanych, zwłaszcza cementu, ukończenie realizacji powoli się przeciągało. Dopiero w 1978 r. inwestycja została przekazana do użytkowania, zaś w roku następnym przystąpiono do układania rurociągu do Iwonicza Zdroju. W 1981 r. rozpoczęto budowę ujęcia wody przy zaporze. W sumie więc cała ta inwestycja ukończona została, po wielu perypetiach, z kilkuletnim opóźnieniem[5]. Ze zbiornika zaopatrywany jest w wodę Iwonicz Zdrój, Rymanów i Krosno. W latach 90. rozpoczęto budowę głównego ujęcia wody do Brzozowa, z czego skorzystało również Besko. Całkowita budowa sieci wodno-kanalizacyjnej w gminie Besko zakończyła się w 2004 r.

Zapora ma 174 m długości, 9,5 m szerokości w koronie i 38 m wysokości. Wysokość piętrzenia wody wynosi ok. 30 m. Zbiornik wodny ma powierzchnię 1,31 km² i pojemność 13,2 mln m³ (przy maksymalnym spiętrzeniu może zgromadzić aż 16 mln m³ wody). Dzieli się na dwie odnogi: główna przebiega wzdłuż koryta Wisłoka, mniejszą stanowi dolne koryto potoku Czernisławka. Zlewnia zbiornika posiada powierzchnię 211,9 km²; przeważają w niej lasy, a działalność rolnicza prowadzana jest w ograniczonym zakresie, głównie w zlewni Czernisławki[6].

Badania wód zbiornika prowadzone są od roku 1981, początkowo jedynie w okresie letnim, zaś od 1986 r. także w okresie wiosennym. Pobór próbek do badań odbywa się na trzech stanowiskach kontrolnych: poniżej ujścia potoku Czernisławka, na środku zbiornika i poniżej ujścia potoku Głębokiego. Z uwagi na cel wykorzystania wód zbiornika do celów pitnych, woda w nim powinna spełniać wymagania I klasy czystości. Z przeprowadzonych w latach 90. badań stwierdzono zbyt duże natlenienie (sprzyjające zasobności wód w biogeny) oraz obecność bakterii coli typu kałowego. Obecnie, w związku z przyjęciem restrykcyjnych praw ekologicznych, upowszechnieniem kanalizacji oraz rozwojem świadomości ekologicznej, obserwujemy znaczne zmniejszenie natlenienia i zmniejszenie się zanieczyszczeń organicznych[7].

Ze względu na strome, urwiste brzegi, zalew jest trudno dostępny dla celów rekreacyjnych, ponadto w pobliżu zapory obowiązuje strefa ochronna, co wynika z pobierania tu wody pitnej. Wszystko to sprawia, iż zalew jest zupełnie odmienny od gwarnej Soliny, Polańczyka czy Myczkowiec. Panuje tu cisza i spokój.

 

Na krańcach zbiornika zejścia do wody są znacznie łatwiejsze, rejon ten nadaje się do całorocznego wędkowania (m. in. płoć, okoń, sprowadzona kilkanaście lat temu sieja).

Rzeka do cofki zbiornika jest w niewielkim stopniu przekształcona przez człowieka. Jeszcze w latach 60. licznie zasiedlały ją m. in. małże, rak szlachetny i pstrąg potokowy; zostały jednak wyniszczone w latach 70. wskutek zanieczyszczeń odprowadzanych przez PGR w Moszczańcu oraz ścieków z gospodarstw rolnych. Obecnie dominuje kleń i okoń. Pstrąg potokowy występuje sporadycznie, zaczyna znów pojawiać się rak szlachetny. Jakość wody w rzece po upadku PGR-ów uległa radykalnej poprawie.

Największe zagrożenie dla ryb łososiowatych stanowią obecnie przepusty drogowe o przekroju kołowym. Tworzą one przeszkody skutecznie uniemożliwiające pokonanie ich przez pstrągi potokowe w czasie jesiennych wędrówek na tarliska. Tworzenie przepustów tego typu zostało zabronione, lecz mimo to nadal są budowane. Ostatni taki przepust powstał w 2004 r. w Puławach Dolnych.

 

I na koniec jeszcze sprawa nazewnictwa. I w specjalistycznych wydawnictwach, i na mapach, i w Internecie spotyka się różne nazwy na określenie wybudowanego w latach 70. zbiornika. W wędkarskiej prasie i na najbardziej popularnych internetowych satelitarnych mapach on line (np. www.maps.geoportal.gov.pl czy www.zumi.pl) zbiornik ten nazywany jest „Zbiornikiem Besko” lub „Jeziorem Beskim”. Podobną nazwą posługują się również specjalistyczne prace poświęcone budowie zapory i użytkowaniu tego akwenu.

