1962220_726723510720811_4803034879938510931_o

Legenda o winnych piwnicach

O tym, że kiedy przyłączono Ruś Halicką do Królestwa Polskiego, zbudowano w Mymoniu gród obronny, jest powszechnie wiadomym. Miał strzec podkarpackich szlaków handlowych z Węgier i Rusi. Tylko nie myślcie, że dawniejsze gościńce były podobne do dzisiejszych. Wtedy były to przeważnie wąskie i grząskie trakty podobne polnym drogom. Jeżdżono nimi, kiedy było sucho, przeważnie latem i jesienią. Bo przecież i to powinniście wiedzieć, że na owych drogach mostów nie było żadnych i trzeba było się w bród przez potoki i rzeki przeprawiać. A przeprawy na większości rzek, jak choćby na Wisłoku, były możliwe tylko przy niskim stanie wody.

Grody jako strażnice szlaków handlowych budowano zatem najczęściej przy brodach i obsadzano niezbyt licznymi załogami. Tak też postąpiono w Mymoniu. Głęboki jar Wisłoka, góry oraz porastająca je karpacka puszcza nie pozwalały na swobodne przemieszczanie się kupców. Przekroczenie rzeki było możliwe dopiero w Sieniawie, w miejscu gdzie później pobudowano dwór. Po drugiej stronie stała mymońska strażnica. Na takim przejściu nie tylko kupców można było zatrzymać, ale także hufiec zbrojny i bandę beskidników czy tołhajów. Kiedy jednak na Podkarpacie najechały w 1473 r. węgierskie wojska Marcina Korwina, gród został zdobyty i spalony.

Wkrótce ruiny grodziska stały się siedliskiem jednej z band opryszków, którzy w tamten niespokojny czas grasowali na tych terenach. Ci łupili na gościńcach kogo popadło, a najwięcej kupców wożących wino z Węgier do Polski przez Przełęcz Beskid nad Czeremchą. Zdobyczne beczki węgrzyna składali zbóje w piwnicach mymońskiej strażnicy. Z czasem było tam ich więcej niż na składach w Jaśliskach czy Rymanowie. Kiedy nastała dżdżysta późna jesień, opryszkowie nie mając nic do roboty, bo na traktach było pusto, upijali się węgrzynem. I wtedy zdarzyło się nieszczęście. Jeden z nich był niezbyt trzeźwy, zaprószył ogień, przez co powstał pożar i płomienie doszły do dwóch beczek z prochem, jakie mieli do półhaków, czyli takich ówczesnych karabinów. Jak nie rąbnęło! Rozniosło resztę ruin grodu na cztery wiatry, ale przy okazji zawaliło się wejście do piwnicy. Dla opryszków nie było ratunku. Ci, co byli na wierzchu, poginęli od razu. Ci, co w piwnicy, podusili się z braku powietrza. Tylko dębowym beczkom pełnym węgrzyna pewnie nic się nie stało i są tam do dzisiaj pilnowane przez kościotrupy. Jeżeli kiedyś komuś uda się odnaleźć wejście do piwnicy, zapewne upije się ze szczęścia, oby tylko nie z takim skutkiem, jak ci, co uczynili to przed nim.

źródło: W dolinie górnego Wisłoka i od Rymanowa po Jaśliska. Przewodnik historyczny z legendami. Autor: Potocki Andrzej. Wydawca: Ruthenus