Natomiast na mapach turystycznych Compassu, Demartu czy PPWK konsekwentnie stosuje się nazewnictwo odnoszące się do Sieniawy (Jezioro Sieniawskie, zapora wodna w Sieniawie). Taką też nazwą posługują się turyści, korzystający z tych map. Podobne nazewnictwo jest również w popularnej Wikipedii.

Obok zapory jest tablica informacyjna, na której napis jest jednoznaczny: „Zbiornik wodny Besko”.

 

Zapora obecnie zabezpiecza Besko i okolice przed wielką powodzą. Nawet w przypadku katastrofy (np. wybuchu), segmentowa konstrukcja zapory jest w stanie zagwarantować ograniczenie przelewu do jednej tylko jej części. Spowodowałoby to gwałtowny przybór wody w rzece poniżej zapory, ale utrzymałaby się w głębokim korycie Wisłoka; ucierpiałyby tylko domy położone nad brzegiem oraz niżej położone pola. Zagrożone natomiast byłyby Poręby i Bzianka.

W przypadku nagłego zniszczenia całej zapory (choć jest to w zasadzie niemożliwe) sytuacja wyglądałaby dużo gorzej. Spróbujmy, wzorem katastroficznych filmów, przedstawić symulacyjny obraz takiego lokalnego kataklizmu.

Na początku usłyszelibyśmy olbrzymi huk, przypominający grzmot, ciągle narastający. Kilkanaście milionów metrów sześciennych wody gwałtownie wtargnęłoby w wąski, dwukilometrowy wąwóz, wypełniając go po brzegi[8]. Spiętrzona zabójcza fala, wysoka na 14 metrów, rozpoczęłaby swą niszczącą działalność, zmiatając wszystko na swojej drodze. Pierwszy impet przyjęłyby na siebie wysokie brzegi Jaru Wisłoka. Tysiące wyrwanych z korzeniami drzew, skały oderwane od brzegów i dna, wymieszane z błotem z szybkością pociągu pośpiesznego zmierzałoby w stronę Beska. Do pierwszego spiętrzenia wody doszłoby w tzw. Zawoju k. Gniewoszówki. Po 3-4 minutach wody pochłonęłyby tartak, a później pierwsze domy przysiółka Sucha Wieś. Pięć minut po katastrofie spiętrzona w wąskim przesmyku woda rozlałaby się gwałtownie na drogę, okolice urzędu gminnego, „Pawilonu”… Setki tysięcy ton wody wraz z drzewami i skałami zniosłyby most drogowy na Wisłoku, zalewając niżej położoną część wsi. Prawdopodobnie ocalałby most kolejowy (mający ażurową konstrukcję), natomiast zniszczona zostałaby kładka. Rozlewając się szeroko, woda równocześnie traciłaby impet i wysokość, ale mimo wszystko zostało by zalane Porzecze i Zakącie; woda wdarłaby się na parter szkoły, ogarnęłaby Cieplaki… Wzniesiony na wysokich fundamentach nowy kościół, chociaż otoczony wodą, ocalałby, wznosząc się niczym wyspa, ale przez cmentarz przetoczyłaby się warstwa burej, błotnistej wody, już wolnej od drzew, które osiadłyby niżej. Skutków powodzi doznałaby także Zapowiedź, choć tu fala miałaby już ok. 1-2 m; woda zatrzymałaby się w Posadzie Zarszyńskiej. Za Beskiem rozlane wody rozmywałyby wały, zalewając Trzecinki. Przez wiele godzin nizinna część wsi pokryta byłaby metrową warstwa wody, która z czasem zaczęłaby opadać.

Po ok. 45 minutach czoło fali dotarłoby do Poręb, a 10 minut później do Bzianki, ale już w Porębach wysokość fali znacznie by zmalała, osiągając tylko 1,3 m. Woda dotarłaby także do Pielnicy, podnosząc jej poziom, ale zarówno prawobrzeżny Zarszyn, jak i Jaćmierz nie doznałyby skutków powodzi, chociaż lokalne podtopienia są możliwe. Po ok. dwóch godzinach fala dotarłaby do Krosna, zalewając ul. Legionów i Podwale.

Tylko mieszkańcy Mymonia, Woli i wyżej położonych domów Suchej Wsi i Hrabeni, bezpieczni w swoich domach, z przerażeniem obserwowaliby kataklizm, który nawiedził niżej położone części wsi. Co dostrzegliby po opadnięciu wody? Dziesiątki zniszczonych domów, setki leżących, wyrwanych z korzeniami lub wymytych drzew, gruzy mostu, kompletnie zniszczoną drogę… I ciała ludzi i zwierząt…

Jedynym ratunkiem dla ludzi byłoby natychmiastowe poszukanie schronienia na wyższym terenie, ale w przypadku mieszkańców Suchej Wsi decydowałby czas; byłby on po prostu za krótki, aby ktokolwiek zdążył dotrzeć do wyżej położonych miejsc.

Ten apokaliptyczny obraz w praktyce jest na szczęście nierealny. Sposób budowy współczesnych zapór nie pozwala na równoczesne zniszczenie wszystkich jej bloków, tak więc zarysowana wizja – choć teoretycznie możliwa – niech przemawia tylko do autorów katastroficznych thrillerów.

 

Czy na Jeziorze Beskim możliwe są fale tsunami, którymi tak obficie karmi się współczesne kino? W zasadzie jest taka możliwość, chociaż stopień prawdopodobieństwa jest bliski zeru. Otóż jezioro to zostało utworzone w skałach fliszowych. Zewsząd otaczają je niewysokie tereny – poza jednym wyjątkiem: górującym na zachodzie wzgórzem Kiczura 500 m. Można sobie wyobrazić sytuację, gdy po wielotygodniowych ulewnych deszczach nasączone wodą fliszowe warstwy nie są już w stanie utrzymać równowagi. Miękki łupek staje się śliską pochylnią, po której tysiące ton piaskowców zsuwa się coraz szybciej do jeziora. Tak się składa, że właśnie w tym miejscu znajduje się szeroka półkilometrowa zatoka – nagle wypiętrzona fala mogłaby mieć nawet kilkadziesiąt metrów wysokości. Jej czoło skierowane byłoby na wschód i północ; w ciągu kilkunastu sekund uderzyłaby na Pastwiska, po czym dotarłaby do Odrzechowej. Druga jej część skierowana byłaby na północ, w stronę Głębokiego i Sieniawy, ale tu jej wysokość i siła byłyby już mniejsze. Docierając do zapory, przelałby się przez nią, ale sama budowla by ocalała, tym samym zabezpieczając Besko przed powodzią. Taka sytuacja zdarzyła się kilka razy w Bieszczadach – w 1907 r. z Chryszczatej 997 m zsunął się fragment zbocza, przegradzając bieg potoku Olchowatego i tworząc trzy (obecnie dwa) Jeziorka Duszatyńskie. Ludzie z Komańczy i Rzepedzi uciekali w popłochu, słysząc przerażający huk; myśleli, że nadchodzi koniec świata. Pisała nawet o tym „Gazeta Sanocka”. Ostatni taki wypadek zdarzył się niedawno – w 1980 r. osunął się niewielki fragment południowego zbocza Połomy 776 m, tworząc na kilka lat tzw. Jeziorko Szmaragdowe (obecnie już nie istnieje). Przyroda potrafi więc działać bardzo gwałtownie[9].

Gdy spojrzymy na mapę gminy Besko, zauważymy dziesiątki mniejszych lub większych potoczków, fos i rowów melioracyjnych – tych ostatnich jest szczególnie dużo na polach i łąkach pomiędzy Beskiem, Milczą a Porębami. Obszar na południe od Poręb to istna szachownica przecinających się pod kątem prostych rowów odwadniających. Są jednakże naturalne małe cieki wodne, głównie w północnej części gminy (Wola, Hrabeń, Mymoń).

Większość potoków nie ma swoich nazw bądź posiada nazwy lokalne, znane tylko nielicznym (np. „Potok”, „Przekopa” czy gw. „Krzykopa”). Warto jednak wymienić czterokilometrowy potok „Wolski”, wypływający ze zwornika wzgórz Krzyż i Cerkiew w przysiółku Wola. Płynie w dół ul. Bieszczadzkiej, by później stać się „drogowym” potokiem Hrabeni. Po opuszczeniu tego przysiółka przecina tor kolejowy i na wysokości 276 m wpada do potoku Rózinka, wypływającego spod turbin wiatrowych nad Wróblikiem Szlacheckim. Rózinka w Porębach stanowi potok graniczny, oddzielający gminę Besko od Bzianki (w gminie Rymanów). Dużo mniejszym, kilometrowym zaledwie ciekiem wodnym jest potok „Hrabeński”, którego początek znajduje się niemal w tym samym miejscy, co potoku „Wolskiego”. Potoczek ten oddziela wzgórze Krzyż 342 m od sąsiedniej zalesionej koty 366 m. Prawie wszystkie drobne potoczki po lewej stronie Wisłoka (poza potokiem w północnych Porębach) wpadają do wspomnianej Rózinki (ta zaś do Wisłoka w pobliskiej Bziance). Związane jest to z wałami przeciwpowodziowymi, którymi otoczony jest Wisłok.

 

Potoki prawej strony Wisłoka są z reguły dopływami Pielnicy. Jednym z nich jest uregulowana fosa, biorąca swój początek koło ul. Dworskiej i po trzech kilometrach wpadająca do Pielnicy. Najdłuższym potokiem tej części Beska jest sześciokilometrowy potok „Mymoński” („Zapowiedzki”), wypływający spod koty 421 m w Lesie Mymońskim. Opuszczając las, dociera pośród pól do ul. Górskiej – tu gwałtownie zmienia kierunek na wschodni, przekracza ul. Cegielnianą, zbiera wody z pól zapowiedzkich, po czym biegnie w kierunku północnym. Właśnie tym potokiem od Zapowiedzi poprowadzono granicę między gminami Besko i Zarszyn. Łatwo go rozpoznać po krzyżu na drodze głównej.

W Mymoniu niewielki, dwukilometrowy potok wpada do Wisłoka, oddzielając od wschodu wzgórze Zamczysko od reszty Jaru Wisłoka.

 

Pomiędzy gminą Besko a gminą Zarszyn znajduje się graniczny odcinek wyznaczony rzeką Pielnicą, długości niecałych trzech kilometrów.

Źródła Pielnicy znajdują się poniżej północnego stoku Skibców 778 m (inna nazwa – Zrubań) w paśmie Bukowicy[10], na wysokości około 640 m. Po drodze mija Wolę Sękową, Nowotaniec, Nadolany, Pielnię, Długie, Zarszyn, gdzie – już uregulowana – na wysokości Poręb wpada do Wisłoka. Jej najważniejsze dopływy to kilkunastokilometrowy Granicznik (Bażanówka) i Zmienniczka.

Wisłok i Pielnica to dwie główne rzeki zlewne gminy Besko.

 

 

 

[1] We wrześniu 2003 r. młodzież z Beska uczestniczyła w rajdzie na Kanasiówkę 823 m; przed szczytem po zachodniej stronie niewielki strumyk – źródło Jasiołki, a po wschodniej stronie równie mały potoczek – źródło Wisłoka (Z.B.).

[2] Nazwa nawiązuje do powojennych osadników ze Śląska Cieszyńskiego nad Olzą, którzy osiedlili się w Woli Piotrowej, Puławach, Wisłoczku, Mymoniu (por. ul. Olzy), tworząc społeczność o nieco odmiennej tradycji (także religijnej, część z nich należy do kościoła zielonoświątkowców).

[3] Czyli stosunek zmniejszania się wysokości bezwzględnej do przyrostu długości rzeki.

[4] Wykorzystano pracę Daniela Szałankiewicza (Rzeka Wisłok i problem jej zanieczyszczeń).

[5] Bata Artur, Bieszczadzkie zapory wodne. Krajowa Agencja Wydawnicza, Rzeszów 1985, s. 9-10.

[6] Stan środowiska w województwie krośnieńskim w 1994 r. Biblioteka Monitoringu Środowiska, Krosno 1994, s. 70-71.

[7] Tamże, s. 70-71.

[8] Czyli ponad 3 tys. razy więcej niż płynie przez wodospad Niagarę w ciągu sekundy.

[9] Podobna sytuacja wydarzyła się w 1954 r. w alaskańskiej Zatoce Lituya. Osuwisko spowodowało falę tsunami o rekordowej wysokości 524 m! Dla porównania Pałac Kultury i Nauki w Warszawie ma wysokość tylko 231 m, czyli fala była ponad dwa razy większa. Brzegi zatoki zostały zupełnie odarte z roślinności. Wewnątrz zatoki znajdowały się tego dnia trzy łodzie rybackie. Dwie łodzie zatonęły, zginęły dwie osoby.

[10] W Besku, przy dobrej pogodzie, można zobaczyć to pasmo z drogi głównej na końcu przysiółka Wola – widać je nad Mymoniem, na samym krańcu horyzontu (nie mylić z dobrze widocznym gniazdem Harklowej 567 m nad Pastwiskami).